Ogień już się tli

"Gdy przyjdzie sen - tragedia miłosna " - reż. Paweł Wolak - Teatr Lubuski w Zielonej Górze

Lubuski Teatr zainaugurował nowy sezon spektaklem, który ucieka z miasta i daleko przed siebie biegnie do małej, zapomnianej wioski o nazwie Borówka. I to w niej dzieje się cały świat, a przynajmniej ten kawałek świata, który wszyscy dobrze odczuwamy - świat zazdrości, pożądania i głupoty. Jaki będzie nowy sezon i do jakich zakątków ucieknie lubuska scena - oto największa teatralna niewiadoma 2015/16.

To nie pierwszy mariaż legnicko-zielonogórski. Mieliśmy już głośne "Zabijanie Gomułki" Jacka Głomba. Tym razem scenariusz nowego spektaklu przywieźli ze sobą z Legnicy Katarzyna Dworak i Paweł Wolak - małżeństwo już wiele lat związane z tamtejszym Teatrem im. Modrzejewskiej. Do współpracy zaprosili legnicką scenografkę, Małgorzatę Bulandę. Za warstwę muzyczną odpowiadał znany z folkowych ścieżek Jacek Hałas (pisałem już o jego radiowym temperamencie w spektaklach Darka Błaszczyka). Mimo legnickich korzeni - spektakl od początku do końca wykreowany został "zielonogórskim ciałem" osiemnastoosobowej ekipy Czechowskiego.

Nie wiem, na ile wieś Borówka w "Gdy przyjdzie sen" jest wsią spokojną, wesołą - jak w lirykach czarnoleskiego poety. Twórcy nie szukali przecież Arkadii, ich celem była raczej reportażowa formuła - wolna od teatralnych figur. Nie wiem jednak, czy ta mimetyczna droga została poprowadzona konsekwentnie. Jak wynikało z zapowiedzi, celem była zmiana stereotypu patrzenia na wieś. Myślę, że poszukiwanie źródłowej naturalności przerodziło się tu kilka razy w demonizacje miejsca - idące bardziej w kierunku reymontowskich wykluczeń i marginalizacji.

Główną osią historii jest mityczna wręcz historia miłości jego (Jaśka) i jej (Basia). Na drodze tej miłości stają zdrada, pieniądze i ludzka zawiść. Za plecami bohaterów snują się subtelnej urody wizualizacje Adrianny Dziadyk - przelatują ptaki, ludzie zmieniają się w przedmioty i ulatują. Tak, jak w sztuce. Brat staje się wilkiem i kochaną siostrę ciągnie na łańcuchu (nie bez przyczyny przypomina się Jagna na wozie z gnojem). Korowód postaci umieszczony na długiej, drewnianej ławie - niczym udomowiony, "uswojszczony" chór co raz zaczyna przypominać postaci z ławeczki, na której siadają bohaterowie jednego z seriali. A przecież ta wieś usadowiona pod drzewem, na ławce i blisko spożywczego to nie jest realistyczna wieś. Przypomina to raczej rozrachunek z diabłem miejsca (rodem z głośnego dramatu Marka Pruchniewskiego "Łucja i jej dzieci") a nie próbę zrozumienia jej antagonizmów. W spektaklu duetu Dworak-Wolak widzę tropienie demonów, które to zamienia się w finale sztuki w czarną mszę. Wiejskie ścieżki zostają pociągnięcie grubszymi liniami, jak od mazaka. Pozornie sielskie, tętniące życie na dusznej od upału wiosce (dźwiękonaśladowcze zabiegi Hałasa zespół z Zielonej Góry realizuje koncertowo) załamuje się pod łańcuchem, który dźwiga ta, która "wsi nie chciała".

Mimo, że obraz wsi nie przekonuje mnie do końca, jest w spektaklu Dworak i Wolaka kilka wartości swoistych i istotnych nie tylko dla spektaklu, ale i zielonogórskiej sceny. Zobaczyłem tutaj ogromną energię zespołową. Powróciła na deski silniejsza Elżbieta Donimirska w roli lubieżnej Walczakowej. Momentami kradnie spektakl, kładzie w cień pozostałe wątki. Zastanawia i wciąga, oprócz udanej wizualizacji i warstwy dźwiękowej (twórcy powinni pomyśleć o radiofonizacji utworu), scenografia Bulandy. Scena, z centralną ławą, rozdzielona horyzontalnie na lewo i prawo obrazuje rozpad - dialogu, społeczności, a wreszcie i uczucia Baśki i Jasia. W finałowej scenie, jak w "faustowskim" więzieniu, gdzie "wszechludzkiej skargi woła za mną chór", dochodzi do najmocniejszego momentu spektaklu. Myślę, że w autentyzmie tego fragmentu kryje się iskra do odrodzenia lubuskiej sceny, która głosami Alicji Stasiewicz (Basia) i Ernesta Nity (Jasiek) zaczyna mówić swoim, nieznanym językiem. Mimo, że tak blisko - ciało przy ciele - bohaterowie są daleko (za foliowymi kotarami), ponieważ na końcu rozdzieleni przez śmierć - są zdolni tylko do beznadziejnego krzyku w wypełnionej ciszą próżni.

Szeroki zespół Teatru Lubuskiego, jaki zasiada na drewnianej ławie we wsi Borówka jest tu pewnie sygnałem rozejmu po konflikcie części pracowników z dyrektorem (przynajmniej tak chciałbym to widzieć), który przetoczył się kilka miesięcy temu przez zielonogórską scenę. Chciałbym, by nadmierne emocje przekuły się w nowy artystyczny wyraz teatru, który jest naszym wspólnym dobrem. Wierzę, że ten teatr, pod tą dyrekcją, jest w stanie zbudować swój wyraz - podobnie jak uczyniła to wiele lat temu Legnica. Daleki jestem od naiwności, ale obserwuję lubuską scenę i widzę w niej pierwiastki tego ognia, który mógłby podpalić polskie sceny. Ten żar płynie wraz z techniką Nity, naturalnością Stasiewicz, subtelnością Kołodziejskiej. Łączy dawne i nowe - a przecież lubuskie. Ten ogień już się tli. Nie gaśmy tego.

Janusz Łastowiecki
Materiał nadesłany
9 września 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia