"Oresteja" Kleczewskiej, czyli wymiot teatralny

"Oresteja" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Narodowy

I pomyśleć, że jeszcze rok temu miało dojść do prawykonania "Orestei", opery Agaty Zubel, którą miała wyreżyserować Maja Kleczewska w Operze Narodowej. Tymczasem proporcje się odwróciły i w efekcie w koprodukcji dwóch teatrów powstała "Oresteja" Mai Kleczewskiej z ilustracją dźwiękową Agaty Zubel; przedstawienie określono mianem "dramatoopery".

Niby to wciąż operowy cykl Terytoria, ale na deskach Narodowego, z okrojoną warstwą muzyczną i pełną obsadą aktorską - jedynie Chór jest śpiewany. Obejrzawszy w sobotę premierę, doszłam do wniosku, że z jakiegoś powodu zmarnowano temat i wartościowy materiał muzyczny, na rzecz zrealizowania wybitnie nieudanej produkcji teatralnej. Maja Kleczewska stała się zresztą pierwszym recenzentem tego przedstawienia - wystawiła sobie ocenę negatywną. Mianowicie, nie wyszła do braw. Zniknęła. Podobno dała nogę, "wypuściwszy" aktorów i kompozytorkę na ewentualne cięgi ze strony premierowej publiczności.

Nigdy nie rozumiałam zachwytów nad Kleczewską ("Woyzzeck", "Fedra", "Marat/Sade", "Babel"), reżyserką, moim zdaniem, bardzo średniego lotu. Jestem najwyraźniej zbyt tradycyjnym, konserwatywnym czy wręcz staroświeckim widzem, który wciąż szuka sensu w dziele artystycznym. W "Orestei" go nie znalazłam, a podejrzewam, że Maja Kleczewska również.

Agamemnon (Mirosław Konarowski) to twardy polityk. Właśnie rozprawił się z wrogiem i wraca do ojczyzny. Wcześniej złożył w ofierze córkę, Ifigenię, aby prosić bogów o pomyślny powrót. W domu czeka żona Klitemnestra (Danuta Stenka) - kto zna mit Atrydów, ten wie, że poprzysięgła zemstę. Nic jednak nie zapowiada tragedii. Agamemnon zasiada na kanapie przed telewizorem, prowadzi banalną rozmowę z małżonką, zakłada szlafrok i szykuje się do kąpieli, w trakcie której zostanie zabity. Klitemnestra napuszcza wody do wanny, olejkiem masuje stopy męża, zakłada fartuch i kroi mięso na pieczeń. Wszystko to jest dość dwuznaczne i przypomina przygotowania do rytualnego mordu. Pomijając nudę oglądania n-tej parodii soap opery, jesteśmy tu jeszcze w stanie odnaleźć jakąś myśl reżyserki.

W drugiej części spektaklu jest już dużo gorzej. Wrzask jako jedyny właściwie środek wyrazu. Chaos, sieczka, bełkot myślowy, przetykany gęsto "kurwami", "fiutami", "cipami" - autorka przedstawienia stworzyła własny scenariusz, dopisawszy do tekstu tragedii Ajschylosa dialogi na cztery nogi. Jest tam mowa o Sochaczewie, o tym, że w nocy było niezłe chlanko. Jest też o "cipie" Klitemnestry, za którą chętnie by chwycił Orestes (Sebastian Pawlak), przy czym miałby również ochotę obejrzeć "fiuta" swojego ojca, Agamemnona. Może to nawet kuszące, aby zobaczyć narząd, za którego pomocą "nas" stworzono - do obnażenia intymnych części ciała aktora na szczęście jednak nie doszło. Jakie jeszcze rewelacje? Seks rodzinny. Matka gorączkowo otwiera synowi rozporek (nie wiem, co Kleczewska ma do Stenki, że wciąż wymaga od niej imitowania seksu oralnego, patrz "Fedra"). Orestes kopuluje z Elektrą (Kamilla Baar) i tu widać, że reżyserka obejrzała "Wstyd" Steve'a McQueena, który to film podpowiedział jej coś niecoś odnośnie relacji siostra-brat. Że się kłócą, ale pożądają; on się miota, ona ma blond włosy, jest neurotyczna i snuje się bez sensu po scenie, co oznacza, że nie wie czego chce od życia. Kazirodztwo w tragedii antycznej jest wszechobecne, ale nie wyraża się przecież tak dosłownie i prostacko. Kleczewska jest najwyraźniej ofiarą jakiegoś przymusu, każącego współczesnym reżyserom obalać już dawno obalone tabu. Wszystko co pokazała było wtórne - dekadencja dzieci Atrydów cierpiących za grzechy rodziców i będących zabawką w rękach bogów i losu, była w rzeczywistości dekadencją samej reżyserki, bezsilnej wobec materii teatralnej.

Czy coś zostanie w pamięci? Tak. Monolog Przodownicy Chóru w wykonaniu Anny Chodakowskiej - ona jedna potrafiła wypowiedzieć tekst tragedii antycznej w jego właściwym wymiarze, nie bójmy się tego słowa - "podniosłym", a nie spłaszczonym do dnia codziennego; bo to nie jest zwykła opowieść o kłopotach rodzinnych. Rozpaczliwy monolog Danuty Stenki. Wreszcie muzyka, która tak naprawdę jest powodem, dla którego piszę o tym nieudanym eksperymencie powierzenia Mai Kleczewskiej tragedii antycznej. Agata Zubel nadała metafizyczny wymiar wielu fragmentom. Scena symbolicznego przejścia Klitemnestry i Agamemnona na drugą stronę, w zaświaty, na tle strumienia elektroniczych dźwięków. Ekspresyjny Chór-komentator, jest jak u Pendereckiego w "Pasji Łukaszowej" podzielony na poszczególne głosy, które z rozbitych na zgłoski fraz Ajschylosa tworzą dźwiękową magmę gryzących się dysonansów. Wreszcie finał. Opętanego psychicznym bólem Orestesa-mordercę własnej matki, opadają erynie - wielkie solo rozwścieczonej perkusji, której zróżnicowany skład wjeżdża w pewnym momencie na scenę. Nawiasem mówiąc, wszechstronna Agata Zubel jest z wykształcenia nie tylko kompozytorką i wokalistką, ale także perkusistką.

Na koniec mała dygresja: 15 lat temu w Teatrze Dramatycznym Danuta Stenka kreowała Elektrę w tragedii Sofoklesa, którą wyreżyserował Krzysztof Warlikowski. Klitemnestrę grała Jadwiga Jankowska-Cieślak, Orestesa Mariusz Bonaszewski. To był pierwszy Warlikowski w Warszawie. Pamiętam, że "Elektra" z mocną muzyką Mykietyna mną wstrząsnęła. Nie zapomnę tej grozy, która mnie ogarnęła na widok Jankowskiej-Cieślak w krwiście czerwonej sukni, miotającej słowa, opętanej furią, wbijającej ostrze miecza w masę wypełniającą wannę Agamemnona.

Chyba trochę zapomniano o tym przedstawieniu, a przecież miesięcznik "Teatr" poświęcił mu wówczas burzliwe dyskusje na łamach, m. in. na temat współczesnej interpretacji antyku w Polsce i prób jego odnowienia.

Wielu krytyków załamało ręce. Zygmunt Kubiak miał wówczas poważne zastrzeżenia do kolażu, który zrobił Warlikowski, sklejając tragedię Sofoklesa z "Oresteją" Ajschylosa. "Każda tragedia antyczna jest niesłychanie ściśle skomponowaną formą, jest rzeźbą, jest kryształem. Gdy łączy się ją z wycinkami z innej tragedii, wychodzi tekst chaotyczny, mało zrozumiały" - mówił Kubiak. Maria Prussak z kolei: "Przedstawienie w Dramatycznym drażni ucho i niczego mi nie komunikuje, obawiam się w dodatku, że niczego nie usiłuje komunikować". Ciekawe, jak skomentowaliby Kleczewską.

Anna S. Dębowska
Beethoven Magazine online
18 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...