Orientalna nuda

"Otello" - reż. Paweł Szkotak - Teatr Polski w Poznaniu

"Kiedy chodzi o sprawę tak ważną jak Szekspir, dobrze jest od czasu do czasu odnowić sposób myślenia" - przemawia do widzów Eliot z programu teatralnego poznańskiego Otella. Odrobina finezji, a przede wszystkim pomysł - to klucze do realizacji tekstu klasycznego, posiadającego przy tym olbrzymi potencjał sceniczny. Niestety twórcy spektaklu, wbrew zapowiedziom, sposobu myślenia nie odnowili.

"Hamlet jest jak gąbka" - to słynne zdanie Jana Kotta rzuca cień na wiele polskich interpretacji Szekspira. Oczywiście Szekspirem można wyrazić wszystko, ale najtrudniej wyrazić nim samego autora. Aktorzy Teatru Polskiego w Poznaniu nie mówią do nas językiem elżbietańskiego dramaturga, tylko językiem Stanisława Barańczaka, co jest kluczowe, zwłaszcza we współczesnych dyskusjach. Ile razy bowiem twórcy teatralni zapowiadają, że oto przedstawią nam "prawdziwego" Szekspira, zapominając o tym, że zazwyczaj przywołują tylko XIX-wieczne wzorce.

Otello Pawła Szkotaka opowiada o oriencie, o relacjach Zachodu ze Wchodem językiem tłumaczenia, które do tego nie przystaje. Elementami współczesnymi stają się arabskie wtręty głównego bohatera, który wcześniej przywiesza wraz ze swoim adiutantem wizerunki mężczyzn o wschodnich rysach. Ma to najprawdopodobniej wywoływać skojarzenia z terrorystami, chociaż wątek ten nie jest w spektaklu rozwinięty. Po scenie przemykają kobiety, ucharakteryzowane w duchu muzułmańskim, śpiewając pieśni, których większość publiczności nie rozumie, więc nie stara się ich nawet interpretować. Mamy do czynienia z orientalnym opakowaniem zgranej i znanej skądinąd historii.

Spektakl Pawła Szkotaka staje się tylko efekciarską mozaiką. Trzygodzinna opowieść losów Otella, który kumuluje w sobie wszystkie stereotypowe cechy na temat Arabów, porywczych i nieszanujących kobiet, jest pozbawiona sensu. Nie dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzieliśmy wcześniej. Sytuacji nie ratują przerywniki muzyczne w wykonaniu aktorów oraz ciemnoskórej wokalistki - pomysł ściągnięty z wielu współczesnych przedstawień.

Pozostaje jeszcze kwestia aktorów, którzy niejednokrotnie potrafią uratować nudne i odtwórcze show. Tym razem tak się jednak nie stało. Aktorzy (od ról epizodycznych po rolę Otella) grali bezpłciowo, jakby od niechcenia, wypowiadając tylko szekspirowskie tyrady. Uaktywniali się tylko w scenach pijaństwa i imprezy, robiąc jednak sztuczny tłum i krzycząc. Nie pomógł nawet Michał Kaleta, wcielający się w postać Iaga, wcześniej grający szkotakowskiego Hamleta. Zamiast być wyrazistą - groźną lub ironiczną postacią, był raczej żałośnie komiczny i nieznośnie monotonny. Kobiety natomiast tworzyły niekonieczny dodatek. Desdemona, w krótkiej sukience, przypomina stereotypową blondynkę, całkowicie podporządkowaną mężowi, a Emilia jest tylko jej cieniem.

Wychodząc z poznańskiego przedstawienia rodzi się w głowie jedno krótkie pytanie: "Po co?"

Pytanie, wobec którego pozostajemy bezsilni."Kiedy chodzi o sprawę tak ważną jak Szekspir, dobrze jest od czasu do czasu odnowić sposób myślenia" - przemawia do widzów Eliot z programu teatralnego poznańskiego Otella. Odrobina finezji, a przede wszystkim pomysł - to klucze do realizacji tekstu klasycznego, posiadającego przy tym olbrzymi potencjał sceniczny. Niestety twórcy spektaklu, wbrew zapowiedziom, sposobu myślenia nie odnowili.

"Hamlet jest jak gąbka" - to słynne zdanie Jana Kotta rzuca cień na wiele polskich interpretacji Szekspira. Oczywiście Szekspirem można wyrazić wszystko, ale najtrudniej wyrazić nim samego autora. Aktorzy Teatru Polskiego w Poznaniu nie mówią do nas językiem elżbietańskiego dramaturga, tylko językiem Stanisława Barańczaka, co jest kluczowe, zwłaszcza we współczesnych dyskusjach. Ile razy bowiem twórcy teatralni zapowiadają, że oto przedstawią nam "prawdziwego" Szekspira, zapominając o tym, że zazwyczaj przywołują tylko XIX-wieczne wzorce.

Otello Pawła Szkotaka opowiada o oriencie, o relacjach Zachodu ze Wchodem językiem tłumaczenia, które do tego nie przystaje. Elementami współczesnymi stają się arabskie wtręty głównego bohatera, który wcześniej przywiesza wraz ze swoim adiutantem wizerunki mężczyzn o wschodnich rysach. Ma to najprawdopodobniej wywoływać skojarzenia z terrorystami, chociaż wątek ten nie jest w spektaklu rozwinięty. Po scenie przemykają kobiety, ucharakteryzowane w duchu muzułmańskim, śpiewając pieśni, których większość publiczności nie rozumie, więc nie stara się ich nawet interpretować. Mamy do czynienia z orientalnym opakowaniem zgranej i znanej skądinąd historii.

Spektakl Pawła Szkotaka staje się tylko efekciarską mozaiką. Trzygodzinna opowieść losów Otella, który kumuluje w sobie wszystkie stereotypowe cechy na temat Arabów, porywczych i nieszanujących kobiet, jest pozbawiona sensu. Nie dowiadujemy się niczego, czego nie wiedzieliśmy wcześniej. Sytuacji nie ratują przerywniki muzyczne w wykonaniu aktorów oraz ciemnoskórej wokalistki - pomysł ściągnięty z wielu współczesnych przedstawień.

Pozostaje jeszcze kwestia aktorów, którzy niejednokrotnie potrafią uratować nudne i odtwórcze show. Tym razem tak się jednak nie stało. Aktorzy (od ról epizodycznych po rolę Otella) grali bezpłciowo, jakby od niechcenia, wypowiadając tylko szekspirowskie tyrady. Uaktywniali się tylko w scenach pijaństwa i imprezy, robiąc jednak sztuczny tłum i krzycząc. Nie pomógł nawet Michał Kaleta, wcielający się w postać Iaga, wcześniej grający szkotakowskiego Hamleta. Zamiast być wyrazistą - groźną lub ironiczną postacią, był raczej żałośnie komiczny i nieznośnie monotonny. Kobiety natomiast tworzyły niekonieczny dodatek. Desdemona, w krótkiej sukience, przypomina stereotypową blondynkę, całkowicie podporządkowaną mężowi, a Emilia jest tylko jej cieniem.

Wychodząc z poznańskiego przedstawienia rodzi się w głowie jedno krótkie pytanie: "Po co?"

Pytanie, wobec którego pozostajemy bezsilni.

Aleksandra Skorupa
Teatr dla Was
16 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia