Ostatnia noc Mary Stuart

"Mary Stuart" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

W spektaklu Agaty Dudy-Gracz wyraźne są inspiracje holenderskim malarstwem spod znaku Vermeera. Mary Stuart była sztandarową postacią kultury romantycznej. Fascynowało jej tragiczne i poszarpane namiętnościami życie oraz śmierć na szafocie. Schiller i Słowacki uczynili ją ikoną niezawinionego cierpienia, heroiną z godnością składającą głowę na ołtarzu historii i religii.

Wolfgang Hildesheimer nie jest dobrze znany polskiej publiczności teatralnej, ale jego spojrzenie na słynną szkocką królową nie bez powodu zainteresowało Agatę Dudę-Gracz, która na deskach Teatru Ateneum zrealizowała jego sztukę "Mary Stuart". Hildesheimer odchodzi od romantycznego mitu szkockiej królowej utrwalonego w literaturze. Inscenizując tę sztukę, Duda-Gracz wydobywa najbardziej wstydliwe cechy bohaterki. Przypomina o jej winach wobec poddanych i najbliższych, o jej hipokryzji i manii wielkości. Detronizuje ją - metaforycznie i dosłownie - sadzając na sraczu, który staje się centralnym miejscem sceny, podobnie jak tron w teatrze szekspirowskim. I - o ironio - Mary Stuart nie udało się zachować władzy, tak jak nie udaje jej się oddać przed śmiercią stolca.

Duda-Gracz, która od początku swojej pracy artystycznej mierzy się z tekstami nieoczywistymi i balansującymi na granicy świętości i bluźnierstwa, wydestylowała z tekstu Hildesheimera portret kobiety upadłej, małostkowej i okrutnej. Reżyserka nie odmawia Mary Stuart prawa do cierpienia, ale też nie usprawiedliwia swobody w dręczeniu innych w imię własnego bólu. Ona nie współczuje Mary Stuart. Ona ją współoskarża.

Spektakl opowiada o ostatniej nocy z życia królowej. Jest to noc rozliczenia, podczas której weryfikacji zostają poddane jej relacje z ludźmi i intencje. Dla widza bardzo szybko staje się jasne, że samotność Mary jest konsekwencją przedmiotowego traktowania ludzi, a ich wierność bierze się ze strachu, nie z przywiązania. A może nawet z nienawiści, dla której cios kata będzie wyrównaniem rachunków, największą nagrodą za lata upokorzeń.

Romantyczna Mary Stuart szła na śmierć z godnością i odwagą - Duda-Gracz uznaje tę postawę za powierzchowną, skupiając się na fizycznym cierpieniu, które odziera z godności oraz na małościach charakteru władczyni. Cierpienie wcale jej nie uszlachetnia. Mary mówi do swojego błazna: "Ty wiesz, że ja tę śmierć nauczyłam się kochać bardziej niż życie", ale jej zachowanie i strach przeczą tej deklaracji. Jeśli wielkość człowieka mierzyć jego stosunkiem do tych, nad którymi ma przewagę, to Mary Stuart egzaminu z człowieczeństwa nie zdaje. Zatruwa nawet tę najszczerszą i najwierniejszą miłość, jaką człowieka potrafi darzyć pies. Obcina łapkę zwierzęciu, które "nigdy nie potrafiło złapać tropu", żeby go potem zabić i wypchać jak pozostałe.

Tak samo traktuje ludzi. "Berek" - mówi królowa i służba biega po scenie jak kot w poszukiwaniu własnego ogona. "Po berku" - mówi królowa i wszyscy mogą złapać oddech. Królowa bierze do ręki drewnianą pałę i uderza w bęben, a wszyscy tańczą w rytm, coraz szybciej i szybciej. Królowa pragnie, by służąca Jane cierpiała po jej śmierci, więc Jane wykrzywia twarz w koślawym grymasie namalowanym szminką i boleje. Śmierć jest Mary bliższa niż życie, bo nie rozumie ona, jaką wartością jest ludzkie istnienie. Życie innych jest bez znaczenia, więc jej egzystencja także staje się tylko marną karykaturą życia. Zostały jej już tylko wspomnienie miłości do Bothwella oraz tęsknota za urodą. Dlaczego więc miałoby jej zależeć na życiu?

Portret królowej Szkocji zbudowany jest ze skrajności. Gdy widzimy Mary po raz pierwszy, jest skuloną w bólu i rozpaczy staruszką w białej koszuli nocnej ze śladami krwawienia z odbytu. Jej wygląd jest świadectwem upadku i upokorzenia. Gdy pojawia się Jane, następuje stopniowa przemiana. Najpierw czerwona suknia, potem grafitowa spódnica, gorset, krucyfiks, a wreszcie ruda peruka. Ta peruka, która pozostała w dłoni kata, chcącego pokazać głowę królowej Szkocji zgromadzonemu na egzekucji tłumowi, podczas gdy głowa monarchini potoczyła się po bruku

Relacja między skazaną królową a katem jest główną osią przedstawienia. To tutaj zarysowana zostaje najważniejsza linia relacji, z niej też dowiadujemy się prawdy o uczuciach i czynach królowej. To kat prowokuje Mary do zaskakujących wyznań i bolesnych wspomnień. Obecność kata jest nienachalna, wręcz subtelna, choć z drugiej strony potencjał aktorski Przemysława Bluszcza nie został w tym przedstawieniu wykorzystany. Kat stoi bowiem z boku sceny, niemal przez cały spektakl w bezruchu i beznamiętnym tonem wygłasza ostrzeżenia i oskarżenia; czasem uspokaja, a czasem prowokuje. Wykonawca wyroku nie jest mordercą, ma swój kodeks, mówi: "W dzisiejszych czasach tnie się ludzi na kawałki, wyrywa wnętrzności. I to już nie jest czysta robota". Kat jest głosem sumienia nieszczęśliwej królowej i jej przewodnikiem, pomaga jej przekroczyć granicę między życiem a śmiercią. Symbiotyczność tej relacji wyraża kończący całe przedstawienie taniec kata i Mary. Bezdźwięczne danse macabre

Życie i śmierć Mary Stuart same w sobie były symboliczne jako metafora upadku i kary za pychę. Duda-Gracz z wyczuciem nam to pokazuje. W płaczu starej i schorowanej kobiety za młodością i urodą brzmi tęsknota za wielkością i utraconą władzą. W chwili śmierci otoczona jest już tylko smrodem i nienawiścią. Służąca Jane nie może się przecież doczekać, gdy kat uwolni ją od "tej kurwy". Postać Mary Stuart jest zatem upersonifikowaną przestrogą dla tych, którzy dzierżą ster władzy. To narowisty koń i łatwo z niego spaść. Podobny uniwersalizm osiąga Duda-Gracz, przywołując postawę religijnej hipokryzji, która nie jest przypisana ani do statusu społecznego czy materialnego, ani do konkretnego czasu w historii. Mary w niektórych scenach kojarzy się z Panią Pernelle ze "Świętoszka" Moliera - na jednym oddechu znęca się nad służbą i obsesyjnie pragnie być wielbiona jako święta

Agata Duda-Gracz jest także autorką scenografii i kostiumów do spektaklu, które tworzą spójną całość z jej reżyserską koncepcją. Wyraźne są inspiracje holenderskim malarstwem w stylu Vermeera. Ten renesansowo-barokowy sznyt podkreślają też ruch sceniczny i muzyka na żywo. Spektakl skonstruowany jest na zasadzie ruchomych obrazów (na przykład gwałt, kradzież krucyfiksu, ubieranie królowej, taniec z katem), które przypominają dawny kukiełkowy teatr uliczny, nieco rubaszny, groteskowy, odważnie komentujący bieżące wydarzenia.

Ciekawie w tej konwencji odnaleźli się aktorzy - Paulina Gałązka jako Jane, Bartłomiej Nowosielski jako Symmons, Wojciech Brzeziński jako Gervais oraz Grzegorz Damięcki jako Raoul, którzy stworzyli wyraziste tło dla Agaty Kuleszy. Aktorka operuje szeroką gamą środków aktorskiego wyrazu. Wzorowo panuje nad mimiką, głosem i gestem scenicznym. Jest złączona z postacią organicznie: ból Mary jest jej bólem, słabość Mary jest jej słabością. Z drugiej strony obecne są w tej roli także dystans, ironia i przerysowanie. Mary Stuart Kuleszy jest dwoista - w scenach podkreślających jej samotność jest naturalistyczna i emocjonalna, a w scenach ilustrujących jej stosunek do ludzi groteskowa i niepokojąca.

Najbardziej poruszyła mnie jednak rola Tomasza Schuchardta, który wciela się w Głąba-niemowę. Aktor, który zabłysnął już na deskach Ateneum w "Tramwaju zwanym pożądaniem' jako Stanley Kowalski, doskonale się rozwija. Jego kolejne sceniczne wcielenie jest dowodem na perfekcyjne opanowanie warsztatu, które w połączeniu z wrażliwością daje znakomity efekt. Pozbawiony zdolności mowy, operuje jedynie niezrozumiałymi dźwiękami, które jednak przy ogromnym wysiłku zaczynają przypominać słowa. Rodzą się one w bólu i nadludzkim wysiłku. W tej postaci nie ma jednego fałszywego ruchu. Schuchardt tak głęboko wchodzi w rolę, że trudno go nawet od razu rozpoznać.

To spektakl, który doskonale wpisuje się w oczekiwania widza przychodzącego do Teatru Ateneum. Świetnie zagrany przez gwiazdorską obsadę, reżysersko bardzo sprawny, w atrakcyjnej oprawie scenograficznej i z muzyką na żywo. Wszystko to zapewnia udany wieczór. A jednak przedstawienie nie zaskakuje, nie wyprowadza z równowagi, momentami nawet nudzi. W tym kontekście nie do końca rozumiem ograniczenie wiekowe narzucone przez teatr. Być może dla młodego poszukującego widza poruszone przez twórców tematy byłyby większym odkryciem. Bo cóż jest nowego w prawdzie, że władza jest nietrwała, a lęk przed śmiercią i cierpienie niewiele mają wspólnego z godnością?

Magdalena Przyborowska
Miesięcznik "Teatr"
13 października 2015

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia