Opera (nie) dla ubogich

"Opera za trzy grosze" - reż. Jerzy Jan Połoński - Krakowski Teatr Variété

Biada temu, kto nie zna brechtowskiego humoru, kto idąc na „Operę za trzy grosze" spodziewał się bogatej scenografii, przyprawiających o dreszcze arii i omdlewających diw. W Teatrze Variète w Krakowie grają Brechta i Weille'a – z wszystkimi tego konsekwencjami.

Zza zasłoniętej kurtyny wyłania się ciekawa postać: ubrany w ekscentryczną marynarkę w szachownicę, z czerwoną piłką na nosie per... Królik. Będzie naszym przewodnikiem w spektaklu – ni to konferansjerem, ni to narratorem. Zabiera nas do XIX-wiecznego Londynu i zapoznaje z historią Mackiego Majchra (w tej roli Rafał Drozd). To kolorowa postać tamtych czasów: herszt złodziei, przywódca prawdziwej bandy, odpowiedzialnej za największe grabieże w mieście. Ten zuchwalec, spotkawszy kiedyś w knajpie żonę króla żebraków Jonathana Peachuma (Dariusz Niebudek), Panią Peachum (Beata Olga Kowalska), oraz ich córkę, młodziutką Polly (Agnieszka Tylutki), uwodzi dziewczynę i postanawia ją poślubić w tajemnicy przed światem. W sekretnym mieszkaniu, które z dotychczasowych lokatorów „posprzątali" kamraci Mackiego, w towarzystwie biskupa i „wszystkich świętych" towarzyszy Majchra, para dopełnia ceremonii. Gdy król żebraków Jonathan Peachum dowiaduje się o tym, postanawia za wszelką cenę zniszczyć zięcia, nie zważając na uczucia córki. Ale przecież Londyn jest miejscem do cna zepsutym, gdzie „pieniądz rządzi światem" i najważniejsze są znajomości, a tych przecież Majcher ma wystarczająco. Tylko czy w świecie, w którym wszystko i wszystkich można kupić, nawet miłość, lojalność okaże się najważniejsza?

Reżyser spektaklu Jerzy Jan Połoński poprowadził historię zgodnie z Brechtem, możemy więc być spokojni o przebieg fabuły. Postawione w sztuce tezy o tym, że jesteśmy przesiąknięci materializmem, rozumowaniem, iż czasami od prawdy ważniejsze są odpowiednie znajomości, niestety są tak uniwersalne, że nie można ich pominąć. Nawet uniewinnienie Macka dekretem nowo koronowanej królowej potwierdza przekazywane z pokolenia na pokolenie powiedzenie, że „złego diabli nie biorą", że zło jest bezkarne.

„Opera..." jest pod tym względem pesymistyczna. Nawet nie można powiedzieć, że siła miłości jest tu pozytywnym elementem – przecież prostytutka Jenny (Katarzyna Walczak) sprzedaje swojego ukochanego Majchra, a obserwacja prędkości przechodzenia miłości w nienawiść i nienawiści w miłość w głowie oszukanej Polly zadaje pytanie o stałość jej uczucia. Ukazanie ówczesnego Londynu jako świątyni bezprawia, wyzysku żebraków, którzy zostają wciągnięci w istny przemysł żebraczy Jonathana – w dodatku z monopolem, wręcz „licencją na żebranie" jest bardzo przykre. Wychodzi tu caluśki Brecht. Ale oglądanie „Opery..." nie ma być doświadczeniem artystycznym, nie ma wyzwolić w nas uczuć wyższych, jakie wyzwala pięknie wykonana uwertura orkiestrowa. Nie. Tu czujemy się niekomfortowo, brudni klimatem, tematyka, poczuciem niesprawiedliwości, że na zło jest przyzwolenie. Ba! Nawet konwencja, stylistyka sprawiają, że czujemy piasek w zębach. I co prawda jest uwertura (genialny Kurt Weill!), ale w wykonaniu bardzo okrojonego składu orkiestry, bardziej bandu, która w niczym nie przypomina żadnej uwertury np. Stanisława Moniuszki. No cóż, skoro za „trzy grosze", to za „trzy grosze".

Twórcy świetnie poruszają się w konwencji. Zaprojektowana przez odpowiedzialną także za kostiumy Marikę Wojciechowską scenografia przenosząca nas w kolejne miejsca akcji jest świetnie zaprojektowana, wykorzystuje mechanizmy sceny (m.in. zapadnie), pozwala na płynne przechodzenie akcji. Poza tym postaci nie ograniczają się tylko do samej sceny: schodzą z niej, wyskakują na konstrukcyjne elementy sali, poruszają się także w przejściu pomiędzy sektorami widowni, np. „chór żebraków" podczas „zbiórki" do kapelusza. Scena ślubu Polly i Macka jest bogata w rubaszny i czarny humor: znalazłszy się w mieszkaniu, w której rozegra się ceremonia (dokładnie tak: rozegra, a nie odbędzie), ekipa Majchra „sprząta" worki z poprzednimi lokatorami. Chwilę później będą one łożem dla romantycznej Polly. Natomiast wszyscy uniesieni rytmem spektaklu nagle zastygają w bezruchu, z napięciem wpatrując się w przesuwającego się z całym swoim majestatem (proszę sobie wyobrazić niesamowicie wolno przemieszczającą się postać, odzianą w ceremonialne, powłóczyste szaty) po podłożu biskupa. Wymyślne, znakomicie zaprojektowane stroje albo podtrzymują groteskę (gorsety wykończone stożkowymi piersiami u „dziewczyn" Macka, męskie kostiumy z doczepionymi gdzieniegdzie fallusami, infantylna suknia ślubna Polly), albo wzmagają odczucie brzydoty („czapki" imitujące łysinę i gogle w scenie zbiorowej).

Znakomicie nakreślony jest także kontrast w stosunku do naszego tradycyjnego pojęcia opery, która tu czasem balansuje na granicy musicalu: część songów wykonana właśnie w takiej stylistyce, inne natomiast – jak niektóre pieśni Pani Peachum i Polly – aspirują do miana arietek, a inne „solówki" panny młodej brzmią prześmiewczo, gdy wysokie wykończenia przechodzą w krzyk. Także pieśń o oswobodzeniu Macka, w której charakterystyczne ozdobniki brzmią jak nieco subtelny pastisz na operę. Należy tu zaznaczyć, że aktorstwo w sztuce jest bardzo wyrównane – nie widać nierówności pomiędzy kreowaniem ról a śpiewaniem songów; utrzymanie takiej równowagi wymaga nie tylko dużej pracy aktorów, ale także reżysera, choreografa (Jarosław Staniek) i odpowiedniego przygotowania muzycznego (Justyna Motylska).

W kontekście dźwięku niezwykle ważna jest choreografia – w spektaklu bardzo przemyślana, w której wszyscy bohaterowie odgrywają role. Zarówno partie solowe, jak i wszystkie sceny zbiorowe, są perfekcyjnie dopracowane, punktualne. Świetne są także popisy cyrkowe, towarzyszące scenom zbiorowym, które dopełniają „uliczny" charakter spektaklu, m.in. popisy pirotechniczne i iluzjonistyczne wszędobylskiego Waltera (Wojciech Rotowski).

Po obejrzeniu „Opery za trzy grosze" w Teatrze Variete pomyślałam, że Brecht do Krakowa bardzo pasuje. Może warto pociągnąć temat np. w „Mahagonny"? „Opera..." w Krakowie została przyjęta ciepło. W końcu – kto tu zapłaciłby za operę więcej niż "trzy grosze"?

Maria Piękoś-Konopnicka
Dziennik Teatralny Kraków
22 marca 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...