Okrutny Zmierzch

"Zmierzch Bogów" - reż. Maja Kleczewska - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Tematem inscenizacji "Zmierzchu bogów" jest wieczne zło tkwiące w naturze człowieka, którego już nie krępuje dekalog ani żadne tabu. Współautor scenariusza Luchino Visconti nakręcił film o narodzinach faszyzmu - o ludziach interesu, którzy go zaakceptowali, ponieważ związek z nową władzą pozwalał im zachować przywileje, bogacić się, utrwalać wpływy polityczne, gwarantował bezpieczeństwo. Film portretował rodzinę przemysłowców von Essenbecków, tworząc obraz środowiska pozbawionego hamulców moralnych

Kleczewska, zainspirowana filmem Viscontiego, adaptowała scenariusz, przemieniając go w tekst wykraczający poza sensy pierwowzoru. Wydaje się to niemożliwe, ale stworzyła wizję świata bardziej okrutną niż filmowa. Uwolniła widzów od przeświadczenia, że zło bohaterów jest produktem nieludzkiego czasu, który współtworzą, będąc zarazem jego ofiarami moralnymi. Dopełniła ich wewnętrzne biografie fragmentami z "Biesów" - nie tylko Martinowi każe spowiadać się słowami Stawrogina, powieściowe dialogi stają się też kwestiami Aschenbacha,Konstantina,a nawet Herberta. Kochanka i ofiara Martina ma biografię Marii Lebiadkin. Dostojewski pozwala Kleczewskiej wejrzeć w "ciemne serce" ludzkiej bestii. W XX wieku przerażał człowiek, który był "występny i niewinny". Kleczewska już tej dychotomii nie zauważa. Człowiek jest jeden: zły. Zło jest jego świadomym wyborem, płynie z niezaspokojonej żądzy posiadania, łatwości, z jaką nienawidzi i bylejakości jego uczuć. Bies mieszka w nim od dzieciństwa - znieprawionego przez dorosłych. Rodzi się wraz z wiedzą o świecie, w którym matki nie kochają dzieci, a ojcowie przemocą gwałcą ich niezależność.

Wielki biały stół z zasiadającymi przy nim gośćmi powoli wiruje na obrotówce - płynie w rytm nawracającej wielokrotnie muzycznej frazy. Monstrualny żyrandol oświetla scenę. Zafoliowane proscenium lśni, jakby było mokre. Niekończące się wirowanie, powroty "falującego" motywu muzycznego nadają scenie nierealny, upiorny charakter. Spektakl rozgrywa się w aurze, która miesza rzeczywiste ze śnionym. Bo przecież pod ścianami - zastawkami, które nie tworzą do końca zamkniętego pomieszczenia, choć imitują jakieś egzotyczne drewno godne salonu bogatego przemysłowca - stoją służący w czerwonych uniformach. Gdy skończy się transowy wir, zacznie się uroczyste, zwykłe przyjęcie. Usztywnione postacie znormalnieją, ale i tak zostanie w nich coś z manekinów.

Stół nie łączy tych ludzi. Konieczność przebywania razem raczej ich nudzi i niecierpliwi. Rytuał składania życzeń urodzinowych Joachimowi znają na pamięć: winszują wszystkie dzieci. Dziewczynki pomiaukują jakiś utwór o pięknym świecie, przerażone swoim popisem. Syn Konstantina Günther (Jarosław Dziedzic) gra na wiolonczeli ku niezadowoleniu ojca gardzącego artystą mięczakiem. Joachim chwali go, ale rzuca cierpką uwagę o dwuznaczności sztuki. Martin (Maciej Namysło), dziedzic fortuny, zakłada damską blond-perukę, wskakuje na stół i z dwuznaczną dedykacją "od wnusia do dziadziusia" rozpoczyna striptiz. Prawie nagi, pręży się i demonstruje wdzięki. Nikogo to nic peszy. Günther usłużnie zbiera kieliszki, robiąc mu miejsce. Tylko niania w popłochu zabiera dziewczynki, które chętnie popatrzyłyby, choć trochę się boją. Występ ostatecznie przerywa porywczy, władczy Konstantin (Andrzej Czernik). Plonie parlament - trzeba się zająć czymś naprawdę ważnym. Ustalić strategię firmy wobec politycznych zdarzeń.

Prowokacyjny taniec erotyczny to wyrazista aluzja do czegoś, co stało się kiedyś między dziadkiem a wnukiem. Ciało Martina może być nadal miłosnym daniem (zobaczymy go jeszcze tańczącego dwukrotnie - gdy uwodzi dziewczynkę, którą później zgwałci, i gdy święci triumf nad matką, z którą uprawia seks). Ta scena uruchamia temat seksualności i cierpienia dzieci, które w świat erotycznych doświadczeń wprowadzone zostały przez pedofilski gwałt. Taniec Martina to zaszyfrowane wyznanie. Powinno zakłócić uroczystość. Wszyscy jednak, poza nianią, udają, że nic się nie stało. Bo teraz ważny jest moment historyczny, który może zaważyć na sukcesie firmy. Tylko chora Nana (Zofia Bielewicz) pamięta jakieś burze z przeszłości. Ona, która straciła pamięć.

Martin, napiętnowany gwałtem, niekochany przez matkę, sam będzie gwałcił i zabijał, bo wcześnie dowiedział się, ze wszystko jest dozwolone. Stał się Stawroginem. Seksualnym aktem wyraża swoją nienawiść do świata. Jego dramat zdominował Zmierzch bogów. Pół męski, pół kobiecy, w koronie na głowie, złocistej bluzeczce i damskich, przeźroczystych rajtkach, rozwalony na wersalce, znudzony hołdem Marii (Aleksandra Cwen), z sadystyczną precyzją niszczy jej marzenie. Żąda absolutnej rezygnacji z siebie. Maria nie godzi się na zniewolenie. Jeśli Martin-Stawrogin nie jest księciem, nie uznaje jego roszczeń. Coraz bardziej niepogodzona ze sobą i z nim, coraz bardziej szalona, rozbija talerze, które układała na wspólne przyjęcie i wspólne życie. Martina podnieca jej bunt, masturbuje się, a gdy wściekłość kobiety zacznie go nudzić - katuje ją.

Spowiedź Martina-Stawrogina to wstrząsający obraz toksycznego związku. Martin chyba po raz pierwszy chce matce opowiedzieć o sobie. Przerażony próbuje osądzić siebie, szuka pomocy. Dręczy go obraz wygrażającej mu dziewczynki i to, że biernie czekał na jej samobójstwo. Bardziej niż gwałcicielem czuje się mordercą. Matka i syn siedzą na ziemi. Twarz Matki jest kamienną maską. Nie chce niczego wiedzieć, wszystko wypiera, rzuca mu zdawkowe "nic złego nie zrobiłeś". Kleczewska pozbawia spektakl perspektywy metafizycznej. Stawrogin spowiadał się jednak wobec duchownego - pomocy nie przyjął, ale droga uznania winy była przed nim otwarta. Matka odrzucając winę Martina, odrzuca zarazem jego ocalenie.

W opolskim Zmierzchu bogów to, co realne, miesza się z tym, co wyśnione i wyparte. Sny trudno wiązać z konkretnym bohaterem. Powraca w nich motyw zagrożenia, psychicznego lub fizycznego gwałtu i śmierci. Ich groza zdaje się cechą nie tylko scenicznego świata, ale i życia. Dziewczynki w białych strojach bawią się wielkimi, białymi balonami. Jest wśród nich niania Berta i Martin. Przyszły gwałciciel wybiera ofiarę. Dziewczynki recytują dziecinne wyliczanki, jakby chciały oddzielić się tym od świata. Czegoś się boją. Z krzykiem uciekają i wracają jak "stado spłoszonych wróbli". To gdzieś obok nich zginie zastrzelony Joachim (Andrzej Jakubczyk) - na białej marynarce czerwona plama wygląda jak róża w butonierce. Nie ma niewinnego dzieciństwa, wdziera się w nie przemocą zbrodniczy świat dorosłych.

Kleczewska eliminując realia historyczne, spłaszczyła tekst do anegdoty o zdemoralizowane) klasie polityków żądnych pieniędzy i zdemoralizowanej klasie biznesmenów żądnych władzy. O niebezpiecznej dla obywateli bliskości obu światów. Rząd torturuje opornych, a umożliwia zdobycie władzy posłusznym. Posługuje się szantażem, wykorzystując inwigilację do zniewolenia obywateli. Kraj nie jest już tym samym krajem i nigdy nie będzie - mówi triumfująca Sofia (Judyta Paradzińska) do torturowanej Elisabeth (Arleta Los-Pławszewska). Ale tę kwestię reżyserka porusza mimochodem. Aschenbach (Krzysztof Wrona), który jest w istocie sprawcą zbrodniczych intryg, to nie tylko genialny taktyk sil specjalnych. Ma w sobie coś szatańskiego. Zimny, nieubłagany demon cudzych ambicji, schowany za innymi, wkrótce zawładnie tym światem, bo umiejętnie zastawia pułapki na żądnych władzy i zemsty.

Kleczewska prowadzi aktorów przez świat zbrodni, nie pozwalając im ani bronić, ani potępiać postaci. Ten zabieg jest może najbardziej prowokacyjny i okrutny. Tylko scena torturowania żony Herberta dokumentuje zwyrodnienie, konkretyzując zarówno cierpienie ofiary, jak i tępą obojętność funkcjonariuszy władzy. Elisabeth jest bita, kopana, szantażowana, ze jej córeczki podzielą jej los, duszona plastikowym workiem, gwałcona butelką, obsikana. Widzimy jej drgające nogi, zakrwawione majtki, patrzymy, jak zgięta wpół blaga Sofię - sprawczynię jej uwięzienia - o pomoc. Ta trudna do zniesienia scena była konieczna, aby zadawany ból stal się nie do zapomnienia i nie do wybaczenia. W innych okrucieństwo przemocy jest metaforyzowane; pojawiają się na przykład uwięzione na flugach, powyginane półnagie ciała.

Maski, które zakładają gwałciciel i zgwałcona dziewczynka, są jakoś do siebie podobne - oznaczają wstyd. Wstyd sprawcy? Wstyd ofiary? W operowej scenie ślubu--śmierci Sofii i Friedricha (Michał Czernecki), gdy zjawią się żywi i umarli, Nana śpiewająca Remember me przyprowadzi Lizę. Wśród orgiastycznej fety skrzywdzeni domagają się przynajmniej pamięci.

Świat opolskiego "Zmierzchu bogów", w którym można tylko zadręczyć, zgwałcić, zmaltretować, zabić i nic zauważyć zbrodni, budzi sprzeciw i obrzydzenie, nie da się o nim zapomnieć. Formalne piękno tego postwagnerowskiego spektaklu sprawia, ze motyw ciemności ludzkiego serca i rozumu staje się bardziej niepokojący i groźny.

Małgorzata Ruda
Teatr
27 stycznia 2011

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...