Oniegin udany muzycznie

"Eugeniusz Oniegin" - reż. Michał Znaniecki - Opera Krakowska w Krakowie

W powojennej historii opery w Krakowie "Eugeniusz..." Piotra Czajkowskiego doczekał się trzech inscenizacji. Pierwszą, tuż po wojnie, prowadził Walerian Bierdiajew. Ostatni raz, w grudniu 1985 roku, premierą opery dyrygował dr Zygmunt Latoszewski, a partię Tatiany kreowała Jadwiga Romańska. Opera Krakowska świętowała tym spektaklem 30-lecie pracy artystycznej znakomitej śpiewaczki, notabene wkrótce po tym spektaklu (udanym!) odesłanej na emeryturę

Z radością przyjęliśmy więc wiadomość, że na dwulecie obecności w swej nowej siedzibie Opera Krakowska przygotowuje właśnie "Eugeniusza Oniegina". Tym większą, że do wykonania partii tytułowej zaproszono Mariusza Kwietnia, a każdy kontakt ze wspaniałą sztuką wokalną i aktorską tego artysty, będącego ozdobą najbardziej prestiżowych scen muzycznych z Metropolitan na czele, jest dla miłośników opery prawdziwym świętem. Reżyserii opery podjął się Michał Znaniecki, który także zaprojektował kostiumy, scenografię przygotował Luigi Scoglio, choreografia była dziełem Diany Theocharidis. Chór przygotował Marek Kluza, kierownictwo muzyczne powierzono Łukaszowi Borowiczowi. 10 grudnia poznaliśmy efekt ich pracy.

Według libretta akcja opery rozpoczyna się w ciepłe sierpniowe popołudnie przed dworem Larinych, jednak podniesiona kurtyna ukazuje oczom widzów srebrzysto-lustrzany świat wiejący chłodem i gęsty las potężnych brzóz. Coś z atmosfery upału jednak pozostało, choć raczej

dotyczy upałów krwi, bo błąkające się wśród tych brzóz właścicielka posiadłości (Bożena Zawiślak-Dolny) i niania Filipiewna (Wiera Baniewicz), obie dawno owdowiałe, tęskniąc za młodością i jej porywami, rozrywają na piersiach szaty ukazując swe wdzięki. Za chwilę z pól przyjdą żniwiarze. Według didaskaliów powinni przynieść plony, w rękach dzierżą jednak ocynkowane, współczesne wiadra, do których zbierać będą oskomę, czyli przywracający zdrowie i życie sok z brzozy pozyskiwany wczesną wiosną. Opisane pomieszanie czasu to nie jedyna nielogiczność spektaklu. Drugi i trzeci obraz pierwszego aktu rozgrywa się w łóżku. Jeśli Tatiana (Ewa Biegas) mogła w nim nocą pisać list do Oniegina, to pojawienie się adresata listu (wspomniany Mariusz Kwiecień) w dziewczęcym pokoju ni to we śnie, ni to na jawie jest nieporozumieniem, bo rozmowa dwojga bohaterów nie jest majakiem sennym, ale węzłowym punktem dramatu. Jest realna, ma swój dalszy ciąg w ostatniej scenie opery rozgrywającej się przecież w rzeczywistości, w której role się odwracają i to Oniegin zostaje odrzucony. Ale i to mogłabym inscenizatorom wybaczyć, podobnie jak niezgodność niektórych zachowań bohaterów opery z konwenansem epoki, w jakiej jest umiejscowiona. Nie mogę się jednak zgodzić na zamysł, który według nich miał być prawdopodobnie clou programu. Oto wszystko na scenie jest zlodowaciałe jak serce Oniegina (stąd te zimne srebrzystości), ale gdy bohater uzmysławia sobie miłość żywioną do Tatiany, lody topnieją. Pomysł sam w sobie niezły. Pojedynek Oniegina z Leńskim (Adam Zdunikowski) na bryłach lodu jest poruszający, podobnie interesująca jest polonezowo-lodowa retrospektywa towarzysząca powracającemu z zagranicy Onieginowi. Ale dalej jest po prostu śmiesznie, bo inscenizatorzy przedobrzyli. Ilość chlupiącej wody zamienia bal u księcia Gremina w marne widowisko w basenie, a publika tylko patrzy, kto też z bohaterów się skąpie. Podobnie ostatnia, dramatyczna przecież scena, rozgrywana w jedynym suchym miejscu czyli na kanapie stojącej wśród fal, wzrusza jedynie pod warunkiem, że zamknie się oczy. Bo mimo wszystko ta premiera mogła wzruszać - głównie dzięki artystom muzykom.

Czajkowski nazwał swe dzieło Scenami lirycznymi. W siedmiu obrazach przedstawia stany emocjonalne swych bohaterów, każdemu z nich przydając oprawę dźwiękową wspaniałą, doskonale oddającą charaktery i emocje. Muzyka Eugeniusza Oniegina należycie zinterpretowana sama w sobie jest prawdziwym teatrem. 10 grudnia wykonawcy byli po prostu wyborni i to nie tylko mistrzowski Mariusz Kwiecień, ale i cudowna w partii Tatiany Ewa Biegas oraz wszyscy pozostali tu wymienieni, a także debiutująca na krakowskiej scenie dziewczęca Irina Żytyńska w roli Olgi, Imeri Kawsadze jako Triąuet i Bartosz Urbanowicz w partii Rotmistrza. W ich śpiewie, w ich budowaniu muzyką postaci był prawdziwy Czajkowski. Wielka w tym zasługa prowadzącego spektakl Łukasza Borowicza.

Oglądając Eugeniusza Oniegina, zastanawiałam się, dlaczego reżyserzy tak bardzo boją się pozostawienia publiczności sam na sam z muzyką. Michał Znaniecki wprawia obecnych na scenie w ustawiczny ruch, a jeśli nawet pozostawia na chwilę protagonistów w spokoju, to zmusza do działania tzw. drugi plan, rozpraszając niepotrzebnie uwagę słuchaczy. Nie przypadkiem jednym z najbardziej poruszających momentów premiery była aria Leńskiego poprzedzająca pojedynek, pięknie zresztą zaśpiewana przez Adama Zdunikowskiego stojącego w samotności prawie w bezruchu. Ale i w tym obrazie reżyser musiał zniszczyć napięcie i wzruszenie słuchaczy, wprowadzając na scenę w kulminacyjnym momencie tłum gapiów. Szlochy Olgi rzucającej się na martwe ciało narzeczonego przypomniały, że to tylko teatr i można będzie w antrakcie napić się kawy.

Nic mnie pouczać reżyserów, ale myślę sobie, że na dobre by wyszło, gdyby przed następną premierą Michał Znaniecki spisał sobie na kartce wszystko, co mu przychodzi do głowy na temat reżyserowanego dzieła, a potem dziewięć dziesiątych z tego po prostu wykreślił. Asceza w teatrze bywa zaletą.

Anna Woźniakowska
Kraków
26 stycznia 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia