Opowieści Lubaszenki

rozmowa z Edwardem Lubaszenką

Rozmowa z Edwardem Lubaszenką

Iga Dzieciuchowicz: Pamięta Pan swoje pierwsze zetknięcie z alkoholem? 

Edward Linde- Lubaszenko: Nie wiem czy wypada o tym mówić. Kiedyś mieliśmy nianię, która opiekowała się młodszym dzieckiem, czyli moim bratem. Chciała pójść na randkę z narzeczonym czy też zaprosić go do domu, więc jakoś musiała się nas pozbyć. Upoiła nas słodką wiśniówką - brat siedział w wózku, a ja zacząłem urządzać jakiś festiwal piosenki radzieckiej na przedmieściu Wrocławia. Otrzeźwiałem dopiero, gdy chłopcy z podwórka wylali na mnie kubeł zimnej wody, bo to był akurat lany poniedziałek. Nic nawet nie poczułem. Miałem wtedy 10 lat. 

Czyli oprócz 70-tych urodzin obchodzi Pan 60-lecie picia... 

- Piłem oczywiście z dużymi przerwami. Pierwsza kilkuletnia przerwa nastąpiła po narodzinach syna. Później starałem się wypracowywać takie wolne od picia okresy mojego życia. Nie zawsze mi się to udawało. Naprawdę wziąłem się w garść dziesięć lat temu, gdy okazało się, że mam poważne kłopoty z gardłem. Nie piłem w ogóle, rzuciłem palenie i strasznie utyłem. Poza tym moja ówczesna teściowa dokuczała mojej córce, że tatuś za dużo pije. Więc tym bardziej pić nie wypadało. 

Po alkoholu człowiek zwykle staje się szczery. Czy miewał Pan moralne kace?

- Zwykle nie pamiętałem czy komuś coś nagadałem, więc czułem się niewinny i nie miałem wyrzutów sumienia. Miałem raczej wrażenie, że to ktoś mi zrobił krzywdę, ale potem okazywało się, że sam się poobtłukiwałem o ściany, poręcze, schody. Nigdy też nie podejmowałem się rekonstrukcji wydarzeń z poprzedniego wieczoru z pomocą przyjaciół, bo rano nowe zwalały mi się na głowę i wypierały tamte bez śladu.

Poza tym nie jestem awanturnikiem, nie awanturuję się po alkoholu. Ja śpiewam. Kolega znalazł na to sposób w SPATiFie. Umówił się z właścicielem lokalu, żeby wprowadzali mnie do innego pomieszczenia, bo on chce się rozkoszować pięknem mojego głosu i śpiewu artystycznego. Klienci chcieli sobie po prostu spokojnie porozmawiać, a nie słuchać śpiewającego jegomościa. To było bardzo sprytne, ja śpiewałam, a kelner przynosił wódkę. Czuliśmy się jak w loży dla specjalnych gości.

Pojawiały się problemy z kobietami? 

- Z wódką to jest tak - albo randka albo alkohol. Zwykle ludzie na drugi dzień przeżywają obezwładniające kace. Ja miałem, można

powiedzieć, kace "buhajskie". Kac mnie bardzo pobudzał. To była często przyczyna moich kłopotów. Z tego powodu byłem żonaty cztery razy (śmiech). Tak naprawdę nigdy na ten temat nie rozmawiałem z moimi żonami. Gdy któraś chciała rozwodu - proszę bardzo. Gdy chciała wyjść za mnie - proszę bardzo. Nie mam w sobie ziarna asertywności. Jak moglem więc powiedzieć "nie", gdy ktoś mi proponował rozwód? Ja się łatwo zakochuję, jestem uczuciowy i sentymentalny, wyobrażam sobie, że czegoś jest więcej, a rzeczywistość jest inna. I to jest powód damsko -męskich komplikacji. Poza tym kobiety popełniają kolosalny błąd wszczynając awantury, kiedy mężczyzna jest pijany. To jest nie do wytrzymania! Mądra kobieta przemilczy to, a na drugi dzień się wyprowadza. 

Kuriozalne sytuacje po spożyciu alkoholu? 

- Na pewno były, ale nie pamiętam (śmiech). Nauczyłem się za to spać z otwartymi oczami. Raz też obudziłem się pięć kilometrów od domu. Widocznie rozwinąłem zawrotną prędkość. 

Pana ulubiony alkohol to... 

- To zależy. Gdy na przykład byłem w Giżycku mogliśmy kupić tylko piwo, po wódkę trzeba było jeździć, więc to była okazja tylko raz na jakiś czas. Przeważnie piwo. 

Pamiętam inne ciekawe zdarzenie z wódką w tle. Kiedyś graliśmy w Szczawnicy film "Coś się kończy". Spałem na łóżku, pod którym stał karton wódki. Wyciągnąłem jedną butelkę i postanowiłem z moją ówczesną małżonką się napić. Żona wypiła kieliszek i poszła spać, ja wypiłem więc sam całe pół litra i nic nie poczułem, ani śladu działania. Potem się okazało, że była to specjalnie spreparowana wódka bezalkoholowa dla dyplomatów. Smakuje jak wódka, ale nie ma w niej alkoholu. Oto polskie osiągnięcie!

O biesiadach z Pana udziałem krążą legendy...

- Opowieści o moim piciu to są wszystko mity. Bo ja nigdy nie umiałem pić skrycie! Wszystkie historie opowiadane po stokroć przez przyjaciół w różnym czasie i w różnych okolicznościach o jednym bankiecie, stawały się anegdotami o setce bankietów. Potrafiłem latami tytanicznie nie pić, ale nikt tego nie zauważył! Moje picie ze śpiewami, obchodem rynku z transparentami, wpłynęło na opinię o mnie, która zawiera się w słowach: lekkoduch i beztroski pijaczek. Gdyby tak było, to dziś byłbym wrakiem człowieka. To nie tak, że mam nadzwyczajne zdrowie - te wszystkie opowieści są po prostu przesadzone. Poza tym wiek podeszły powoduje, że coraz szybciej się po alkoholu zasypia.

Ale śpiewa Pan dalej?

- Już nie tak głośno.

A czy była chwila, w której pomyślał Pan, że ma Pan problem z piciem? 

- Można być człowiekiem bardzo wykształconym, o przenikliwym umyśle, wyostrzonym poczuciu humoru, wygrywać w każdej dyskusji, zwłaszcza w sporach intelektualnych wykazywać się większą niż pozostali wiedzą. Ale na koniec i tak usłyszysz - co z tego, że jesteś taki mądry, skoro pijesz? I to jest strzał w samo serce. Życie człowieka pijącego nie jest usłane różami.

Korzystałem z pomocy psychologów, czasem mi coś poradzili. Na przykład, gdy miałem wyznaczony jakiś konkretny termin, to czasem zapominałem o zobowiązaniach. Ktoś mnie zapraszał na wódkę i znów odzywał się brak asertywności. Po czasie przypominałem sobie, że coś komuś obiecałem... 

Nawet dzisiaj umówił się Pan o tej samej porze w trzech różnych miastach....

- Ale to po trzeźwemu! To chyba jeszcze gorzej. 

Na zdjęciu: Edward Lubaszenko podczas próby "Lęków porannych" w Teatrze Nowym w Krakowie.

Iga Dzieciuchowicz
Od-Nowa
21 stycznia 2010

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...