Opera to teatr, tyle że bardzo trudny

rozmowa z Aleksandrą Kurzak

Rozmowa z Aleksandrą Kurzak

MŁG: Przyleciała pani do Warszawy tylko na jeden dzień z Salzburga, gdzie śpiewa pani Donnę Annę w "Don Giovannim" Mozarta. Spotykamy się po pierwszym spektaklu. Jakie wrażenia?

AK: Salzburg i tamtejszy festiwal to wspaniałe miejsce na ziemi. Sam Mozart natomiast to repertuar niełatwy i wymagający od śpiewaka dobrej techniki i zaangażowania. Jeśli ktoś ma kłopot z ariami Mozarta, to i z późniejszą muzyką sobie nie poradzi.

Mój tegoroczny występ to trzecia wizyta na festiwalu. Wcześniej śpiewałam tam "Wolnego strzelca" Webera oraz recital z arii koncertowych Mozarta. Tym razem wybór padł na niezwykłą inscenizację "Don Giovanniego" w reżyserii Clausa Gutha. Akcja została umieszczona w lesie, dzięki czemu udało się zbudować jedność czasu i miejsca wydarzeń, co często bywa trudne. Podejście Gutha jest stricte współczesne. Od początku wiadomo, że Donna Anna ma z tytułowym bohaterem romans, jest w nim zakochana i to ona go gwałci w pierwszej scenie. Don Giovanni zostaje postrzelony przez Komandora i cały spektakl śpiewa z raną, która w scenie finałowej doprowadza do jego śmierci. Leporello natomiast jest narkomanem i co chwila daje sobie w żyłę. Wszystko jest skonstruowane niezwykle logicznie i już mogę powiedzieć, że to moja ulubiona inscenizacja tej opery.

Pani sceniczny debiut także miał miejsce w operze Mozarta. Jeszcze w czasach studiów zaśpiewała pani Zuzannę we wrocławskim spektaklu "Wesela Figara" u boku mamy, Jolanty Żmurko. Jak wyglądają relacje pań obecnie?

- Moje relacje z mamą zawsze były i pewnie pozostaną doskonałe. Nadal uważam ją za najcenniejszego pedagoga i często pytam o zdanie. Nie dalej jak wczoraj przed drugim aktem zadzwoniłam do niej żaląc się, że jedna fraza mi nie wychodzi. Jednym czarodziejskim słowem mama wszystko mi wyjaśniła i okazało się, że problem znikł. Takie życzliwe ucho z zewnątrz jest ważne dla każdego artysty, bez różnicy, czy dopiero zaczyna karierę, czy już udało mu się coś osiągnąć. Człowiek naprawdę powinien się uczyć całe życie. Może kiedyś byłam trochę zarozumiała i zdarzało mi się na siłę bronić swojego zdania, ale dziś cenię sobie jej życzliwość i uważam za naprawdę świetną śpiewaczkę. Gdyby nie trudne czasy, w jakich zaczynała karierę, to pewnie nieraz śpiewałaby w Met czy La Scali. Kilka razy nie dostała paszportu, innym razem nie wpuścili jej na lotnisku do samolotu. Raz też dostali wraz z ojcem angaż w Niemczech, ale musieli mnie zostawić w Polsce i nie było wiadomo, kiedy wrócą, więc zrezygnowali.

Czy jako dziecko myślała pani o jakimś pozamuzycznym zawodzie?

- Wychowując się w muzycznym domu, naturalnie poszłam w ślady rodziców. Początkowo myślałam o balecie. Potem przyszedł czas na naukę gry na fortepianie i skrzypcach. Szło mi całkiem dobrze. W średniej szkole muzycznej byłam najzdolniejsza w klasie, ale zawsze ciągnęło mnie do teatru, kostiumu i całej tej otoczki towarzyszącej operze. Zaczęłam się uczyć śpiewu na trzy tygodnie przed egzaminem na akademię. Chciałam być solistką, a dobrze wiedziałam, że życie instrumentalisty to ciężki kawałek chleba.

Dwanaście lat, które poświęciłam skrzypcom, to była dobra szkoła życia, ale chyba zbyt byłam leniwa, żeby dalej iść w tę stronę. Instrument sprzedałam zaraz po dyplomie i dziś, jeśli coś gram, to tylko na fortepianie, gdy przygotowuję się do roli i sama sobie akompaniuję.

Czy praca w nowojorskiej Met faktycznie bardzo się różni od innych scen operowych świata?

- To mit i jakaś bzdura. Wiele osób to powtarza, ale tak naprawdę praca w Met niczym się nie różni od innych dobrych scen, jak Covent Garden, Salzburg czy La Scala. To wszystko instytucje na najwyższym poziomie profesjonalizmu. Organizacja pracy jest w zasadzie taka sama. Pracuje się cały dzień z godzinną przerwą na lunch. Nikt tam nie próbuje robić prowizorki. Od razu gra się w kostiumach przygotowanych na czas prób i wśród dekoracji, które zagrają w spektaklu. Powiedziałabym nawet, że w Covent Garden bardziej o to dbają niż w Met, bo ostatnio próby do "Rigoletta" w Nowym Jorku odbywały się w bardzo małej sali i bez dekoracji.

Czym dla pani jest opera?

- Opera to teatr, tyle że bardzo trudny. Akcją sceniczną, ruchem, gestem kieruje muzyka. W teatrze dramatycznym aktor ma dużą swobodę interpretacji i miejsce na improwizację. To samo zdanie może mówić raz przez minutę, innym razem przez trzy i nic tym nie zepsuje. Tymczasem w operze bywają sytuacje, w których jakiś ruch jest wręcz niemożliwy, bo nie pasuje do muzyki. Improwizacja także tutaj jest ważna, ale ogranicza ją zamknięta struktura muzyczna dzieła. To w niej musi się odnaleźć śpiewak, reżyser, choreograf, scenograf i wszyscy inni. Bywają sytuacje, gdy reżyser, który przyszedł z teatru dramatycznego, nie bardzo rozumie realia śpiewu. Mówi: połóż się i tak śpiewaj, a ja mówię, że się nie położę, bo w takiej pozycji w życiu nie zaśpiewam swojej kadencji. Każdy spektakl operowy to kompromis pomiędzy artystyczną wizją reżysera a fizycznymi możliwościami śpiewaków.

Pani gra aktorska jest bardzo naturalna i przekonująca. Gdzie się pani uczyła aktorstwa?


- Nigdzie. Nawet na studiach nie miałam takich zajęć. Wszystko, co widać dzisiaj na scenie, to intuicja. W zakresie gry aktorskiej jestem naturszczykiem. Może mam talent po mamie? Teatr zawsze mnie fascynował i uważam, że w operze aktorstwo jest nie mniej ważne od śpiewu. Za to u reżyserów najbardziej cenię logikę. Spektakl może być bardzo tradycyjny albo ultranowoczesny, ale nie może być tak, że jakiś rekwizyt z pierwszej sceny wędruje do drugiej, bo ktoś zapomniał go zdjąć ze sceny. Albo że dla jakiegoś śpiewaka brakuje wyjścia ze sceny. Na szczęście rzadko się spotykam z tak podstawowymi błędami, ale nawet w dobrych teatrach czasem się one zdarzają. Wtedy jestem nieustępliwa i potrafię się kłócić.

Czy znalazła pani logikę w najnowszej "Traviacie" w Warszawie? Jak się pani śpiewało w Teatrze Wielkim?


- Tak. Z Mariuszem dobrze się dogadaliśmy. Zadawałam mnóstwo pytań, żeby zrozumieć jego koncepcję. Trochę po takich rozmowach pozmienialiśmy, ale ogólnie uważam ten spektakl za bardzo udany. Nawet jeżdżące dekoracje nigdy nie stanowiły dla mnie problemu, choć wiem, że hałas maszynerii podobno trochę przeszkadzał publiczności. A śpiewa mi się świetnie. Akustyka jest bardzo dobra i nigdy nie odniosłam wrażenia, że śpiewam w czarną dziurę. Nie ulegam podobnym opowieściom.

Czerwcowy spektakl "Traviaty" śpiewała pani mimo wysokiej gorączki. Wyszło świetnie poza jednym miejscem w arii.

- Faktycznie, w pewnym momencie tak mi zaschło w gardle, że musiałam zrobić trochę dłuższą pauzę przed wysoką nutą, żeby przełknąć ślinę. Takie sytuacje zdarzają się nawet, gdy ktoś jest zdrowy. Czasem stres sprawia, że gardło odmawia posłuszeństwa. Ostatnio często śpiewam z przyklejonym do podniebienia cukierkiem. Tak na wszelki wypadek.

Pieśni Chopina i Schumanna - czym pani zdaniem różnią się te dwa cykle i jak się pani do nich przygotowywała?


- Chopina śpiewałam wiele lat temu, a niedawno nagrałam z tymi pieśniami płytę dla NIFC-u. Zbiera ona entuzjastyczne recenzje i nagrody od krytyki, co bardzo mnie cieszy. Sam Chopin często traktował te utwory niezbyt poważnie. Niektóre z nich to bardziej przyśpiewki i trudno je porównywać do utworów Schuberta, Brahmsa, Mahlera czy Schumanna. Ale są takie nasze, polskie, piękne w swojej prostocie i przy tym wcale niełatwe do zaśpiewania. Pieśni Schumanna podobały mi się jeszcze w czasach studiów. Mieszkając kilka lat w Hamburgu, dobrze poznałam niemiecki, więc w pełni mogę się wczuć w tekst tego fantastycznego cyklu. Naprawdę arcydzieło.

Na czym pani słucha muzyki i jak podchodzi do kwestii jakości nagrań płytowych?

- Najczęściej słucham na iPodzie. Za to w domu mam jakiś superaudiofilski zestaw Bose. Cztery głośniki, odpowiednio rozmieszczone, wzmacniacz i odtwarzacz. Odziedziczyłam ten sprzęt po poprzednim właścicielu mieszkania, który miał bzika na punkcie dobrej jakości dźwięku. Dla mnie to też ważne. Na razie nagrałam tylko tę płytę z Chopinem, ale jestem w przededniu podpisania ekskluzywnego kontraktu z wytwórnią Decca, więc pewnie niedługo będzie okazja trochę pomarudzić reżyserom dźwięku. W końcu od ich pracy wiele zależy i mogą zarówno nagraniu pomóc, jak i zaszkodzić. Pod koniec sierpnia mam nagrywać materiał wspólnie z Josephem Calleją na jego solową płytę. Za kilka miesięcy powinnam wejść do studia, by nagrać własny album z ariami Mozarta, Rossiniego, Gounoda, Verdiego i Pucciniego.

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki za pierwszą solową płytę.

Maciej Łukasz Gołębiowski
Hi Fi i Muzyka
23 września 2010

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski