Opowieść o zwyczajnej żałobie

"Spóźnione odwiedziny" - reż. Iwona Kempa - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Do Teatru im. Juliusza Słowackiego z kolejną świetną premierą powróciła Iwona Kempa. Na deskach Domu Machin (dawna nazwa: Scena Miniatura) zaprezentowała „Spóźnione odwiedziny" - sztukę młodego kanadyjskiego dramatopisarza Jordana Tannahilla, przetłumaczoną przez Klaudynę Rozhin. Polscy widzowie zobaczyli „Late company" osiem lat po kanadyjskiej prapremierze. Ze względu na trwające obostrzenia – oczywiście online.

Scenografia jest bardzo umowna. Na scenie stoi długi, prostokątny stół z rozstawionymi krzesłami. I dalej tak naprawdę zostaniemy z tą umownością, gdy np. gospodarze wnoszą poczęstunek, jest nim przezroczysta misa z niebieską substancją. Metaforyczny detalizm: wszystko jest dokładnie przemyślane, żeby jak najbardziej zminimalizować to, co niepotrzebne. Nawet przyniesione przez Michała (Maciej Jackowski) dyplomy Piotra będą w rzeczywistości niezapisanymi kartkami. Widzimy tylko elementy niezbędne do ustawienia na scenie napięć energetycznych i punkty odniesienia. Pamiątki po synu w pudełkach, które dzierży razem z Darią (Dominika Bednarczyk) wydają się być materializacją ich pamięci, z której wydobywają cząstkę wspomnień po utraconym dziecku.

Nie bez powodu w opisie spektaklu jest napisane, że „zaczyna się trochę jak w „Bogu mordu" Yasminy Rezy". Do jednej pary rodziców przychodzi druga para rodziców i po wymianie uprzejmości, jak to między dobrze wychowanymi, dorosłymi ludźmi bywa, rozpoczyna się koszmarna awantura, w trakcie której każde z nich wyrzuci na zewnątrz targające nim wściekłe emocje. Ale tak naprawdę można „Boga mordu" potraktować jako niewinny wstęp do spektaklu Iwony Kempy.

Tamara (w tej roli Natalia Strzelecka) i Jan (Marcin Sianko) przychodzą ze swoim nastoletnim synem, Kubą (gościnnie Jakub Suwiński) do Darii i Michała, aby w ramach terapii pogodzić się ze stratą. Piotr – dręczony przez kolegów z powodu ujawnionego homoseksualizmu i ekscentrycznego zachowania – popełnił samobójstwo. Upływ czasu nie zagoił ich ran, Daria nadal stawia dodatkowe nakrycie dla syna. Kuba to jeden z tych kolegów – i jest tutaj, aby uzyskać przebaczenie rodziców Piotra. Z początku wydaje się, że każda ze stron zrobi wszystko, by spotkanie szybko „odbębnić". Panuje poprawna, trochę niepewna i napięta atmosfera, ale wydarzenie wydaje się rozgrywać zgodnie z ustalonym planem.

Napięcia pojawiają się stopniowo - od nieprzemyślanych słów, bezrefleksyjnych sformułowań. Z początku ogniska zapalne są szybko tłumione. Potem przeskakują, niczym iskry, pomiędzy rozstawionymi na różnych końcach stołu uczestnikami spotkania. Nie tylko pomiędzy siedzącymi w centrum Darią i Michałem, ale też zajmującymi miejsca na niemal przeciwległych częściach stołu Tamarą i Janem. Iskrzenie wyczuwa się też pomiędzy samymi małżonkami oraz Kubą i jego rodzicami. Wzmagają się wzajemne oskarżenia, wypominana jest hipokryzja (na jaw wychodzą nagrania Piotra, w których wylicza swoich prześladowców, o których istnieniu nie wiedziała - lub nie chciała wiedzieć - Daria), cynizm i brak szczerości. Wydaje się, że spotkanie jest fatalnym nieporozumieniem i nic go już nie uratuje.

Spektakl jest ekstremalnie trudnym studium przypadku przemocy w środowisku dzieci/nastolatków. To nie jest mit. Dzieci nie są z natury grzeczne. Co gorsza, dorośli często sami je tak bezwiednie „programują". Nie wiem, czy jest ktoś, kto w szkole nie doświadczył przemocy psychicznej ze strony rówieśników. To problem bagatelizowany w niesłychany aż sposób. Najczęstszym argumentem jest „nauka życia", „nauka radzenia sobie w życiu", „selekcja naturalna". Tak. Takie argumenty czasami sami wysnuwamy, nie chcąc pokazać w rzeczywistości, jak byliśmy słabi, jak przez lata budziliśmy się zlani potem w środku nocy, albo jak baliśmy się ciemnych pomieszczeń bo starsi, głupkowaci koledzy wyskoczyli na nas z mroku szkolnej szatni. Takie argumenty są usprawiedliwieniem udręczenia tysięcy dzieci w szkołach. W ostatnich latach ta przemoc stała się jeszcze bardziej dotkliwa. Rozsyłane zdjęcia, zrobione z ukrycia. Wyśmiewanie fizycznych niedoskonałości, indywidualizmu i nieprzystosowanie się do ogółu (własne zdanie jest czasami jednak nieskutecznie tłumione), wreszcie to, co ostatnio głośno wybrzmiewa w mediach: dręczenie z powodu nieheteronormatywności. Sytuacja, która powinna być przedmiotem rozmów wyłącznie pomiędzy dzieckiem a rodzicami, staje się tematem numer jeden na ustach wszystkich. A rodzice często kryją się przed tą Sytuacją – przyjmują postawę obronną, spoza której nie przyjmują innych argumentów. O tym, że takie historie mają swoje własne twarze, możemy przekonać się w jednej z końcowych scen, gdy projektor przerzuca na scenie kolejne imiona i wiek osób, które nie potrafiły poradzić sobie z hejtem.

Ale Iwona Kempa pokazuje coś bardzo ważnego. Ten hejt może dotyczyć obu stron. Publiczne oskarżenie o dręczenie sprawia, że oskarżony w jego następstwie też może być dręczony. Że sprawca jest w jakiś sposób zdeterminowany do działania, a ten „sposób" to wszystko to, co wchłonie ze środowiska. To bardzo odważne, rzadko spotykane, „symetryczne" podejście. Oś symetrii stanowi linia pomiędzy dwoma punktami: Piotrem i Kubą.

Iwona Kempa do spektaklu wybrała wypróbowaną, znakomitą starą (metaforycznie oczywiście) gwardię Teatru Słowackiego. Dominika Bednarczyk, Natalia Strzelecka, Marcin Sianko i Maciej Jackowski stworzyli wyraziste postaci, charakterologicznie całkowicie od siebie różne. Niczym cztery żywioły. Tak naprawdę cały konflikt rozgrywa się pomiędzy nimi. Kuba (Jakub Suwiński) jako dziecko jest ustawiony na zupełnie innej pozycji, jak pisałam wcześniej, na pozycji quasi-ofiary. Każdy z aktorów, grających rodziców, potencjalnie może mieć własne dzieci. Każde z nich może obudzić się w sytuacji swojego bohatera. Każde z nich potraktowało temat jak własną historię. I są w niej bardzo autentyczni.

W trakcie spektaklu na scenie obecny jest ktoś jeszcze – duch Piotra (Aleksander Gałązka, gościnnie na scenie Teatru). Przechadza się pomiędzy bohaterami z kamerą, z której obraz widzimy za nimi na ścianie. Punktuje nerwowe ruchy, gesty postaci, napięcia. Sprawia, że opowieść jest boleśnie dosłowna, ma realną twarz, od której nie sposób odwrócić wzroku. Jednocześnie bohater i narrator. Przyczyna i konsekwencja całej historii. Arystotelesowski Nieruchomy poruszyciel.

Maria Piękoś-Konopnicka
Dziennik Teatralny Kraków
3 lutego 2021
Portrety
Iwona Kempa

Książka tygodnia

Pomarli
Wydawnictwo Czarne
Waldemar Bawołek

Trailer tygodnia