Opera opowiadana, nieśpiewana

"Madame Curie" - reż: Marek Weiss - Państwowa Opera Bałtycka w Gdańsku

O Marii Skłodowskiej-Curie wiemy zwykle niewiele. Znamy najważniejsze informacje na temat jej dorobku naukowego, ale nie mamy wielkiego pojęcia, jak naprawdę wyglądało jej życie. Najnowsza premiera w Operze Bałtyckiej "Madame Curie" miała pokazać wielką chemiczkę nie tylko jako zapracowanego naukowca, ale także jako kochającą kobietę, pasjonatkę, wizjonerkę i bohaterkę skandali. Czy pokazała?

Autorka libretta Agata Miklaszewska chciała zawrzeć w nim tyle różnych informacji i zdarzeń z życia Marii Curie, że powstał twór przegadany, chaotyczny i zupełnie nieoperowy. Reżyser Marek Weiss-Grzesiński nie do końca chyba wiedział, co z takim librettem zrobić. Orkiestra siedząca w głębi sceny i bardzo oszczędna, aczkolwiek udana scenografia, uderzająco przypomniały to, w jaki sposób Marek Weiss wyreżyserował na tej samej scenie "Salome" Straussa. W "Salome" było to jednak uzasadnione tym, co działo się na scenie, natomiast w "Madame Curie" wygląda to trochę na powielanie pomysłu, który poprzednio okazał się udany.

Świetnie za to został potraktowany chór, który znajduje się na scenie prawie przez cały czas, komentując akcję, biorąc w niej udział i zaskakująco dobrze radząc sobie z bardzo trudnymi partiami. To jeden z najlepszych elementów tego spektaklu, zarówno muzycznie, jak i inscenizacyjnie.

Jednak nawet tak świetny chór został przyćmiony przez Annę Mikołajczyk, tytułową Marię Curie, która swoją kreacją ratuje ten spektakl. Bardzo wymagająca partia wokalna wydawała się nie sprawiać jej większej trudności. Równie łatwo przychodziły jej trudne interwałowe skoki, jak i nieliczne w jej partii delikatne kantyleny. Piano Mikołajczyk to coś wspaniałego, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, jak fatalne są akustyczne warunki sali Opery Bałtyckiej. Plastyczna gra aktorska pozwoliła jej stworzyć wiarygodną, wielowymiarową postać, która fascynuje i intryguje.

Z pozostałych solistów najbardziej zapada w pamięć Tomasz Rak, wcielający się w postać asystenta, a później kochanka Marii, Paula Langevina. Tak naprawdę to opera o tych dwóch postaciach, a inne są tylko tłem. Tłem, trzeba dodać, dość dziwnie zróżnicowanym, bo kiedy wśród posępnych, szarych i gniewnych naukowców pojawia się jąkający się sekundant (Daniel Borowski) czy pretensjonalna, rozkrzyczana dziennikarka (Monika Fedyk-Klimaszewska) tworzy się groteskowa mieszanka nastrojów.

Kolejnym wielkim bohaterem spektaklu jest muzyka, skomponowana na zamówienie Opery Bałtyckiej przez Elżbietę Sikorę. To, co napisała, brzmi bardzo współcześnie, ale zarazem świetnie koresponduje z obrazem czasów, w jakich żyła Maria Skłodowska-Curie, i z tym, czym się zajmowała. W "Madame Curie" prawie nie ma melodyjnych arii, jakie możemy usłyszeć w operach Verdiego czy Pucciniego. Jest za to bardzo nietypowe brzmienie orkiestry, do której kompozytorka dołączyła akordeon, gitarę elektryczną i różne efekty dźwiękowe z taśmy. Trzeba przyznać, że pod ręką Wojciecha Michniewskiego zespół Opery Bałtyckiej zabrzmiał wyjątkowo dobrze i znakomicie podkreślił, jak bogata i nietypowo zinstrumentowana jest ta muzyka. Problem w tym, że cała opera utrzymana w takiej mocno współczesnej i mało operowej estetyce może być trudna w odbiorze dla tych, którzy nie są wielkimi entuzjastami tego rodzaju kompozycji. Wydaje się, że skoro spektakl miał być swego rodzaju wykładem historycznym, propagującym postać dwukrotnej noblistki, mógłby być nieco łatwiejszy w odbiorze, chociaż oczywiście sam fakt zamówienia i wystawienia całkowicie współczesnej opery jest godzien pochwały.

Kiedy patrzy się na każdy z elementów spektaklu z osobna, wszystkie wydają się być naprawdę udane. Interesująca muzyka, piękna monochromatyczna scenografia Hanny Szymczak, interesujący epizod taneczny Iulii Lavrenowej... a czegoś jednak "Madame Curie" brakuje. Nie pomogło nawet wprowadzenie na scenę dzieci, chociaż trzeba przyznać, że Weronika Weiss swoim rewelacyjnym solo na skrzypcach zaskoczyła wszystkich. To "coś", czego brakuje w tym spektaklu, to pewna trudna do zdefiniowania "operowość". Spektakl przypomina raczej przedstawienie w teatrze z dodatkiem kilku partii wokalnych. Dłuży się, brakuje w nim wyraźnej kulminacji i przede wszystkim emocji. Jeśli jednak jego głównym celem było opowiedzenie czegoś o Marii Skłodowskiej-Curie, ten cel został osiągnięty.

Maja Korbut
Dziennik Bałtycki
29 listopada 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...