Orzeł Biały ze spuszczonymi spodniami

"Król Ubu" - reż. Jan Klata - Teatr Stary w Krakowie

„Król Ubu" dramat z końca XIX wieku, jeden z tych, które wzburzyły pruderyjnym Paryżem. Słynny, bo merde, bo Polacy mogą się poobrażać za „W Polsce, czyli nigdzie"...

Więc jaka ta Polska klaciana jest? Nie jest nigdzie, bo nad Wisłą i ma prawie czterdzieści milionów niepokalanie poczętych obywateli. Jest to kraj nieco egzotyczny, w ciągłej przebudowie. Wciąż niedokończony i bez pomysłu na siebie. W spektaklu Klaty uświęconym kropidłem jest szczotka do sedesu, a z bogiem (w końcu jesteśmy narodem wybranym) można się komunikować za pomocą satelity. Kolejnych królów pozbywamy się wydmuchując im koronę. Podbite społeczności doimy do ostatniej kropli. Dajemy im chleb i igrzyska. Epickie, jednoosobowe wyścigi w workach z soundtrackiem z „Rydwanów ognia". Potem dajemy im wieniec i świniaka w nagrodę. Diagnoza Klaty jest szczera, nasze romantyczne ideały mają rozpięty rozporek, a nową alegorią Polski staje się „Pieta" z Conchitą Wurst i sedesem w tle.

Reżyser rozbrykał się w tekście tego dramatu i naćkał w nim nawiązaniami. Tu Metallica, tu Wołoszański, tu „Gra o tron". Intertekstualna aluzja jest grą dla wybranych. Wyłapując ją, wykształcony widz ma się poczuć lepiej od motłochu. Bo zauważył, rozpoznał, odniósł do właściwego kontekstu i mógł na resztę wieczoru rozluźnić się w samozadowoleniu. Widzowi bystremu wystarczy jeden akord, a Klata walił tymi cytatami młócąc w postmodernistyczny bęben, tak by nie było wątpliwości, że wszyscy zauważyli. Przez chwilę, w zmęczeniu tą nachalnością, pomyślałam, że może ten rozbrykany meteor, który powalił mnie swoją „Ziemią obiecaną", a później „Trylogią", może już się starzeje i (jak każdy głuchy) – wydziera się, by go usłyszano. Stary meteor jest jednak na to za cwany. Jan Klata zbyt długo robi w tym biznesie, by nagle upuścić cały swój warsztat oraz inteligencję i po prostu zrobić kiepski spektakl, który zażenuje tych, którzy do tej pory z rosnącym zainteresowaniem śledzili, jaki jeszcze system rozwali. Naćkał nawiązań do popkultury tyle, że głowa boli. Całowanie jelonka Bambi w dupę, dmuchane husarskie skrzydła. Super, ale osoba, która nie chwyta i tak nie złapie, a ta, która rozumie o co chodzi – wychodzi z teatru umęczona nachalnością. Rzadko zdarza się spektakl tak grubo wyryty, napisany tak wielkimi literami. Ale „Ubu" nie jest subtelnym utworem dla szlachetnie urodzonych panien z żeńskiego gimnazjum...

Jeżeli jesteśmy świadomi, jaki teatr uprawia Jan Klata. Jak patrzy na otaczającą rzeczywistość i jakie rzeczy go bolą, przestaniemy mieć do niego pretensje. Jest jednak podczas tego spektaklu parę sytuacji, które... smucą? Wystarczy trochę płynnego gipsu spuszczonego z nieba i widownia już jest szczęśliwa. Obsrać aktora! Ależ pomysł! Momentami Klata podpuszcza swoich widzów. Jego aktorzy walą się dmuchanymi maczugami po głowach. Slapstickowa kreskówka, a część publiczności ryczy ze śmiechu i chce jeszcze. Jest zachwycona tak spędzonym wieczorem. Ten spektakl zmusza do myślenia... bo co trzeba mieć w głowie, żeby sobie walnąć tygrysa na deskę od sracza?

Olga Śmiechowicz
Dziennik Teatralny Kraków
19 stycznia 2015
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia