Odyseja erotyczna 2020

"Jeńczyna" - reż. Monika Strzępka - Stary Teatr w Krakowie

Pandemia, powszechna zoomizacja, wybory prezydenckie, wojna furgonetkowa i dwie spore fale protestów to tylko niewielki procent (promil?) wielu nowych zbiorowych doświadczeń, które razem można złowieszczo zamknąć w nazwie rok dwa tysiące dwudziesty. Chociaż raczej wszyscy cieszymy się, że możemy już o nim mówić w czasie przeszłym, nie da się zaprzeczyć, że dzięki niemu otwarty został cały kalejdoskop inspiracji i tematów czekających tylko na artystyczny komentarz. Jednym z nich, trochę niepozornym, jest symbolicznie kończąca rok w Starym Teatrze w Krakowie Jeńczyna autorstwa Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki, czyli „próba otwartej i wyzbytej uprzedzeń rozmowy o seksie".

Właściwie jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu możemy już się domyślać, że twórcy zajęli się tym tematem sprowokowani polaryzacją społeczną wokół projektu wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół. Jeden z fragmentów opisu mówi to wystarczająco sugestywnie: „Tytuł Jeńczyna nawiązuje do słowa jenieci określeń mięsa (wołowina, cielęcina) i wyraża cierpienie z powodu braku właściwego języka rozmowy o seksie, co sprawia, że kochankowie czują, że ich ciała to uwięzione w celi mięso ludzkie". Żałobna postawa względem wspomnianego kontekstu wydaje się aż nadto widoczna, a po przeczytaniu tego passusu zaczęło mi towarzyszyć pytanie, czy Jeńczyna ma w swoim działaniu w jakimś stopniu zaspokoić braki po nieodbytej edukacji seksualnej? Czy miałaby być spektaklem edukacyjnym dla dorosłych? Niekoniecznie jest to bezpodstawne pytanie – myślę tu chociażby o Lipie w Cukrze Magdy Szpecht z 2019. A może jednak miało być tak jak w Triumfie woli Strzępki, gdzie pozytywne przeciw-historie stają się dla widzów wytchnieniem w niepokojących czasach, a przecież nasze czasy chyba są wystarczająco niepokojące. Potem przestałem spekulować. Streaming się rozpoczął.

Widzimy położoną na stole, odwróconą tyłem do kamery, głowę manekina. Nie jest zbyt charakterystyczna; jej jedynym niestandardowym elementem są doczepione materiałowe uszy, które wybijają się swoją odmiennością. Ale w tym rozpoczynającym spektakl kadrze dominuje jednak postać grana przez Mariannę Linde, która zmysłowo gładzi wspomnianą głowę – awatar widza. Jednak o wiele większą rolę od wizji pełni tutaj dźwięk, a dokładniej mówiąc głos aktorki, cichy, niski i niespieszący się, jakby zagarnięty z sesji ASMR; ma nas nastrajać, koić, i poprzez celową erotyczność wykonania, delikatnie „przygotować" do przedstawianego tematu. Postać będąca kapitanem galaktycznej wycieczki, informuje nas, że właśnie zbliżamy się do Ziemi, gdzie będziemy obserwować życie (w tym wypadku życie seksualne), a potem zaczyna powoli odliczać. Założona rama kosmicznych turystów sugeruje nam zdystansowanie się od dziejących się później na scenie wydarzeń. Mamy tylko czuć się dobrze zaopiekowani przez naszą kapitan i po prostu obserwować, spróbować zobaczyć z innej perspektywy przecież „naszą" rzeczywistość; patrząc przez okienko statku, przez ekran monitora jesteśmy bezpieczni.

Potem już widzimy całą scenę. Jest stosunkowo pusta, po każdej jej stronie umieszczono kilka krzeseł, gdzieś w kącie stoi stół do masażu. W głębi dostrzegamy miejsce, które mieliśmy okazję widzieć w poprzednim kadrze, a które okazuje się przezroczystym czworokątem, oddzielonym od reszty przestrzeni swoimi czterema ścianami. W tle postawiona jest ściana, zapisana symbolami, matematycznymi wzorami i charakterystycznymi ilustracjami z przesłania Pionieera 10 (czyli wiadomością wysłaną przez ludzi w kosmos dla potencjalnych odbiorców), z wielką dziurą, przez którą można wychodzić i wchodzić. Nad całością jednak góruje, zawieszony na linkach, ogromny pień drzewa wzbudzający trochę niepokój, a trochę falliczne skojarzenia, zwłaszcza przez swoje wymierzenie w dziurę wspomnianej ściany. Wyjątkowo, jak na inne realizacje duetu, minimalistyczna scenografia potęguje odczucie samotności, pomimo powoli pojawiających się na scenie bohaterów sztuki. Pierwsi, oprócz pewnej niemej, niejednoznacznej postaci (Dominika Wiak), wchodzą na nią ksiądz (Roman Garncarczyk) i jego matka (Iwona Bielska), która chce przeżyć swój pierwszy orgazm, co go brzydzi i kojarzy mu się z grzechem. Zadaje sobie pytanie, co powiedzą parafianie?

A później już dzieje się to, co zwykle dzieje się u Strzępki. Raczej nie będzie nadużyciem jeśli powiem, że jest ona współczesnym klasykiem. Zdążyła wytworzyć formułę, w której jej wygodnie, która dobrze współpracuje z tekstami Demirskiego i która po prostu działa. Aktorzy mówią ogromne partie tekstu, pracującego na konfliktach pomiędzy postaciami, dyskursami, ideami. Sceny płynnie przechodzące jedna w drugą. Mocno zarysowane postaci, wykonywane na żywo utwory w przerwach i dużo prostych, ale pomysłowych środków scenicznych (w tym wypadku na przykład grupowe rytmiczne kozłowanie piłkami wokół odgrywającej seksualną ekstazę aktorki, które w kontekście tej sceny bardzo łatwo przynosi skojarzenia z seksem grupowym). Temat jest inny, ale jest tak samo, chociaż jednak inaczej. Moim zdaniem główną przyczyną zmiany w estetyce inscenizacji jest nieuniknione oddzielenie widzów od aktorów. Oczywiste jest, że teatr zwykle opiera się na wymianie energii pomiędzy nimi, a myślę, że zwłaszcza teatr Strzępki. Tekst, jak i gagi sceniczne, były sprawnie reżyserowane pod reakcję publiczności, a cała energia spektaklu na tej reakcji opierana, co zwykle wychodziło w co najmniej dobrym stopniu. Jeńczyna nie miała tej możliwości. Nie było więc regularnych salw śmiechu, a aktorzy nie mieli się od czego odbić. Wszystko stało się cichsze, bardziej spokojne i chyba pierwszy raz zdołałem bezproblemowo nadążyć za całym tekstem. Jednak paradoksalnie wydaje mi się, że ta zmiana została przewidziana i, co więcej, zaprojektowana. Bo wspaniale się to łączyło z tłem pandemii (zarówno w rzeczywistości codziennej widzów, jak i w rzeczywistości scenicznej) wymuszającej izolację, samotność, większą ciszę, gdzie jest mniej krzyków, ale każdy z nich jednak bardziej słyszalny. Dołączmy jeszcze do tego ramę podróży po pustce scenicznej, i mamy piękne zazębiające się trio: samotność kosmiczna, samotność pandemiczna, samotność teatralna.

Dużo piszę o samotności, izolacji, pustce i dystansie, ale wypadałoby też napisać w końcu coś bezpośrednio o głównym temacie spektaklu – o seksie, o erotyce, o intymności. Pozostając też wiernym sugestii z przytoczonego już fragmentu opisu spektaklu, można powiedzieć jeszcze bardziej szczegółowo: spektakl jest o cierpieniu spowodowanym niemożliwością wyrażenia doświadczenia swojej erotyki, czyli też jednak o uwięzieniu w języku albo braku adekwatnego języka. O byciu jeńcem ciała. O byciu Jeńczyną. Za pomocą postaci przedstawiane nam są więc różne warianty zmagań pomiędzy ciałem a kontrolującym je językiem (lub, jak kto woli, kulturą albo schematem), paranoiczne zaprzeczenia problemu, próby pogodzenia ich, a czasami niekontrolowane eksplozje działań, gdy doświadczenie już znacząco wyrasta poza ramy rozumienia. Oprócz wspomnianego już księdza i jego matki, na scenie pojawia się chora na raka kobieta (Małgorzata Zawadzka), głęboko wierząca, że tylko seks z wieloma facetami może ją wyleczyć, i jej mąż (Michał Majnicz), który stara się to zaakceptować, nie tracąc jednocześnie statusu „mężczyzny". Jest też zablokowany emocjonalnie młody chłopak (Stanisław Linowski), dla którego myśli o gwałcie są czymś normalnym, bo powszechnym, i który, żeby w końcu udowodnić sobie męskość, korzysta z usług prostytutki, niestety niewyglądającej jak z filmu. Są prawicowi politycy i ich żony, które po dniu blokowania kolejnych „lewackich", by odpocząć, oddają się orgii w łaźni. I wiele innych wstydliwych przykładów ukazujących naszą hipokryzję i naszą seksualną frustrację. Szczęśliwie jednak dla schowanych za ekranami widzów, nie muszą oni się dzielić swoim potencjalnym skrępowaniem.

Pod koniec spektaklu pojawia się propozycja wyjścia z tej patowej sytuacji, w którą uwikłane są postacie, projekt rozwiązania frustrujących problemów reprezentowanych na scenie. Demirski i Strzępka każą nam wyobrazić sobie instytucję, która odpowiada na potrzebę odnalezienia słów wręcz dosłownie. To miejsce, w którym każdy akt, każda emocja i każde cokolwiek zostało precyzyjnie nazwane, skatalogowane i wyhodowane pod postacią groteskowych żywych pluszaków. Każdy z nich jest konkretnym słowem. W zależności od potrzeby, dostajesz słowo i od teraz musisz je głaskać i ogółem o nie dbać, ale za to już nie będziesz miał/miała problemu z nazwaniem tego, co chcesz nazwać. Brzmi to jak dosyć sensowny projekt, tylko przypadkiem trochę kojarzący się z Nowym wspaniałym światem Huxleya. Na szczęście jednak gdy specjalistka od owych słów (Małgorzata Zawadzka), która okazuje się jednak sama sobie nie radzić z emocjami i samotnością, spotyka równie samotnego kosmonautę (Krzysztof Zawadzki), którego żona opuściła z człowiekiem z niższej kasty, i który zamierza wyruszyć w kosmos i już nigdy nie wrócić, i gdy, może właśnie z powodu tej samotności, a może niekoniecznie, rodzi się między nimi pożądanie, to nie szukają pomocy w słowach, tylko ona oferuje mu zostanie na kolacji, zanim on wyruszy w kosmos, a chwile później po prostu już tylko się całują. I to chyba najpiękniejsza puenta, jaką mogłem sobie wyobrazić dla tego spektaklu, tym bardziej urocza, jeśli wiemy jaka relacja łączy tę parę aktorów. Potem już tylko kapitanka naszego międzygwiezdnego statku żegna się z nami, i każdy z nas, widzów, odlatuje na swoją gwiazdę.

Szczerze mówiąc nie jestem fanem twórczości duetu Strzępka/Demirski. Ich wcześniejsze spektakle podobały mi się w mniejszym lub większym stopniu, a jeśli mi się nie podobały byłem w stanie je cenić bardziej lub mniej. Zwykle po prostu przytłaczała mnie gęstość tekstu i męczyło nawarstwienie sytuacji, a estetyka jednak nie była moją. Jednakże Jeńczyna, ten zaskakująco subtelny i cichy, jak na nich, spektakl, trochę czasami złośliwy w swojej wiwisekcji, ale też bardzo czuły, był w stanie dać mi jakiś spokój, dać mi przestrzeń do porozmawiania o seksie z samym sobą. Był w stanie dać mi coś, czego nie dał mi ich, moim zdaniem przereklamowany, Triumf woli. Z czego to wynika? Nie jestem pewien. Może po prostu właśnie takiej intymnej opowieści potrzebowałem na zakończenie burzliwego 2020 roku. I wciąż nie mogę raczej powiedzieć, że to wielki spektakl, ale na pewno jest bardzo przyjemnym doświadczeniem, na które warto poświęcić trzy godziny.

Miłosz Mieszkalski
teatrologia.info
22 stycznia 2021
Portrety
Monika Strzępka

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...