Oto ja: sławny i piękny

"Portret Doriana Graya", TR Warszawa

Debiutujący w TR Warszawa Michał Borczuch pokazał Doriana Graya jako ikonę popkultury. Powstał spektakl dandysowski - opowiadający o problemach wąskiej grupy środkami, które jedynie wąska grupa może docenić.

"Nie jestem ofiarą, jestem celebrytką" - mówiła upiorna nimfetka w "Lulu", głośnym spektaklu Borczucha ze Starego Teatru w Krakowie. To samo mógłby powtórzyć Dorian Gray z TR Warszawa. Być może podpisałby się pod tym nawet sam reżyser. Teatralny rynek, który nowe pokolenie w teatrze mógłby produkować co tydzień, pchnął Borczucha w ramiona kolejnej formacji najświeższych, gorących twórców. Wymieniany jest obok Natalii Korczakowskiej, Moniki Strzępki, Wiktora Rubina czy Michała Zadary, z którymi przeważnie nie łączy go nic poza młodym wiekiem oraz tym, że faktycznie są celebrytami swojej branży.

Czy nowej reżyserskiej gwiazdy nie kusiło, by namazać na plakatach: "Dorian to ja"? Spektakl rzeczywiście ma w sobie coś osobistego, dotyczy środowiska warszawskich pięknych i sławnych. Być może tylko artystów TR. Jednak w historii młodzieńca, któremu udało się zachować świeżość i urodę dzięki szczególnym właściwościom portretu (który ściągał na siebie całą szpetotę wynikająca z upływu lat i odrażających uczynków Graya), spotyka się wiele wątków od dawna krążących z polskim teatrze. 

W otoczonej jaskrawą kurtynką przestrzeni przypominającej studio telewizyjne pojawiają się motywy obecne zarówno w "Zaratustrze" czy "Factory 2" Krystiana Lupy, jak i najnowszym "T.E.O.R.E.M.A.T." Grzegorza Jarzyny. Poszukiwanie współczesnego nadczłowieka. Idola. Istoty zawsze młodej, atrakcyjnej dla oka kamery. Kogoś, na kogo można by projektować nadzieje, frustracje, marzenia. Istoty żyjącej pięknie za nas i za nas dokonującej rzeczy strasznych a kuszących. 

Dorian (Piotr Polak) Oscara Wilde\'a był dandysem, estetą, hermafrodytą uwodzącym wrogów i sojuszników. Dorian Borczucha to ikona popkultury. "Ja jestem Jamesem Deanem... Marilyn Monroe... Kurtem Cobainem... Johnem Lenonem" - Piotr Polak wykrzykuje monolog z "American Psycho" z ramionami rozpostartymi niczym Jesus Christ Superstar. Wciśnięty w dżinsy, mógłby być symbolem kilku subkultur XX i XXI w.

Pierwsza ukochana Sybilla Vane (Roma Gąsiorowska) znaczy dla niego tyle co fanklub. Otaczający go "bohaterowie naszych czasów" lord Harry Wotton (Tomasz Tyndyk) z żoną Gladys (Katarzyna Warnke) i autor portretu Bazyli Hallward (Sebastian Pawlak) to ofiary kultu ciała w duchu fit & trendy. Liczy się dla nich tylko to, co w lustrze, w sztuce, w "odbiciu". Głoszą nowy hedonizm: całkowite oddanie się doznaniom estetycznym. 

Paradoksalnie jednak to nie estetyka, kamp, kicz, ale wyłażąca przez szwy spektaklu etyka ciekawi tu najbardziej (Wilde\'owi wbrew). Okrucieństwa Doriana poruszają. Los jego ofiar przejmuje. Teorie Harry\'ego budzą sprzeciw. Ćpuńskie transy celebrytów, zagłuszanie bólu istnienia łomotem muzyki - czy nie przerabiamy już tego w kulturze od dekady? Ciekawiej brzmi pokazanie lorda Harry\'ego - przez wyakcentowanie jego monologów - jako człowieka głęboko osadzonego w epoce samego autora. Wilde w jego ustach brzmi jak duchowy brat Nietzschego, Weiningera, Dostojewskiego. Mizoginia, maksymalizm ideowy, potrzeba dotarcia do autentycznego "ja", wybicia się ponad przeciętny gust, obyczaj i moralność. Bohaterowie Wilde\'a kolekcjonowali piękne momenty. Spodobałby im się więc spektakl Borczucha, w którym jest wiele scen przewrotnie pięknych. I mało dążenia do nadania całości większego sensu.

Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
6 marca 2009
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia