Oddalanie Rzeczy mniejszych

259. Krakowski Salon Poezji

Który to już raz na Salonie Poezji czytano wiersze Emily Dickinson? Trzeci? Piąty?

W zamierzeniu ubożuchne stylistycznie (tego uczą znawcy), skąpe i nieregularne, niesylabiczne, akcentowe, o nieczystych rymach, rwane, wyjąkiwane, lepione z fraz uparcie przepoławianych pauzami, pełnych gwałtownych zamilknięć, rozsadzanych ciszą, a zarazem gęstych od słów przyłażących ze wszystkich stron świata i dziedzin, z geografii krain egzotycznych, z astronomii, ogrodnictwa, krawiectwa, botaniki i ulicy, bełkotu bezimiennych i hymnów protestanckich - który raz zawrotne te, kilkuwersowe pestki były gośćmi na Salonie? Siódmy?

Na zasadzie niepojętej, nie wiadomo przez kogo sterowanej kompensacji: tak rzadko, jak Dickinson, coraz intensywniej skuta psychozami, opuszczała swój pokój na pierwszym piętrze rodzinnego domu w Amherst (nawet na rodzinną ceremonię żałobną po śmierci ojca nie zeszła, przysłuchując się jej przez uchylone drzwi) - tak często poezja Dickinson "wychodzi" teraz z pustego pokoju na piętrze? Niezręczny to koncept, naiwny. Więc - co? Dlaczego, kiedy Bożena Adamek i Dominika Bednarczyk czytały jej wiersze, miało się wrażenie, pewność bez mała, że przecież były one tutaj niedawno, ba, przysiągłbyś, iż nie dalej - jak wczoraj?

Może to po prostu sprawa delikatnego czytania, co z cudzych, choćby pierwszy raz w życiu na głos podawanych i słuchanych zdań, metafor, intonacji, zawsze czyni coś na podobieństwo starej, dobrze znanej rzeczy, bliskiej rzeczy, ciepłej, zawsze na wyciągnięcie ręki? To też, oczywiście. Z jednej strony - Adamek. Tak zwane "chodzące dobro" albo lepiej - kruchość na miarę figurek szklanej menażerii. Wieczna dziewczęcość, uparte ciepło na każdy temat i uśmiech miękki, co pała nawet wtedy, gdy Adamek się nie śmieje. Jasność od stóp do głowy zawsze dobrej. Z drugiej strony - Bednarczyk. Inne smugi, zupełnie inne. Ciemne, skulone, nieuchwytne. Kobiecość dyskretna, raczej szyfr wieczny niż prosta odpowiedź i raczej milczenie niż masywny szczebiot. One. A pomiędzy nimi wiersze kobiety, która w pokoju na pierwszym piętrze, w okruchach wierszy gęstych niczym miód - zamykała, chciała zamknąć Wszystko.

"Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego -/ Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy" - wyznała w jednym z 1775 wierszy. Pojąć, że nie można mieć Wszystkiego, choć przecież od urodzenia los, zwany Bogiem, mami Wszystkim - to pojąć, że się jest skazanym na ciągłą utratę. Tę gorycz nieuchronną Dickinson przyjęła bardzo wcześnie. I bardzo wcześnie codzienny brak Rzeczy mniejszych - obróciła w iście mnisią doskonałość. Wiersz oparła o ciszę. Pokój - o pustkę. I rzekła: "Wody - uczy pragnienie". Tak dotknęła Wszystkiego, lecz od drugiej strony - od strony negacji, nieobecności, zera. Oddalała Rzeczy mniejsze. I to zdaje się sednem jej dla nas bliskości dziwacznej, bez mała codziennej. Jak ręka. Dziwacznej? Ironicznej.

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 259. Krakowski Salon Poezji. Wiersze i listy Emily Dickinson czytały: Bożena Adamek i Dominika Bednarczyk. Na wiolonczeli grał Jacek Kociuban. Gospodarze Salonu: Anna Dymna i Anna Burzyńska.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
3 lutego 2009

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia