Opera w najlepszym wydaniu

"Ariadna na Naxos" - reż. Włodzimierz Nurkowski - Opera Krakowska w Krakowie

Sobotnią premierę opery Richarda Straussa "Ariadna na Naxos" można określić mianem debiutu na terenie Krakowa, bowiem dzieło niemieckiego kompozytora nigdy (nie licząc gościnnego występu teatru z Monachium podczas okupacji) nie było prezentowane w naszym mieście.

Tym bardziej cieszy fakt, iż zdecydowano się na jego wystawienie. Kompozycja jest nie lada gratką dla melomanów ceniących sobie operę w najlepszym wydaniu. A takim dziełem niewątpliwie jest "Ariadna na Naxos", która dzięki pomysłowemu librettu Hugo von Hofmannsthala i niezwykle wymagającej pod wieloma względami muzyce Richarda Straussa stała się utworem, który triumfuje na największych scenach operowych świata od prawie 100 lat. Nie należy zapominać również o wyzwaniach, które postawili twórcy zarówno przed wykonawcami, jak i realizatorami przedstawienia. Niewątpliwie w Krakowie tym drugim nie zabrakło ani odwagi, ani pomysłów na "Ariadnę", dzięki czemu przyczynili się do częściowego sukcesu produkcji.

Od strony reżyserii, scenografii, kostiumów i choreografii o przedstawieniu można mówić w samych superlatywach. Konsekwencją tego jest dzieło będące spójną i logiczną opowieścią, a w dodatku efektowną i niezwykle przyjemną dla oczu. Reżyser buduje bowiem historię, której akcja toczy się cały czas w sposób dynamiczny. Wszechobecny ruch sceniczny i układy chorograficzne powodują, iż słuchacz w momentach, gdy muzyka niekoniecznie jest dla niego frapująca, zostaje zaabsorbowany tym, co dzieje się na scenie, nie nudząc się ani przez chwilę. Na długi czas zapadną mi w pamięć szczególnie obrazy z 2 części. Np. widok Ariadny leżącej na skale wokół której krążą trzy postaci - Najada, Driada, Echo - połączone ze sobą nicią - nierozerwalnie kojarzoną z naszą bohaterką. Początkowo w tle na wielkim ekranie (dzielącym scenę) wyświetlane są fale, które po chwili znikają po to, by widz zobaczył scenę baletową przedstawiającą historie początku miłości Ariadny i Tezeusza. Doskonałym dopełnieniem plastycznej scenografii stały się kostiumy - fikuśne i utrzymane w ciepłych, pastelowych kolorach stroje trupy mającej wystawić arlekinadę oraz stonowane i gustowne przebrania bohaterów opery seria. Równie wielkie brawa dla baletu, który pokazał się od najlepszej strony.

Znacznie gorzej przedstawienie miało się od strony muzycznej, choć bywały wyjątki. Takim odstępstwem były kreacje Ewy Biegas w roli Ariadny oraz Agnieszki Rehlis, która wcieliła się w postać Kompozytora. Obie śpiewaczki idealnie odnalazły się w niełatwej muzyce Straussa, tworząc role doskonałe zarówno pod względem aktorskim, jak i wokalnym. Dźwięczny i soczysty mezzosopran Rehlis elektryzował szczególnie przy okazji wydobywania wysokich dźwięków, które osiągała z lekkością, zaś głos Ewy Biegas brzmiał szlachetnie, dojrzale, przejmująco i naturalnie zarówno w najniższych, jak i w wyższych rejestrach. Obie panie opanowały swoje role perfekcyjnie, dzięki czemu czuły się bardzo swobodnie na scenie. Wykazały się one kunsztem, którego nie raz brakowało pozostałym solistom. Katarzyna Oleś-Blacha (jako Zerbinetta) stworzyła postać mało przekonywującą. Jej nienaturalna gra raziła, zaś głos nie ujął mnie na tyle, by uznać go za adekwatny do tego typu repertuaru. Delikatny i "cienki" sopran Oleś-Blachy ginął często w gęstej fakturze straussowskiego dzieła, a technika, którą posiada sopranistka była niewystarczająca, by wykonać niemal akrobatyczne partie, jakie kryje partytura. Popisowy recytatyw i arię Grossmächtige Prinzessin wykonała w sposób niedbały, często "prześlizgując się" przez frazy, ułatwiając sobie tym samym partię. Wśród śpiewaków najlepiej zaprezentował się Tomasz Kuk jako Tenor/Bacchus, który mimo momentów śpiewania nerwowego i z "zaciśniętym" aparatem głosowym, zaprezentował najlepszą formę wśród panów. Adam Zdunikowski z kolei stworzył jedną z bardziej zauważalnych postaci scenicznych, dzięki świetnej grze aktorskiej, którą nadrabiał nie najlepszą kondycję wokalną.

Największe zastrzeżenia budzi we mnie jednak forma orkiestry, o której chciałoby się przysłowiowo rzec, iż porwała się z motyką na słońce. Zespół, który nie miał wcześniej do czynienia z tego typu repertuarem, w wielu miejscach nie podołał trudnościom, jakie zapisał Strauss w partyturze. Skutkiem tego była rażąca momentami niedbałość o szczegóły. Słuchacz otrzymał "muzyczną papkę", w której słyszalna była nerwowość, zagonione lub rozwleczone tempa. Kłuły w uszy wpadki intonacyjne, brak precyzji i nierówności rytmiczne. Warcisław Kunc, który stanął za pulpitem dyrygenckim, próbując okiełznać i oswoić orkiestrę z nowym repertuarem, zapomniał z kolei o niuansach, tak istotnych w muzyce Straussa. Stworzył bowiem narrację muzyczną, której spektrum możliwości ogranicza się do grania w dynamice piano lub forte, a nie wydobył z partii orkiestry wielu szczegółów rytmicznych, kolorystycznych czy melodycznych wzbogacających muzykę, pozbawiając tym samym w wielu miejscach dzieło emocji i nastroju.

Niewątpliwie wielkim atutem najnowszej realizacji jest sam dobór prezentowanego dzieła, będącego odmienną propozycją repertuarową dla wszystkich tych, którzy są znudzenie klasyczno-romantycznym profilem programowym Opery Krakowskiej. Premierę można również określić jako połowiczny sukces - sukces realizatorów oraz E. Biegas i A. Rehlis, które bezapelacyjnie triumfowały wśród grona wykonawczego.

Dodam na koniec, że "Ariadnę na Naxos" zobaczył bym nawet raz jeszcze - trochę z ciekawości, jak brzmi w drugiej obsadzie, a trochę dla przyjemności, którą daje warstwa wizualna spektaklu. Może wraz z kolejnymi realizacjami orkiestra będzie brzmieć coraz lepiej, ogrywając się z nowym utworem? Czas pokaże, czy "Ariadna" była jednorazowym wybrykiem, do którego w większości zespół Opery w Krakowie nie dorósł, czy może stanowiła pierwszy krok w stronę ubogacania oferty artystycznej Krakowa, mający udowodnić, że muzykom nawet Strauss nie jest obcy.

Jakub M. Lis
www.polskamuza.eu
30 marca 2012

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia