Okupacja i teatr znad krawieckiej maszyny

o Zygmuncie Ciesielskim, wieloletnim pracowniku łódzkiej sceny

Zygmunt Ciesielski 63 lata przepracował jako krawiec teatralny, potem kierownik męskiej pracowni krawieckiej. Stworzył kostiumy do ponad 1200 premier scenicznych. Całe zawodowe życie związał z Teatrem Jaracza, choć kiedy zaczynał pracować w 1941 roku był to Litzmannstadt Theater

Na emeryturę przeszedł sześć lat temu. Współpracował z najwybitniejszymi aktorami i reżyserami łódzkiej sceny. Na widowisko teatralne patrzył z zupełnie innej perspektywy. Do dziś zachował sobie pożółkły już zeszyt, w którym od lat pięćdziesiątych notował wymiary aktorów, którym szył kostiumy. 

Teatralną pasją zaraził małego Zygmunta ojciec, z zawodu stolarz. Przed wojną przy Zakładzie Wychowawczo-Oświatowym "Przyszłość" przy kościele Dobrego Pasterza na Bałutach prowadził teatr amatorski. Matka miała pracownię krawiecką, po niej odziedziczył zawód. 

- Ja też zacząłem się bawić z moimi rówieśnikami w teatr. Nie miałem zacięcia aktorskiego. Byłem organizatorem. Raz tylko zagrałem w jasełkach - wspomina Ciesielski. 

Wojna przerwała edukację Zygmunta. W 1934 roku skończył szkołę powszechną. Potem poszedł do szkoły techniczno-przemysłowej przy ul. Żeromskiego, która kształciła techników włókienników. Nauka przed wojną była kosztowna. Rodziców, którzy byli rzemieślnikami nie było stać na wykształcenie wszystkich dzieci . Zygmunt miał dwie siostry. Już w czasie przedwojennego kryzysu trzeba było zdecydować, które z nich będzie się kształcić. 

- Moja matka była bardzo mądrą kobietą. Powiedziała kiedyś na zebraniu rodzinnym - ty pójdziesz do zawodu, Hela musi skończyć szkołę. Buntowałem się. Wytłumaczyła mi, że panna w rodzinie wielodzietnej musi być albo bardzo ładna, albo mieć posag, a nie zapowiada się, żeby Hela była gwiazdą, dlatego musi mieć szkołę - opowiada późniejszy mistrz krawiectwa scenicznego. 

Żołnierskie buty z palcami środku 

Zygmunt przypatrywał sie pracy matki, uczył się zawodu włókiennika, to dało mu podstawy fachu, niezbędne kiedy wybuchła wojna. Jako młody chłopak na ochotnika poszedł do wojska. Do Łodzi wrócił w styczniu. 

- Niemcy szukali rzemieślników. Skierowali mnie do pracy w zakładzie Heeresbekleidung, (odzieży wojennej). To była ciężka praca. Z frontu przychodziły do nas mundury zdejmowane z trupów - ciągnie swą opowieść. 

Specjalną żółtą, niezmywalną kredą zaznaczali, co trzeba w mundurze czy płaszczu naprawić, po czym rzeczy były wysyłane do pralni. Stamtąd trafiały do Litzmanstadt Ghetto, gdzie ich zszywaniem zajmowali się żydowscy krawcy. 

- Przychodziły mundury przecięte w poprzek szablą, zakrwawione, często zabrudzone, bo wiadomo, jak człowiek umiera... Buty wrzucaliśmy do wielkich balii z wodą, czasami zostawały w nich odmrożone palce - te wspomnienia są wstrząsające nawet po tylu latach. 

Ekipa, w której pracował młody Ciesielski zawoziła wojenne rzeczy do getta. Pod kontrolą uzbrojonego żandarma niemieckiego odbierała także zreperowaną odzież. 

- Przychodziły tam także rzeczy po wysiedlonych. Kiedyś wysiedlono całą rodzinę znanego w mieście rzeźnika. Ktoś stojący obok mnie podpruł spód kołnierza przy futrze i wytrząsnął z niego biżuterię - dwa czy trzy pierścionki, obrączki. To był majątek. 

Takich sytuacji było więcej. Zaszywanie biżuterii w odzieży w czasie wojny było często stosowaną praktyką. 

- Kiedyś przyszły do nas damskie majtki, takie długie, kiedy kładziono je na stół coś stuknęło. Odłożyłem je ma bok. Potem zobaczyłem co tak pukało - równo z gumką wciągnięty był długi, złoty łańcuszek. Wyciągnąłem go i sprzedałem - opowiada dziś starszy człowiek. 

Innym razem o stół stuknęły guziki swetra, obciągnięte szydełkowaną wełną. Sześć guzików kryło złote pięciorublowki, tzw. świnki. 

Pracujący razem z Ciesielskim były policjant nauczył go, że skórzane elementy spodni artylerzystów mogą się przydać na cholewy butów. Trzeba je wypruć, owinąć ściśle wokół ramienia i wynieść przez wartownię. A przejście przez wartownię było loterią. 

- Wartownicy mieli pojemniki, z których brało się numer , według numerków trafiało się albo na ścisłą rewizję albo przechodziło swobodnie. Byłem mokry ze strachu. Kilka razy byłem na rewizji, ale niczego nie znaleźli - wspomina. 

Praca przy frontowych mundurach była dla młodego człowieka nazbyt ciężka. Ojciec Zygmunta jako stolarz pracował w teatrze Litzmannstadt. Chłopak skarżył się na swoją robotę i ojciec postanowił mu pomóc. Poszedł do dyrektora teatru, powiedział, że syn ma praktykę krawiecką i może by się przydał w zespole. Dyrektor zadzwonił do kierownika pracowni krawieckiej Franza Kempera. Ten napisał list do sekretariatu Heeresbekleidung, wnioskując o przydzielenie wskazanego pracownika do pracy w teatrze. Zygmunt oddał pismo w sekreteriacie. 

- Pracownik sekretariatu, powiedział do mnie po polsku: "I co do teatru idziesz? Musisz mieć delikatne ręce, o takie - pokazał krawiec. - Delikatne to się obmyją. Nie chciałeś służyć armii to pójdziesz służyć aktorom. 

Specjalista od mundurów 

W sierpniu 1941 roku Zygmunt Ciesielski rozpoczął pracę w Litzmannstadt Theater przy ul. Cegielnianej. Zawodu krawca teatralnego uczył się od Franza Kempera, kierownika pracowni krawieckiej, wcześniej krawca opery berlińskiej. 

- Bardzo dużo sie od niego nauczyłem - mówi Zygmunt Ciesielski.- Chciałem nauczyć się tej teatralnej roboty, interesowało mnie to. On to widział. 

Kemper specjalizował się w szamerowaniu mundurów - naszywaniu na nie ozdobnych sznurów. Rysował linie na materiale, po czym podkładał szamerunek prosto pod maszynę, bez fastrygi. Kiedy po zakupie nowych maszyn do pracowni krawieckiej przyszła kontrola z magistratu, któremu podlegał teatr, Zygmunt pokazywał prostsze rzeczy - jak przy pomocy maszyn wybija się dziurki, jak się je obrabia, a Kemper prezentował swój popisowy szamerunek. 

Ciesielski jako pojętny i chętny do nauki uczeń najwyraźniej cieszył się względami Kempera. 

- Czasem wychodził przed końcem pracy do domu, na obiad, a mieszkał niedaleko teatru. Wracał i przynosił placki ziemniaczane, którymi mnie częstował, żeby zatrzymać dłużej w pracy - ciepło wspomina Niemca emerytowany dziś pracownik łódzkiego Teatru Jaracza. 

Zresztą Zygmunta do pracy nie trzeba było namawiać, w niemieckim teatrze pracował na dwa etaty. Od godz. 7 rano do godz. 17 w pracowni krawieckiej. I od godz. 18 do 22 w garderobie. Za to zarabiał podwójnie. 

Był garderobianym niemieckiego tenora. W srebrnoszarym uniformie czekał na niego w kulisach z ręcznikiem, aby aktor mógł się wytrzeć i poprawić makijaż. Tenor był strasznym kobieciarzem. Dziewczyny z baletu same pchały się do jego garderoby. 

- Do garderoby szło się na górę po schodkach. Baletnice podchodziły do mnie i pytały czy ktoś jest u niego w pokoju. Wrzucały mi do kieszonki dwie marki. W taki wieczór 4 czy 6 marek zarobiłem - uśmiecha się starszy pan. 

Na małpi szmalec 

Często do tenora do teatru przychodziła żona z suką bokserką. Któregoś dnia zostawiła psa samego w garderobie. Stało tam otwarte pudełko z tłustą substancją do ścierania scenicznego makijażu. 

- Nazywaliśmy to "abszminką", od zdejmowania, albo "małpim szmalcem" - opowiada krawiec-garderobiany. Kiedy przyszedłem suka się spokojnie oblizywała. Patrzę w pudełko - wylizane. Wiedziałem, że za chwilę przyjdzie aktor i będzie się rozcharakteryzowywał. Palcami pomazałem powierzchnię, żeby nie była gładka. 

Tenor niczego nie zauważył. Starł makijaż tłuszczem wylizanym przez jego psa. Dzień później żona artysty dopytywała garderobianego czy aby nie dawał czegoś psu do jedzenia. okazało się, że bokserka po "abszmince" dostała rozwolnienia. 

- A skąd ja miałem dać , ja sam dla siebie nie mam? - odpowiedział chytrze Ciesielski.. 

Z czasów wojny pozostała Zygmuntowi Ciesielskiemu malutka ksiażeczka, dziś już pożółkła. Broszurka opisywała i ilustrowała pełne umundurowanie wszystkich niemieckich jednostek wojskowych. 

- Wśród scenografów teatralnych uchodziłem za znawcę umundurowania niemieckiego - chwali się krawiec. 

W teatrze Zygmunt poznał swoją przyszłą żonę. Była bukieciarką w rekwizytorni. Po raz pierwszy spotkali się w teatralnej stołówce. 

Po wojnie opuszczony przez Niemców teatr zajął Teatr Wojska Polskiego. Zygmunt Ciesielski wspomina, że sala teatralna była jedyną dobrze zachowaną salą w mieście, dlatego wykorzystywano ją do różnych celów. 

- Odbył się tam mecz bokserski, zapadł też wyrok sądu na dwóch młodych bandytów - takimi ciekawostkami z historii teatru krawiec zyskiwał uznanie studentów szkoły aktorkiej, którym wielokrotnie opowiadał o teatrze i roli kostiumów w teatrze. 

Spektakl dla sztywnych 

Z czasów tuż po wojnie w głowie utkwiły mu popołudniowe przedstawienia grane dla tzw. sztywnego widza, czyli żołnierzy, którym dowódca w ten sposób wypełniał wolny czas. 

- Żołnierze w ogóle nie byli zainteresowani sztuką. Zdejmowali buty, odwijali onuce, które były przepocone i suszyli je na poręczach krzeseł. 

W 1946 roku dyrektorem teatru został Leon Schiller. W pamięci Ciesielskiego spośród wielu powojennych dyrektorów najlepiej zapisał się Iwo Gall. To za jego dyrekcji teatr zyskał patrona w postaci Stefana Jaracza. 

- Nauczyłem się od niego tyle, co od Kempera. Tłumaczył nam jak wyglądała dana epoka historyczna, rysował - tu krawiec wyraźnie się ożywia. - Gall uważał, że aby powstał dobry spektakl na próbie czytanej musi być obecny krawiec, stolarz i perukarz. 

Zwyczaj ten kontynuował kolejny dyrektor Feliks Żukowski. 

- Dlaczego pan Zygmunt nie ma egzemplarza sztuki - krzyczał. - Przecież musi wiedzieć jaki aktor jaką postać będzie robił, jak go ubrać, z jakiego okresu. 

Od lat 50. Zygmunt Ciesielski zaczął prowadzić zeszyt, w którym zapisywał nazwiska i wymiary aktorów. Znajdziemy w nim tych wielkich jak Czesław Wołłejko, Jacek Woszczerowicza. Przekreślony zapis oznacza, że aktor nie żyje. I tych przekreślonych zapisów jest coraz więcej. Ciesielski mówi o kajecie, że to jego krawieckie nuty. 

- Kostium musi być i funkcjonalny i w epoce. Trzydzieści procent gry aktora to dobry kostium. Zasadą u mnie w pracowni było, że kostium taki jak na preemierze musi pozostać do końca. Szyło się więc od razu dwa lub trzy komplety - zdradza kulisy zawodowe. 

Krawiec, oprócz fryzjera teatralnego jest tym, który jest najbliżej aktorów, nic więc dziwnego, że o wielu z nich Ciesielski mógłby opowiedzieć. 

- To było w Teatrze Wojska Polskiego za dyrekcji Schillera. Graliśmy "Krakowiaków i górali" Dzwoni do mnie sekretarka i prosi, żebym przyszedł do kancelarii. Wchodzę, obok dyrektora Schillera siedzi Andrzej Szalawski i dwóch mężczyzn w płaszczach. Dyrektor prosi, abym odebrał od Szalawskiego kostium i wydał mu jego zwykłe ubranie. 

Mężczyźni w płaszczach reprezentowali Urząd Bezpieczeństwa. Aktor dostał cztery lata więzienia za użyczenie głosu niemieckiej szczekaczce, czyli głośnikom ulicznym w Warszawie. Po latach dopiero pracownicy teatr dowiedzieli się, że miał na swoim koncie walkę w AK. 

- To były takie czasy, że lepiej było się przyznać do kolaboracji z okupantem niż walki w AK - podsumowuje starszy człowiek. 

W ramionach "Bucholca" 

Kiedy Szalawski został zwolniony po odsiedzeniu części wyroku wrócił do teatru. Nie miał gdzie mieszkać. Jedno z pomieszczeń teatralnych udostępnił mu dyrektor Gall. Wieczorami aktor przychodził do pracowni krawieckiej, gdzie pan Zygmunt jak zwykle pracował do późna. 

- Często mnie później odwiedzał, nawet kiedy już nie pracował w Łodzi. Przyjeżdżał tu kręcić filmy. Grał Bucholca w "Ziemi Obiecanej" Andrzeja Wajdy.To był wysoki, potężny chłop, ja jestm niski. Kiedy się ze mną witał chwytał mnie i podnosił do góry. Dla mnie to był wzruszający wyraz życzliwości. 

Ryszardowi Baryczowi , który miał krótkie nogi Zygmunt Ciesielski zalecił ćwiczenie, które podpatrzył u choreografki Jadwigi Hryniewieckiej. Kazał mu przed pracą chodzić po scenie z kijem od miotły trzymanym za ramionami, pod łopatkami i wysoko podnosić nogi. Ćwiczenia przyniosły efekt. Aktor skorygował figurę. Na zdjęciu z dedykacją napisał "Drogiemu przyjacielowi za pomoc w sukcesach artystycznych, a przede wszystkim za przyjaźń ofiarowuję siebie". 

"Ociec" Zygmunt 

Andrzej Łapicki zawsze, otwierał szufladę w swojej garderobie i zachęcał do częstowania: Panie Zygmuncie, tu jest czekolada. Wyciągał zza lustra papierosy Mewa: - Panie Zygmuncie, tu są papierosy. 

Stanisław Łapiński, przedwojenny aktor, miał zwyczaj zwracać się do wszystkich per "ociec". 

- Panie Stanisławie mówiłem, nazywam się Ciesielski, proszę do mnie mówić po nazwisku, jeśli nie chce pan po imieniu. - Co się gniewasz, "oc..." - nie dokończył aktor. 

Kiedy odbywał się pogrzeb Łapińskiego na Radogoszczu, okazało się, że grabarze wykopali za płytki grób. Wpuszczali już trumnę w ziemię, ale nie zmieściła się cała. Musieli ja wycofać, pogłębić grób i ponownie spuścić trumnę. 

- O, Stasiu bisuje - zauważył któryś z kolegów aktorów. 

Ponadosiemdziesiecioletni Zygmunt Ciesielski jest najstarszym chyba żyjącym pracownikiem Teatru Jaracza. Jego życie jest historią tego miasta, i łódzkiego teatru. Pamiętnikiem pisanym znad maszyny do szycia.

Anna Pawłowska
Polska Dzienik Łódzki
10 kwietnia 2010
Portrety
Jan Oleszkowicz

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...