Paczka dla Olivery

321 Krakowski Salon Poezji

Może jeszcze nie jest tam bardzo źle? Tam, daleko stąd, na największej wśród Wielkich Antylii wyspie w środku Morza Karaibskiego, zielonej, z wolno zarastającym trawą trupem miasta Hawana na północnym krańcu

Może bywa tam dobrze, choćby tylko odrobinę i rzadko, lecz jednak? Na przykład - powietrze. No proszę - jest jeszcze! Więc można oddychać! Jest powietrze, jest stolik w cieniu drzewa, można podejść, usiąść za stolikiem, odpocząć, nic nie mówić, albo powiedzieć coś do kogoś, choćby do nas. Jak w niedzielne południe Jorge Olivera Castillo. Zanim Marcin Kuźmiński i Rafał Dziwisz przeczytali wiersze ze świeżo wydanego przez Instytut Lecha Wałęsy, dwujęzycznego tomu Castillo "Cenizas alumbradas. Blask popiołu" - on sam mówił do nas z ekranu telewizora, stamtąd, znad stolika w cieniu drzewa na krawędzi wolno zarastającego trawą trupa miasta. Słał pozdrowienia, podziękowania. Słał bezradność.

Co mu można przesłać stąd? Jemu, dziennikarzowi, prozaikowi i poecie, jemu, który od lat jest jednym z potężniejszych człekokształtnych utrapień wielkiego Komendanta. Nie może opuścić wyspy, ani on, ani nikt z jego rodziny. Nic nie może. Może tylko być. Pewnie już dawno temu by zdechł w Guantanamo, skazany na osiemnaście lat kaźni, lecz zły stan zdrowia go ocalił. Tak, Kuba jest potworną ironią. Od grudniowego dnia przedterminowego zwolnienia w 2004 - Castillo może tylko być, więc tylko jest. I szuka słów. Układa metafory. Co można mu przesłać? W olśniewającym filmie Wima Wendersa "Buena Vista Social Club" widać przez moment chłopca, który skarlałą świnię wlecze na sznurku przez trawy w spękanym asfalcie Hawany. Co można przesłać wyspie takich obrazów? Tych kilka żałosnych pocieszeń? Że nie jest bardzo źle, bo przecież jest powietrze, jest stolik i cień drzewa? Że można usiąść, odpocząć, patrząc przed siebie?

"W nieskończoności/ kaligrafia twoich wierszy pęcznieje.", wyznaje Castillo na początku drobiazgu "Nauczanie". A dalej: "Litery lekko pochylają się w prawo,/ stają się czytelne, pachnie łąką.// Mimo że piszesz na wietrze,/ ani jedna litera nie ucieka,/ nic nie podlega przypadkowi./ Lot sylab jest spójny,/ z automatycznym pilotem.// Miłość, wieczność, ogień, szaleństwo./ Wszystkie te słowa wymawiasz z dużej litery.// Tak wyglądają lekcje,/ jakich uczę się na pamięć.// Późną nocą/ przejrzystość wzrasta,/ akustyka delikatnieje,/ to idealny moment, by przemienić się,/ w uczłowieczony lament,/ w przykładnego ucznia,/ w ofiarę nie do pokonania." To ostatnie jest w oryginale wspaniałym, szarym, zamszowym brzmieniem: "en la victima insuperable."

Może trzeba by było przesłać Jorge Oliverowi Castillo nagranie Salonu jego wierszy? Poczuć, fizycznie wręcz, namacalnie odczuć ruch własnych liryków - to chyba nie jest mało. Niech zobaczy, że słowa jego wciąż dokądś podążają, nie ustają. Niech zobaczy to wędrowanie i usłyszy spójny lot własnych jego sylab. Interpretacja Dziwisza i Kuźmińskiego - taktowna asceza, chyba jedynie słuszna, bo gdy się ma do wygłoszenia świat kunsztownych metafor, jak choćby tytułowy "blask popiołu", nie należy babrać słów zbyt wybujałą intonacją - pewnie mu się spodoba. A gdy usłyszy kapelę: Tomasza Kupca na kontrabasie, Artura Malika na kongach, Przemysława Sokoła i Adama Kawończyka na skrzydłówkach, a zwłaszcza Halinę Jarczyk, w finale Salonu śpiewającą jakąś starą pieśń kubańską - uśmiechnie się. To nic wielkiego i niczego nie zmieni. Ot, coś jasnego przez sekundę w obrazku: stolik, drzewo, cień, miasto jak popiół.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
1 grudnia 2010

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia