Okiem Olgierda Łukaszewicza

"Sąd Ostateczny" - reż. Agnieszka Glińska - Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie.

Choć sztuka "Sąd Ostateczny" Ödöna von Horvatha została napisana w połowie lat 30-tych, to problem wypierania winy ze świadomości jest w Niemczech do dziś komentowany. Wojna to temat, który ciągle wraca - pisze Olgierd Łukaszewicz na swoim blogu w blogstar.pl.

Wybrałem się niedawno na "Sąd Ostateczny" Ödöna von Horvatha w Teatrze Studio w reżyserii Agnieszki Glińskiej, nowej dyrektorki tego teatru. Horvath - austriacki dramaturg, który w swojej twórczości dociekał źródeł faszyzmu - największe sukcesy odnosił w Berlinie w latach 30-tych, a ponownie stał się popularny w Niemczech lat 70-tych.

Zastanawiam się, co oznacza tytuł, bo sztuka ma poniekąd fabułę kryminalną. Czy na Sądzie Ostatecznym staniemy twarzą w twarz z sędzią śledczym? Kiedyś Leszek Kołakowski przedstawił swoją wizję sądu ostatecznego: "Będę stał na tle wielkiego ekranu, na którym wyświetli się wszystkie moje grzechy". Przeszywa mnie dreszcz, bo chyba tak właśnie będzie. Nastąpi ujawnienie wszelkich moich ułomności, wielkich grzechów i małych grzeszków. Wstyd będzie karą.

Sztuka Horvatha mówi o wypieraniu ze świadomości poczucia winy. Naczelnik stacji, człowiek o nieposzlakowanej opinii, uwodzony przez młodą dziewczynę, zapomina o włączeniu semafora. Dochodzi do katastrofy kolejowej. Już po fakcie włącza sygnalizację, kierując śledztwo na fałszywe tory. Tchórzy przed odpowiedzialnością. Nie cofa się nawet przed morderstwem, aby prawda nie wyszła na jaw. Istotny jest obraz społeczności małego miasteczka, gdzie wszyscy się znają i każdy dysponuje własną wersją zdarzeń. Mimo że wszystko wskazuje na winę naczelnika, nikt nie odważa się powiedzieć tego głośno.

Grałem kiedyś w "Sądzie Ostatecznym", po niemiecku, w teatrze miejskim w Bonn.

Choć sztuka została napisana w połowie lat 30-tych, to problem wypierania winy ze świadomości jest w Niemczech do dziś komentowany. Wojna to temat, który ciągle wraca.

Autor sugeruje, w ekspresjonistycznym obrazie, że wyrzutami sumienia poruszają duchy ofiar katastrofy. Że są one w stanie zmusić winowajcę do przyznania się. Czy tak miałby wyglądać Sąd Ostateczny? Zastanawiam się. Czy oskarża Bóg, czy ofiary? Przecież obcujemy z fotografiami ofiar, a świat pozostaje jaki był.

Na scenie w Bonn grałem rolę drogerzysty, którą w Teatrze Studio kreuje Krzysztof Stroiński. Kogoś, kto poucza i sądzi, bo uważa się za człowieka przyzwoitego. Ten ktoś staje się coraz bardziej obcy wśród swoich. Dostałem tę rolę, ponieważ byłem obcy. A jako Polak, przybysz zza wschodniej granicy, nadawałem się na oskarżyciela. Oczywiście jako potomek ofiar. Ta sytuacja, w moim wyobrażeniu, poniżała mnie. Pewnie działały moje kompleksy. Nie zamierzałem być niczyim sędzią, ani odwoływać się do stereotypu Polaka-ofiary. Ale, przyznać muszę, że nie podjąłem dyskusji z reżyserem. Choć ten prowokował opowieściami z czasów wojny, w których wina Polaków i Niemców była relatywizowana.

Wśród widzów Teatru Studio rozpoznaję Tomasza Łubieńskiego, wybitnego pisarza, autora tak poczytnych książek, jak: "Bić się czy nie bić?", "Norwid wraca do Paryża", "M jak Mickiewicz". Gawędząc przypominamy sobie, że i on jeździł do Bonn, a niedaleko teatru, w którym grałem, odwiedził swego arystokratycznego kuzyna, który za czasów PRL-u donosił na niego do SB. Kuzyn chętnie się wyspowiadał ze swoich grzechów, a Tomasz zrobił z tego książkę.

Po wyjściu z Teatru Studio - niespodzianka: wesołe miasteczko przed Pałacem Kultury prowadzone przez Niemców. Zamówiłem grzane wino w glinianym dzbanku. Wspaniały zapach. "Zum Wohl! (Na zdrowie!)" - zagaduję. Sprzedawcy, zdziwieni, że mówię do nich w ich języku, uśmiechają się życzliwie. Przybyli z Berlina, są zaskoczeni, że nie celebrujemy tak tłumnie jak oni noworocznej atmosfery przy muzyce, na mroźnym powietrzu. Na moją prośbę, nowi niemieccy znajomi fotografują mnie na tle kręcącego się diabelskiego młyna.

Ale tu kolorowo! Dobre czasy. Nareszcie problem "sądu ostatecznego" za nami. W ciągu ostatnich lat na niemieckich ścieżkach poznałem wielu przyjaciół. Mamy wspólną Europę.

Niedawno zaprosiłem ambasadora Niemiec, pana Rüdigera von Fritscha, do odwiedzenia siedziby ZASP-u. Sfotografowaliśmy się na tle zdjęć byłych prezesów. Pretekstem wizyty stała się jego opowieść o tym, że w latach 80-tych, będąc pracownikiem niemieckiej ambasady w Warszawie, zaglądał do naszej SPATIF-owskiej knajpy. Dla ułatwienia wstępu otrzymał wówczas od kolegów legitymację ZASP-u.

W tym czasie ukazała się fascynująca książka pana ambasadora "Stempel do wolności". Pochłonąłem ją w dwa wieczory. Opowiada o tym, jak w 1974 roku - mając 21 lat - pomógł w ucieczce swemu kuzynowi z NRD. Tytułowy "stempel", podrobiony gospodarczą metodą, pozwolił grupce młodych ludzi pokonać granicę bułgarską i przez Grecję i Włochy dotrzeć do Monachium. Autor drobiazgowo opisuje przygotowania i absolutną tajemnicę (nawet przed rodzicami, która połączyła uciekinierów. W tym czasie przy murze berlińskim padały kolejne ofiary, trafione serią z karabinów maszynowych. Książka jest dokumentem bohaterstwa i prawdziwym zapisem emocji towarzyszących spiskowi.

Tymczasem mnie rok 1974 kojarzy się z pracą na planie NRD-owskiego filmu historycznego Bernharda Stephana, o malarzu fresków w kościele karmelitów we Frankfurcie nad Menem. Pamiętam, że z tego wyjazdu przywiozłem do domu towary, o kupnie których nie mogłem śnić w mojej ojczyźnie.

Historia kołem się toczy, a jej żarna mielą nas we młynie zdarzeń? Pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie jest to diabelski młyn.

Olgierd Łukaszewicz
http://blogstar.pl
8 lutego 2013

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...