Osiem pór roku w Białymstoku

Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

Meteorologiczni prorocy wieszczą, że za sto lat będziemy mieć w Polsce już tylko dwie pory roku, deszczową i suchą. Ale zanim ta katastrofa nastąpi, nacieszmy się w piątek w Filharmonii aż ośmioma pogodowymi sezonami: czterema z Europy i czterema z Ameryki Południowej.

Jeśli nie wiesz jak rozpocząć rozmowę, zawsze możesz zagadnąć o pogodę -  radziły niegdyś podręczniki savoir-vivre'u niewprawionym w trudnej sztuce konwersacji. Dziedzina była wdzięczna, bo dane wyjściowe co rusz się zmieniały, więc dyskusje pogodowe miały temperaturę. W charakterze prognostów zatrudniano domowe Burki (jak niespokojnie spały, to trzeba było się szykować na mokry poranek), jaskółki (biada, jeśli obniżyły loty, bo wszyscy biegli do domu schronić się przed ulewą), pająki snujące sieci na omszałych butelkach wina lub świętych pańskich, najlepiej chyba zorientowanych, co nam Niebo szykuje. Dzięki świętemu Jackowi wiadomo było już w środku sierpnia, jaka czeka nas zima - „jeśli na Jacka nie panuje plucha, to pewnie zima będzie sucha” - a Trzech Króli pilnowało wiosny - „Gdy na Trzech Króli słońce świeci, wiosna do nas pędem leci”.

Generalnie jednak wszyscy wiedzieli, czego się po każdej z pór roku spodziewać i przygotowywali sezonowe przyjemności. Wiosną leżeli pod jabłonką - bez obawy o złapanie „wilka” - poświęcając uwagę kwiatom, ptakom i fujarkom, latem sprawdzali w mieszanym towarzystwie, co robią w gniazdkach turkawki, jesienią bawili się na weselach i łowach, a zimą grzali się przy kominkach, słuchając prawie prawdziwych opowieści o smokach i królewnach.

Wiem, że zabrzmi to nieprawdopodobnie (a nawet nieprawdopodobnie przyjemnie, szczególnie pod jabłonką), ale uwierzcie: tak było, co swoim autorytetem zaświadcza wenecki ksiądz Antonio Vivaldi. Jego „Cztery pory roku” ( Le quattro stagioni), opublikowane w 1725 roku w Amsterdamie, to arcydzieło muzyki ilustracyjnej, bijące na świecie rekordy popularności. Nawet ci, co progów Filharmonii w życiu nie przekroczyli, słyszeli „Wiosną” świergot ptaków, stuk zapracowanego dzięcioła, szum strumienia, w „Lecie” spotkali kukułkę, turkawkę, szczygła i przeżyli burzę, „Jesienią” pojechali na łów i zatańczyli z wieśniakami, a „Zimą” pogrzali się przy płonącym kominku.

Anegdota mówi, że monsignore Vivaldi napisał „Cztery pory roku” i około sześćset wariacji na temat tej kompozycji. Faktem jest, że był bardzo płodnym kompozytorem, niemal wszystkie jego dzieła są równie udane, ale pogodynkowych opowieści nic jednak nie zdetronizuje. Chyba, że inne „Cztery pory roku”, autorstwa Argentyńczyka Astora Piazzolli, napisane ponad dwieście lat po Vivaldim. Wprowadzą nas w klimat odmienny niż barokowa muzyka „Rudego księdza” (Il prete Rosso – przezwisko Vivaldiego, który miał płomień na głowie i w sercu). To wiosna, lato, jesień oraz zima w Buenos Aires, gorąca od zmysłowego tanga i pospiesznego rytmu życia portowego miasta. Styl stworzony przez Piazzollę, znany pod nazwą „neuvo tango” nawiązuje zarówno do baroku, jak i do jazzu. Notabene, Piazzolla w swoich „Porach roku” cytuje Vivaldiego, i choć dzieli ich kilka epok muzycznych, obaj stworzyli kompozycje tak barwne i żywiołowe, że ich wykonanie wymaga od artystów nie tylko kunsztu instrumentalnego, ale temperamentu, wrażliwości artystycznej, jednym słowem owej przysłowiowej „iskry Bożej”.
W piątek z Vivaldim i Piazzollą zmierzą się młoda niemiecka skrzypaczka Liv Migdal oraz Francesco Sica z Włoch. Przekonamy się, gdzie przyjemniej spędzić wiosnę – w Wenecji czy w  Buenos Aires.

Beata Maciejewska
Materiały OiFP
8 marca 2012

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia