Ostateczne pożegnanie

"Amadeusz" - aut. Peter Shaffer - reż. Anna Wieczur - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Wraz z premierą „Amadeusza" w reżyserii Anny Wieczur dostaliśmy teatr zrobiony z rozmachem, z wyczuciem formy, teatr pełen radości, jaką daje rozkręcanie teatralnej maszynerii na dużą skalę. Teatr w którym obcujemy ze zręcznym, a miejscami głębokim dialogiem, a te zalety tekstu są wzmacniane znakomitym aktorstwem. Niestety dostaliśmy na pożegnanie dyrekcji Tadeusza Słobodzianka.

Chyba pierwszy raz po teatralnym spektaklu nie wiem od czego zacząć pisaninę o nim. Bo przecież wystawienie w warszawskim Teatrze Dramatycznym „Amadeusza" Petera Shaffera jest wydarzeniem. Choćby dlatego, że konfrontujemy je z poprzednimi wersjami, które mocno wryły się w świadomość teatromanów starszych pokoleń. A chyba do wszystkich pokoleń wciąż trafia film Milosza Formana.

Symfonia i smaczki
I dostaliśmy teatr zrobiony z rozmachem, z wyczuciem formy, teatr bogaty, pełen radości, jaką daje rozkręcanie teatralnej maszynerii na dużą skalę. Teatr w którym obcujemy ze zręcznym, a miejscami głębokim dialogiem, a te zalety tekstu są wzmacniane znakomitym aktorstwem. Teatr z sugestywną kompozycją scen zbiorowych, czemu sprzyja malownicza scenografia i kostiumy, wreszcie nie współczesne, co stało się nieznośną manierą.

Teatr, który oferuje nam wspaniałą harmonię między ludzkim losem na scenie i muzyką głównego bohatera, czyli Wolfganga Amadeusza Mozarta. Co tworzy w sumie prawdziwą symfonię. Mozart mówi w tym dramacie kilka zdań o jednoczesności w sztuce. Tu mamy taką jednoczesność.

Ale mamy i mnóstwo smaczków. Anna Wieczur to moja ulubiona reżyserka, kobieta empatyczna, wyczulona na szczegół. W tym przypadku także szczegół historyczny. Ona nie zapomni o takim akcencie jak – jeden z wielu przykładów - postać młodego lokaja oglądającego „Wesele Figara".

W innych scenach ten lokaj to tylko ozdobnik, element tła. Ale tu lokaj płacze i staje się na chwilę ubocznym, ale samodzielnym wątkiem. Dlaczego płacze? Bo Mozart napisał operę o emancypacji służby, emancypacji ludu. Ten wątek wróci potem w scenie wystawiania „Czarodziejskiego fletu" w „bulwarowym" teatrze Emanuela Schikanedera. To nadal dygresja. Ale z takich dygresji składa się literatura i teatr.

Kogo i co żegnamy?
A zarazem... „Amadeusz" miał być otwarciem trzeciej kadencji Tadeusza Słobodzianka. To dlatego zapłacono sporo za licencję żeby móc tę sławną sztukę ponownie wystawić. Miała to być apoteoza teatru literackiego, szukającego wrażeń zawartych w poczuciu ciągłości kultury.

Stało się inaczej. Premiera w tak nietypowej wakacyjnej porze to zarazem pogrzeb tej formuły teatru. Z początkiem września obecnego dyrektora zastępuje Monika Strzępka obiecująca teatr zupełnie inny, nie oparty na ciągłości, na literaturze. Raczej na interwencyjnych scenariuszach – piszę to na podstawie jej własnego programu.

Na premierę „Amadeusza" przyszło sporo znakomitości oddać hołd teatrowi Słobodzianka. W kuluarach szerzyły się wieści. Choćby o tym, że następczyni obecnego dyrektora protestowała w ratuszu przeciw tej premierze jako zbyt drogiej. I rzeczywiście: 14 aktorów, 15 śpiewaków, 39 muzyków orkiestry ulokowanej w głębi sceny. Tyle że to zarazem materiał na spektakl w pełni komercyjny, zarabiający na siebie. Jeśli będzie grany.

Krążyły i inne wiadomości, choćby o odejściach znanych aktorów, także grających w tym przedstawieniu. Wszyscy mieli poczucie końca epoki. Nie będę udawał, że mnie to nie smuci. Wypadnie jeszcze do tego wrócić.

To się nie starzeje
Warto spróbować opowieści o tradycji „Amadeusza". Sztukę wystawił po raz pierwszy Brytyjczyk Peter Shaffer w roku 1977. Do Polski wprowadził ją jako pierwszy.. Roman Polański. Fakt, że wystawił ją latem 1981 roku w Teatrze na Woli – z sobą w roli Mozarta i Tadeuszem Łomnickim w roli Antonia Salieriego – był wtedy traktowany jako manifest otwarcia Polski, siermiężnej, peerelowskiej, chociaż ze świetnym teatrem, na świat, podczas solidarnościowego karnawału. Miałem wielkie szczęście widzieć ten spektakl.

Potem był film Formana – z roku 1984, ale w Polsce pokazany kilka lat później. Chyba oglądał go prawie każdy kinoman. Dla wielu Mozart to Tom Hulce, a Salieri – Murray Abraham. Obraz to pełen przepychu, urzekający barwnością scen zbiorowych, pulsujący muzyką. Ale jeszcze później był znakomity Teatr Telewizji z roku 1993. Maciej Wojtyszko odarł tę fabułę z części blichtru. I już nie wiem, czy dla mnie Salieri to czasem jednak nie Zbigniew Zapasiewicz, a Mozart – Zbigniew Zamachowski.

Teatr polski sięgał czasem po ten dramat. W Warszawie wystawiono go jednak po raz ostatni w roku 2002 – znów z Zapasiewiczem jako Salierim i Andrzejem Mastalerzem jako Mozartem. Mam wrażenie, że to jedna z tych sztuk, które się nie starzeją. Że zasługuje na nią choć raz każde pokolenie.

Pogłoski, domniemania...
O czym to jest? Piotr Kamiński, znakomity tłumacz, daje nam w programie teatralnym krótki przegląd teorii spiskowych dotyczących przedwczesnej śmierci wielkiego kompozytora – w roku 1791. On sam podobno opowiadał, że został otruty. W roku 1830 w sztuce „Mozart i Salieri" Aleksander Puszkin po raz pierwszy oskarżył o to otrucie starszego od Mozarta cesarskiego kapelmistrza Antonia Salieriego. Mikołaj Rimski-Korsakow skomponował potem na tej podstawie operę. Podobno Salieri sam się obwiniał po latach o ten zgon.

Na to nałożyły się ponure pogłoski o tajemniczej postaci, która zamówiła u Mozarta mszę żałobną, „Requiem", na krótko przed jego własną śmiercią. Czy stres, a może strach, nie zabiły artysty? Sam pamiętam z dzieciństwa film snujący na ten temat mroczne domysły, choć nie pamiętam jego tytułu.

Shaffer połączył to wszystko w jedną całość. Mozart, będący cudownym dzieckiem muzyki, przybywa do Wiednia, zostaje przyjęty na dworze oświeceniowego cesarza Józefa II, ale pada ofiarą intryg koterii włoskich artystów, przede wszystkim zazdrosnego Salieriego. Sztuka Shaffera, cokolwiek enigmatyczna w snuciu domysłów, i film Formana, różnią się nieco w budowaniu hipotez, co tak naprawdę się stało. Dlaczego Mozart zmarł. Wspólna jest narastająca obsesja starszego muzyka, muzycznego banalisty, której przedmiotem stał się młody geniusz. Salieri jest w stanie ocenić wielkość Mozarta, ale nie jest w stanie mu dorównać. To jego dramat.

Według historyków rzeczywistość była nieco inna. Mozart nie popadł w aż tak straszne tarapaty finansowe, zarazem był utracjuszem. Mamy do czynienia z literacką fantazją. Czy dotyczy ona jedynie zazdrości artysty wobec innego artysty? Chyba nie tylko.

To tekst dotyczący samej istoty sztuki, której oddziaływanie trudno przewidzieć. Z jednej strony odbiór współczesnych deformują mody, przyziemność odbiorców, także polityka, czy może raczej administrowanie cudzą twórczością. „Wesele Figara" przepada, bo podczas premiery cesarz Józef, pełen dobrych chęci, ale w stu procentach prozaiczny pragmatyk, ziewnął. „Gdyby ziewnął dwa razy, zdjęto by ją od razu, tak miała osiem wystawień".

Tajemnica przeznaczenia
Ale tak naprawdę rzecz to nie tylko o władzy, i nie tylko o intrygach, choć są one bardzo ważne. Rzecz to również o tym jak dalece ludzie bywają nieprzygotowani na geniuszy wśród siebie. Ale też o tym, że wielkość często po latach wydobywa się na powierzchnię, bo... No właśnie to sztuka o tajemnicy.

Geniusz nie musi być empatyczny wobec świata i często nie bywa. Może nawet nie do końca estetycznie opowiadać o swojej wielkości, może drażnić pychą. Może ją, przynajmniej w muzyce (z literaturą jest chyba trochę inaczej), wydobywać z siebie w sposób na poły instynktowny. Może być postacią trywialną, nie sięgającą własnej wielkości.

Nie zmienia to faktu, że sztuka często przekracza w końcu granice podziałów i uprzedzeń. Zostaje uznana, tak jak na to zasługuje. I piszę to w czasie, kiedy francuski związek nauczycieli przestrzega młodzież przed dziełami Mozarta jako „zbyt religijnymi". Mozarta, dziecinnego i wulgarnego, który zapisał się do loży masońskiej. Możliwe, że po prostu przemawiał przez niego Bóg, choć dla Salieriego takie podejrzenie stanowiło oczywistą zniewagę, a Shaffer nie stawia przy żadnej tezie kropki nad „i". W tym sensie to również tekst o tajemnicy przeznaczenia.

Groteska i powaga
Można dyskutować nad decyzjami inscenizacyjnymi Anny Wieczur. Zwłaszcza na początku ulega ona pokusie farsowego, a może i groteskowego podkręcania portretowanego przez nią świata. Dygnitarze z dworu Józefa II zamierają w pozach rodem z komedii dell'arte. Venticelli (Wietrzyki), plotkarze obsługujący Salieriego, są jeszcze bardziej postaciami z tamtego teatru, wychylającymi się z balkonów z ubielonymi twarzami. Ich kolejnych szarż nie powstydziłby się współczesny kabaret, a może i stand up.

Nawet portretowany w sumie serio Salieri porusza się chwilami niczym marionetka napędzana sznurkami. Nie mówiąc już o Mozarcie czy o jego żonie Konstancji, którzy w samym tekście bywają ujmowani bardzo w konwencji buffo, a tu są tacy w dwójnasób. Są tacy bardziej niż w poprzednich oglądanych przeze mnie wersjach, bardziej nawet niż w skądinąd pulsującym barokowym przerysowaniem filmie Formana.

Tyle że to tylko punkt wyjścia. Posępne monologi Salieriego od początku rozbijają konwencję buffo. Im bliżej końca, tym ton serio i bardzo serio staje się dominujący. Scena konfrontacji bliskiego śmierci Mozarta z jego prześladowcą jest poruszającym zwieńczeniem akcji. To przemieszanie komizmu z tragizmem nie przynosiło skądinąd oczyszczenia, ale wpędzało widzów, mnie przynajmniej, w coraz większe przygnębienie.

Działo się tak również dlatego, że równorzędnym bohaterem tego widowiska stała się bardzo szybko muzyka. Jest jej tu więcej niż w innych znanych mi inscenizacjach „Amadeusza", raz za razem zza tiulowego ekranu ukazuje się naszym oczom orkiestra. Czasem dyryguje nią sam Mozart grany przez Marcina Hycnara, a czasem prawdziwy dyrygent Jacek Laszczkowski w kostiumie Mozarta. Kolejne utwory towarzyszą przeglądaniu nut przez Salieriego. Dzięki projekcjom widzimy w kilku momentach salę koncertową i operową scenę. To fragmenty „Requiem" czynią końcowe męki kompozytora podwójnie prawdziwymi. Ale też to one nie pozwalają nam do końca zapomnieć o pytaniu: czym jest natchnienie. Skąd się ono bierze?

Mnóstwo tu pomysłów inscenizacyjnych opartych na teatralnej umowności. Venticelli wypełzają na koniec z grobu Mozarta, a wcześniej dwór ogląda jego opery zwrócony twarzami do widowni. Nie zmienia to faktu, że pierwszy raz od dawna dostałem w teatrze dramat osadzony w konkretnym historycznym miejscu i czasie. Gdzie reżyserka się tego konkretu nie obawia.

Możliwe, że nieco psuło to wrażenie zbyt współczesne jak na mój gust, nowe tłumaczenie Macieja Stroińskiego. Ale puściłem sobie zaraz po tym spektaklu telewizyjną wersję Macieja Wojtyszki i część sformułowań brzmiących nie XVIII-wiecznie było i w poprzednim tłumaczeniu Bogumiła Trelkowskiego. Tak to zdaje się po prostu napisał Shaffer.

W ducha epoki wprowadzają za to oszczędne dekoracje Maksa Maca (widoczek salonu w tle, kilka prostych mebli) oraz fantazyjne stroje Martyny Kander. Nie jest to garderoba tamtych ludzi w skali jeden do jednego. Raczej wariacje na temat, ale efektowne. Historyczne smaczki, powtórzmy, są raczej dygresjami, a jednak warto na nie wracać uwagę. W scenie pokazującej widownię na „Czarodziejskim flecie" mamy zmierzający do własnej emancypacji wiedeński lud. I tego samego lokaja szukającego satysfakcji w operze.

Jednak potęga aktorstwa
Początkowo planowano inną obsadę. Mozartem miał być Krzysztof Szczepaniak, mówiło się też o Grzegorzu Małeckim jako Salierim. Ostatecznie ten drugi aktor obserwował spektakl z miejsca dla widzów. Obu głównych bohaterów zagrali ludzie starsi od nich: 71-letni Adam Ferency Salieriego, 39-letni Marcin Hycnar – Mozarta. W rzeczywistości, wynika to z tekstu dzieliło ich tylko sześć lat różnicy. Na początku dramatu Salieri ma lat ledwie 31.

Przyznam, że nie zaakceptowałem w stu procentach roli Hycnara, choć widziałem gigantyczny wysiłek tego skądinąd znakomitego aktora aby sprostać jej technicznym wyzwaniom. Wydał mi się na tle Toma Hulce'a czy Zbigniewa Zamachowskiego pozbawiony owego dziecięcego wdzięku, który oddawali tamci, a który zdaje się cechował prawdziwego Mozarta. Może najbliższy był Romanowi Polańskiemu – ostry w groteskowych przerysowaniach, jakby wyjęty ze slapstickowej komedii. Muszę jednak powiedzieć, że czym bliżej końca, tym ta rola szlachetniała. Kiedy zaś Mozart-Hycnar przemawiał całkiem normalnym, własnym głosem w obliczu śmierci był w stanie wycisnąć mi z oczu łzy.

Adam Ferency, cóż... Wystarczyła sama melodia jego głosu żeby przykuć uwagę widowni. To aktor zdolny do czarów – zaczyna jako starzec, po czym nagle odwraca głowę i młodnieje na naszych oczach, bez wymiany charakteryzacji. Kilka razy widzowie przyłapali go na zmęczeniu, pewnemu rozkojarzeniu, co skądinąd jest typowe dla dzieła szykowanego w pośpiechu w dniu premiery. Ale nawet taki, dopiero szukający pełnej technicznej perfekcji Adam Ferency potrafi nas zaczarować skutecznie.

Ja się czułem niemal od pierwszej chwili zaczarowany. Któryż to raz pan Adam opowiada mi ze sceny o ułomnościach człowieczeństwa? Zawsze porusza mnie jakąś szczególną, wrażliwą nutą. Niepozorny, niewielki, potężnieje na naszych oczach. A oskarżając, broni swego kolejnego bohatera.

Odrobinę rozczarowała mnie Konstancja, żona Mozarta w wykonaniu Barbary Garstki. Dość sugestywna w początkowych scenach, gdzie ma być rozkosznym głupiątkiem, nie staje się do końca przekonująca, kiedy naprawdę czuje i cierpi. Ale możliwe, że to efekt spotkania z Edytą Jungowską w roli Konstancji, w spektaklu Wojtyszki. Wysoko zawiesiła tamta aktorka poprzeczkę przed prawie 30 laty. Jej rozpacz z „Lacrimosą" w tle pozostała ze mną na całe życie.

Wyborny jest Modest Ruciński jako cesarz Józef II. Bliższy Jeffreyowi Jonesowi z filmu niż Janowi Englertowi z Teatru Telewizji, ale przecież całkiem osobny w swojej uroczej fizycznej niezborności, w swoim wypełzającym na twarz raz za razem wysiłku aby poczuć coś z muzyki. Warto się w niego zapatrzeć – nawet w tych momentach, kiedy tylko jest obecny i milczy. Warto aby zobaczyć, na czym polega aktorska empatia.

Galeria postaci drugiego planu: Karol Wróblewski jako szambelan von Strack, Zbigniew Dziduch jako baron van Svieten czy Maciej Wyczański jako hrabia Orsini Rosenberg, dyrektor opery, znakomicie wykonują zamysł reżyserki. Są przerysowani do przesady, ale przecież jakiejś granicy nie przekraczają. Wyczański-dyrektor to istny pajacyk z komedii dell'arte.

Jeszcze ostrzej szarżują Łukasz Lewandowski i Sławomir Grzymkowski jako Venticelli. Ale w tej ich szarży jest też drapieżne okrucieństwo, które czyni całą opowieść jeszcze bardziej przejmującą. Warto też zwracać uwagę na epizody, choćby Konrada Szymańskiego jako przywoływanego już Lokaja. Mamy do czynienia ze sprawnym, zdyscyplinowanym zespołem. O ilu teatrach da się to powiedzieć?

Potencjał do zmarnowania?
I tu od razu rodzi się pytanie od którego zacząłem. Co się stanie z tym wielkim potencjałem pod nową dyrekcją. W kuluarach jeden z aktorów pytał mnie, jak to możliwe, że wygrała kandydatka startująca z programem dokładnie sprzecznym z wymaganiami ratusza, który pisał o teatrze literackim. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie.

Bardziej je kieruję pod adresem Rafała Trzaskowskiego i jego zastępczyni Aldony Machnowskiej-Góry niż samej Moniki Strzępki. To ich decyzje i ich odpowiedzialność. Łatwiej coś roztrwonić niż zachować, uszanować cudzy dorobek. Przy okazji tej premiery skłaniam z uszanowaniem głowę przed Tadeuszem Słobodziankiem.

Który już po tej premierze mógł się przekonać, że ideologiczne preferencje jego następczyni mają swoich wyznawców. Tajemniczy recenzent Kacper Andruszczak uderzył z najgrubszej rury. „W czasie Mee Too, gdy kobiety walczą o swoje prawa, a w teatrach wychodzą na jaw kolejne nadużycia, Tadeusz Słobodzianek kończy swoją 10-letną dyrekcję w Teatrze Dramatycznym, premierą seksistowskiego i szowinistycznego „Amadeusza" Petera Shaffera w reżyserii Anny Wieczur" - czytam na e-teatrze.

Dopatrzeć się seksizmu w portrecie niemądrej Konstancji, i w scenie jej seksualnego molestowania (tak to napisał Shaffer i bynajmniej nie pokazywał tego z aprobatą), to trzeba mieć umysł mocno nadwyrężony dziwaczną ideologią. Na czym ma polegać w tej inscenizacji „szowinizm"? Nie śmiem pytać.

Zapewne to tylko zapowiedź tego co nas jeszcze czeka. W tym samym tekście także film Formana jest przedstawiany jako seksistowski. Na to bym nie wpadł wychodząc z premiery w Pałacu Kultury i nucąc utwory Mozarta.

Piotr Zaremba
W Sieci
15 lipca 2022
Portrety
Anna Wieczur

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...