Operowy, solidarnościowy plakat

"Maria" - reż. Michael Gieleta - Opera Bałtycka w Gdańsku

Gdańska inscenizacja opery "Maria" Romana Statkowskiego była kolejnym punktem festiwalu "Solidarity of Arts".

Pomysł wystawienia dzisiaj opery "Maria" Romana Statkowskiego, kompozytora, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, zapowiadał się jako ryzykowne przedsięwzięcie. Ta opera to zapomniane dzieło, z librettem opartym na poemacie Antoniego Malczewskiego, w dodatku zaliczane do nurtu tak zwanej "opery patriotycznej", niewygodnej, wręcz dziwacznej we współczesnych realiach, już to wystarczyłoby, by obawiać się efektu. A gdy dodać do tego reżyserski pomysł uwspółcześnienia rozgrywających się na Ukrainie wydarzeń i przeniesienia ich do Gdańska z lat 8o. na grunt walki między ludźmi partii a ludźmi Solidarności, wątpliwości narastały.

Gdańska inscenizacja "Marii" (w minioną niedzielę w Operze Bałtyckiej) pokazała jednak, że większość tych obaw była płonna. Historia miłości Marii i Wacława jest tak uniwersalna, że bez większych przeszkód może być przenoszona w dowolne czasy. Jak wypadły przenosiny w lata 8o.? Oglądałam spektakl z perspektywy osoby, która wydarzeń tych nie pamięta, zapewne więc pomysł reżysera odbierałam inaczej niż ci, którzy byli ich świadkami bądź uczestnikami. Trzeba też pamiętać, że produkcja powstała na potrzeby festiwalu w irlandzkim Wexford, a więc dla publiczności, która - podobnie jak ja - nie zetknęła się z rzeczywistością wczesnych lat 80. i która potrzebuje wyraźnych sygnałów ze sceny.

Przekaz, zaproponowany przez reżysera Michaela Gieletę, jest rzeczywiście niezwykle uproszczony, plakatowy, co - jak przypuszczam - wielu mogło razić. W operze nie chodzi przecież o to, by cokolwiek pokazywać lub odbierać dosłownie - inscenizacja ma być przenośnią, a nie wierną dokumentacją. Czy jednak na tej jednoznaczności, na prostych komunikatach i sygnałach, nie polega także siła tego przedstawienia? Choćby kostiumy, może rzeczywiście zbyt oczywiste, na operowej scenie prezentowały się jednak barwnie. Ich rozmaitość (zwłaszcza w I akcie) znakomicie komponował się ze skromną, ale przemyślaną i sugestywną scenografią Jamesa Macnamary, któremu udało się na ciasnej scenie Opery Bałtyckiej wytworzyć wrażenie przestrzeni.

To wszystko stanowiło jednak jedynie tło dla wspaniałej muzyki Statkowskiego. "Maria" to prawdziwa perełka, bogato zinstrumentowana, pełna przepięknych, zapadających w pamięć tematów i bohaterskich arii, do wykonania których potrzeba nie lada głosu. Szkoda, że piękna muzyki w dużej mierze trzeba było się domyślać, bo orkiestra Opery Bałtyckiej, prowadzona przez Łukasza Borowicza, nie poradziła sobie z tym zadaniem. Na szczęście to, co działo się na scenie, odwracało uwagę od kiksów, niezestrojonych akordów i nierównych wejść orkiestry.

Dobre imię instytucji obronił rewelacyjny Chór Opery Bałtyckiej, który od jakiegoś czasu prezentuje się na coraz wyższym poziomie, a tego spektaklu był zdecydowanie najmocniejszym i najlepszym punktem. Zespół może się szczycić wspaniałym, mocnym i pełnym brzmieniem, nie można mu także odmówić zdolności aktorskich i scenicznej swobody.

Chociaż brzmienie chóru przewyższyło solistów, oni także zaprezentowali się przekonująco. Dawno nie słyszałam Pawła Skałuby w tak dobrej formie. Partia Wacława pozwoliła mu pokazać atuty jego głosu - mocne brzmienie, z łatwością przebijające się przez orkiestrę, dźwięczne wysokie rejestry. Dla Krzysztofa Szumańskiego partia Wojewody nie była chyba wymarzona. W dużej części utrzymana w niższym rejestrze, w których jego głos nie brzmi tak dobrze i jest zagłuszany przez orkiestrę, nie pozwoliła mu do końca wykazać się piękną barwą i pełnym brzmieniem, z jakimi brzmi w górze skali. Miecznik Leszka Skrli wypadł nieco blado, za to Izabela Mantuła z nudnej i przewidywalnej postaci Marii uczyniła ciekawą bohaterkę. Jej głos szczególnie pięknie zabrzmiał w porywającym miłosnym duecie z Wacławem.

Postacią i głosem z zupełnie innego świata było Pacholę, ślad po poetyckim i romantycznym źródle libretta. Fascynująca barwa głosu Jakuba Monowida i zapadająca w pamięć melodia jego pozornie słodkiej, choć złowieszczej piosenki, były jednymi z mocniejszych fragmentów spektaklu.

"Maria" to spektakl nie bez potknięć, ale jednak broniący się jako całość. Najbardziej zaskakująca jest w nim końcowa scena. Ledwo Wacław, rezygnując z ojcobójstwa, strzela sobie w głowę, już całe to zło odjeżdża w głąb sceny, dekoracje znikają, i nagle zamiast tragicznego końca mamy chóralny, radosny, triumfalny wręcz finał, na tle biało-czerwonego sztandaru. Plakat? Może i tak, ale może warto - choćby w operowym teatrze - wypchnąć ze sceny minione zło i cieszyć się tym, co z niego na koniec dobrego wynikło?

Maja Korbut
POLSKA Dziennik Bałtycki
28 sierpnia 2013

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia