Ostatnia paróweczka

o pomyśle likwidacji niestacjonarnych studiów na Wydziale Wiedzy o Teatrze

To musi być cudowne uczucie, wstać rano i pomyśleć - ach, dziś zlikwiduję sobie to czy owo. Zamknę sobie tamto czy owamto. Tyle jest instytucji rynkowo zbędnych: szpitale, uczelnie, wydziały, Instytut Pamięci Narodowej, muzea, wydawnictwa naukowe. Niektóre z nich są nie tylko zbędne, ale i szkodliwe. Naprawdę wiele już zostało w dziele likwidacji zrobione, ale wiele pozostało jeszcze do zrobienia. Ale, wiecie, rozumiecie, nie bójmy się tych wyzwań. Likwidujmy, kasujmy, zamykajmy; skoro nie umiemy tworzyć, siejmy destrukcję. Trzeba być hop do przodu, uprawiać sport i postpolitykę.

Pomimo ogólnie entuzjastycznego stosunku do zamykania instytucji wyższego pożytku społecznego muszę wyznać, że pomysł likwidacji niestacjonarnych studiów na Wydziale Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej wywołał u mnie uczucia ambiwalentne. Z jednej strony jestem absolwentem Wiedzy jak najbardziej dziennej. Kolegów po studiach niestacjonarnych znam niewielu, sentymentu do nich nie żywię żadnego. Oczywiście podziwiam ludzi, którym się chce tworzyć kółka teatralne, pracować z młodymi, ambitnymi ludźmi gdzieś na nieistotnej, kompletnie nieważnej prowincji. Podobało mi się, że mogli w Warszawie zdobywać wiedzę ludzie, którzy nie myślą o światowej, czy choćby ogólnopolskiej karierze. Ich roli w polskim życiu teatralnym nie sposób przecenić. Mówiąc najprościej - nie zna życia, kto nie służył w marynarce.

Wydaje mi się, że rację mają ci, którzy twierdzą, że likwidacja zaocznej Wiedzy może mieć cel ukryty. Tym celem jest likwidacja Wiedzy dziennej. Likwidacja kierunku teoretycznego sprowadzi Akademię Teatralną do - wymarzonego przez nielicznych, za to silnie napiętych ludzi - poziomu wyższej szkoły technicznej, takiego trochę lepszego technikum. Co by to miało dać - tak naprawdę nie wiadomo. Może chodzi o czystość jakąś? O oddzielenie przyszłych potencjalnych artystów od ich również przyszłych ewentualnych krytyków? Może Magnificencja Rektor chce zapobiec przyszłej korupcji, tajnej, jawnej i dwupłciowej. Może likwidacja ma być tajnym aktem założycielskim Rzeczpospolitej numer pięć? Może spisane będą czyny i rozmowy?

Chociaż ja sam, gdybym miał władzę, też bym się nad likwidacją Wiedzy zastanowił. Szczerze mówiąc, jest się o co do wydziału przyczepić. Powstały w połowie lat siedemdziesiątych wydział miał, wedle nieoficjalnych wypowiedzi Ojców Założycieli, spełniać trzy funkcje. Po pierwsze - dać pracę, ludziom, którzy pod koniec lat sześćdziesiątych, bez własnej chęci, rozstali się z Uniwersytetem Warszawskim. Po drugie - wykształcić żony dla dyplomatów. Peerel, jak wiadomo, miał poważne trudności związane z nietrzymaniem poziomu zarówno przez dyplomatów, jak i ich połowice. Po trzecie, wydział miał uchronić przed wojskiem nygusów i gamoni, którzy nie byli wystarczająco wytrwali, aby skutecznie symulować chorobę psychiczną. To trzecie zadanie - mogę potwierdzić jako człowiek osobiście zainteresowany - Wiedza spełniła znakomicie.

Takie były skromne początki. I, powiedzmy sobie szczerze, trzeba było na tym poprzestać. Niestety, sprawy wymknęły się spod kontroli. Dziś absolwentów Wiedzy próżno szukać w dyplomacji, czy tym bardziej wśród gamoni. Poza tym są wszędzie. Przede wszystkim opanowali media, tworzą i obalają rządy (naprawdę, niestety). Media, zwłaszcza telewizja, jak wiadomo, tworzą rzeczywistość. Jeśli ktoś jest na tyle bezczelny, aby tworzyć rzeczywistość, to, chciał, nie chciał, musi za to ponosić odpowiedzialność. Tu dochodzimy do istoty sprawy. Przecież w Polsce nie ma ludzi, którym podoba się rzeczywista rzeczywistość. Poza, coraz węższą niestety, grupą osób notorycznie nietrzeźwych. W tej sytuacji pora zadać stare, sprawdzone w boju leninowskie pytanie: "Co robić?". W tym wypadku, wobec niemożności wyplenienia tej zarazy, należy usunąć jej praprzyczynę. Innymi słowy - Eureka! Likwidacja Wiedzy jest warunkiem koniecznym naprawy Rzeczpospolitej. Frycz-Modrzewski, gdyby żył, też by do likwidacji Wiedzy wzywał. Piotr Skarga i Hugo Kołłątaj, a nawet Władysław Gomułka, kładliby się, za przeproszeniem, Reytanem, żeby tylko tę zakałę ludzkości zlikwidować.

I ja to popieram. W końcu po co Polsce ludzie władający jako tako językiem, kojarzący to i owo z historii, umiejący zachować się w telewizyjnym studiu? Platon w swoim państwie idealnym miejsca dla takich nie widział, podobnie zresztą jak dla aktorów. Można by się zastanowić nad likwidacją szkolnictwa teatralnego w ogóle, w końcu Platon to nie byle kto.

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Pora przejść do czynu. Skoro publicznie opowiedziałem się za ograniczeniem roli absolwentów Wiedzy o Teatrze w mediach, nie pozostaje mi nic innego, jak zawiesić tę niezwykle poczytną rubrykę. Czynię to z niewymowną przykrością. Niestety, inne moje zawodowe zobowiązania wykluczają możliwość publikowania moich przemyśleń, ostrych jak Józef Oleksy.

Prawda, że nazwisko to wspaniale nadaje się na puentę?

Dziękuję bardzo.

Wojciech Tomczyk - dramaturg ("Wampir", "Norymberga"), autor scenariuszy filmowych ("Czarne słońca", serial "Oficer"), konsultant literacki Teatru Powszechnego w Warszawie.

Wojciech Tomczyk
Teatr
21 sierpnia 2009
Prasa
TEATR

Książka tygodnia

Krew z mojej krwi. Wiosna komisarza Ricciardiego
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Maurizio de Giovanni

Trailer tygodnia