Odmienne stany miłości

"Bramy raju" i "Koza albo kim jest Sylwia?" - 1. Festiwal Pierwszy Kontakt

"Bramy raju" Małgorzaty Bogajewskiej (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi) i "Koza, albo kim jest Sylwia" Kasi Adamik i Olgi Chajdas (Och-teatr w Warszawie) to spektakle pokazane przedostatniego dnia Festiwalu Debiutantów "Pierwszy Kontakt"

Głównym tematem powieści Jerzego Andrzejewskiego „Bramy raju”, której adaptacją jest spektakl Bogajewskiej, są mechanizmy narodzin idei i te mechanizmy, które sprawiają, iż za ideą ślepo podążają tłumy. W pierwszej scenie swego dzieła reżyserka wyraźnie sugeruje związek pomiędzy fenomenem średniowiecznej „krucjaty dziecięcej”, a czasami nam współczesnymi: oto na scenie widzimy „żywą rzeźbę”, aktorów zastygniętych wokół figury ukrzyżowanego Chrystusa. Po chwili postaci ożywają i rozpoczynają swą spowiedź. Stary zakonnik wysłuchuje kolejno opowieści kilkunastoletnich dzieci, które posłuchały głosu Jakuba z Cloyes, podrzutka i prostego pasterza i ruszyły ku Jerozolimie – wyzwolić z rąk pogan grób Chrystusa. Każde z dzieci wspomina noc, w czasie której odbyło się wesele siostry jednej z pielgrzymujących dziewcząt. Dopiero finałowa spowiedź Jakuba wyjaśnia, dlaczego ta noc była tak istotna. 

Bogajewska obnaża w swoim spektaklu przede wszystkim mechanizmy, które sprawiły, iż dzieci ślepo ruszyły za młodym pasterzem. Kolejne opowieści, następujące po sobie spowiedzi obdzierają dzieci z ich „dziecięctwa”, naiwności i pokazują, iż żadne z nich nie kierowało się wiarą czy miłością do Chrystusa. Powodem wędrówki był sam Jakub; spowiadający się Maud, Blanka i Aleksy wyznają zakonnikowi swoją fascynację Jakubem i choć każde z nich mówi o miłości, reżyserka pokazuje, iż owa miłość miała przede wszystkim czysto cielesny, fizyczny wymiar; była chorobliwym, łapczywym pożądaniem ciała pięknego podrzutka. Małgorzata Bogajewska pokazuje dzieci jako perwersyjne istoty opętane przez swoją własną seksualność. Ma to swoje odbicie w grze aktorów – gestach nieustannego obnażania się, lizania, ssania, pożądliwego dotykania ciała własnego i ciał cudzych. W miarę upływu akcji „dziecięca” chuć opanowuje przestrzeń – kościół, w którym pielgrzymi spowiadają zostaje przemianowana na przestrzeń orgiastycznego wesela; centrum sacrum – ołtarz – staje się miejscem spazmatycznego tańca, gwałtu, obnażania się. W tej powodzi konwulsyjnych gestów, nieopanowanych jęków i histerycznych okrzyków ginie finałowa spowiedź Jakuba, która ukazuje narodziny idei i jej korzenie – miłość i marzenia. Głos, który zbudował struktury idei nie był głosem Boga, lecz człowieka.

Górujący nad sceną krzyż sugeruje, iż w spektaklu będą postawione pytania na temat roli wiary i religii. Nic z tego, reżyserka skupia się niemal wyłącznie na perwersji i nieopanowanej żądzy dzieci, na ich zakłamaniu i manipulacjach - na odebraniu im masek czystości i niewinności i obnażeniu ich prawdziwej natury. Ten zabieg jest niestety przyczyną tego, iż fascynująca z założenia postać Jakuba odsunięta zostaje w cień, w cień odsunięta zostaje też sama podróż, która u Andrzejewskiego jest drugim i ostatnim zdaniem powieści: „i szli całą noc”. U Bogajewskiej „krucjata dziecięca” nie jest podróżą, lecz histerycznym tarzaniem się, ciągle w tym samym miejscu.  

W drugim spektaklu tego wieczoru Kasia Adamik i Olga Chajdas wzięły na warsztat kontrowersyjną sztukę Edwarda Albee’go „Koza, albo kim jest Sylwia”. Na scenie widzimy wnętrze luksusowego mieszkania. Jego mieszkańcy to: Martin (Piotr Machalica) – słynny architekt, zdobywca prestiżowych nagród i zwycięzca najsłynniejszych konkursów, wspaniały, nigdy nie zdradzający mąż, wyrozumiały dla inności nastoletniego syna ojciec – i Stevie – jego piękna, elegancka, inteligentna i dowcipna żona. Jednak podejrzliwy widz nie ufa temu zbyt idealnemu obrazkowi i czujnym okiem wypatruje tykającej bomby. I słusznie – bomba tyka i szybko wybucha, w wieczór pięćdziesiątych urodzin Martina, który w rozmowie ze starym przyjacielem wyznaje, iż doświadczył niewyobrażalnego uczucia czystej, pełnej i szczerej miłości. Czy taka miłość może być złem?

Podczas spotkania z widzami reżyserki powiedziały, iż ich pragnieniem było – w opozycji do amerykańskich adaptacji sztuki Albee’go, które są na ogół czystymi farsami – stworzenie dramatu „absolutnie serio”. Czy udało im się to? Wybuchająca śmiechem widownia z niedowierzaniem przyjęła wyznanie Martina. Romans? Owszem. Zdrada? Zdarza się. Z kozą?! Tak absurdalnej sytuacji nikt chyba nie mógł sobie wyobrazić…

To niedowierzanie niepodzielnie panuje przez cały spektakl. Nie pomaga rozpaczliwy płacz Marii Seweryn, poważne miny Piotra Machalicy. Widz czeka na rozwiązanie tego „dowcipu”, obrazy pogrążającej się w autodestrukcji rodziny kwituje nerwowym śmiechem, nie wierzy przejmującym wyznaniom Martina. Luksusowe mieszkanie zaczyna się walić, zapełniać potłuczonym szkłem, porozrzucanymi w szale rozpaczy przedmiotami. Martin opowiada przerażające historie innych „miłośników” zwierząt – na próżno, skonfrontowany z tymi tragicznymi obrazami komiczny język dramatu powoduje, iż widz nie jest w stanie „poczuć” tragedii, ciągle czeka na jakieś sprostowanie, komiczny finał, który zracjonalizuje to, co widzimy na scenie. Nic z tego, w finale spektaklu dochodzi do zbrodni, Stevie wnosi na scenę zakrwawiony koc ze szczątkami ukochanej Sylwii w środku – to wszystko jednak naprawdę się wydarzyło.

Największym zarzutem, który można skierować w stronę spektaklu Adamik i Chajdas, jest swoista nieadekwatność formy i treści, na skutek której wychodzącemu z teatru widzowi kołacze w głowie tylko jedno – zamiast całego szeregu – pytanie: koza?

Anna Jazgarska
Dziennik Teatralny
27 maja 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia