Paideia sprzed dwustu lat.

„Tajemnicze dziecko" - aut. E.T.A. Hoffmann - Media Rodzina

„Tajemnicze dziecko" to klasyczna pozycja dla dzieci, która może być czytana nie tylko jako urokliwa niemiecka ramotka, ale jako aktualny i mocny głos w sprawach zasadniczych dla całego społeczeństwa oraz leżących na sercu uważnych rodziców.

Kanoniczne pozycje książkowe mają dla czytelnika tę oczywistą zaletę, że – mimo ich nawarstwiających się latami fachowych lub bardziej spontanicznych odczytań – zawsze pozostawiają miejsce na indywidualną interpretację, do której, przy odrobinie wytrwałości w tropieniu analogii, łatwo da się dopiąć kontekst bieżącej sytuacji.

„Tajemnicze dziecko" w świeżym tłumaczeniu Elizy Pieciul-Karmińskiej to klasyczna pozycja dla dzieci, która może być czytana nie tylko jako urokliwa niemiecka ramotka, ale jako aktualny i mocny głos w sprawach zasadniczych dla całego społeczeństwa i leżących na sercu uważnych rodziców. Bajka E.T.A. Hoffmanna, autora „Dziadka do orzechów i Króla myszy", opowiada o przygodach dwójki rodzeństwa, Feliksa i Bogumiły von Brackel, żyjących ze swoimi rodzicami we wsi otoczonej niezmierzonym borem. Ich dziecięcą egzystencję – jak chciał to widzieć J.J. Rousseau – reguluje w całości rytm natury. Najukochańszym miejscem spędzania każdej wolnej chwili jest las. Rodzeństwo doskonale orientuje się w tajemnicach roślin i zwierząt, tęskni za swobodą zabaw i gier organizowanych w zielonej przestrzeni, źle, wręcz chorobliwie, znosi zamknięcie w czterech ścianach. W lesie w niespodziewanych okolicznościach dochodzi do spotkania malców z tajemniczym dzieckiem, istotą na poły realną, na poły fantastyczną, które od tego momentu towarzyszyć im będzie w leśnych przygodach. Do końca pozostaje ono niedookreślone: nie wykazuje żadnych charakterystycznych cech wyglądu zewnętrznego, wydaje się ponadto nie mieć płci. Nie stanowi jednak – co podkreśla także w „Posłowiu" tłumaczka – androgenicznego zlepku. Feliksowi jawi się jako towarzysz-brat, z którym można udać się na polowanie, dla Bogumiły zaś – w tym samym czasie – występuje w roli przyjaciółki-siostry, bratniej duszy do powierzania sekretów i wspólnej opieki nad lalkami. Wyraźnie natomiast objaśnia dziecko swą genealogię i miejsce pochodzenia. Jest księciem/księżniczką, które zamieszkuje wraz z mamą w podniebnym kryształowym pałacu, w otoczeniu dobrych duchów opiekujących się dziećmi, jakie trafiają pod opiekę niebieskiej królowej. Uczestniczą tam we wspaniałych świętach z zabawami w postaci zjazdu po tęczy, lotu na złotych bażantach, wspólnym ucztowaniu i śpiewach. Trudno w europejskim kręgu kulturowym nie rozszyfrować tej symboliki matki i dziecka, jakkolwiek nie jest ona pozbawiona napięcia dalekiego od potocznej słodyczy tego toposu. Niektórym dzieciom słuchającym wspaniałego śpiewu duchów pękają serca; niektóre, zbyt śmiałe, osuwają się z tęczy i znikają w przepaści; niektórym zaś złotopióre ptaki, podrażnione nieodpowiednim traktowaniem, rozrywają ostrymi dziobami piersi i strącają na ziemię.

Dalsze przygody rodzeństwa budują fantastyczny plan tej opowieści, który przenika i wpływa na jej plan realistyczny. Oto bowiem do wiejskiego domu w Brackelheim przybywają bogaci krewni – wuj Cyprian z małżonką i dwójką dzieci, Hermanem i Adelgundzią, stanowiącymi pod wieloma względami przeciwieństwo swojego wiejskiego kuzynostwa. Przybywają z miasta, nie są ruchliwi, zarumienieni od słońca i świeżego powietrza, nie są głośni i spontaniczni. Bladzi, zgaszeni, w ubrankach imitujących dorosłą garderobę, konwencjonalnie grzeczni, poddani rygorowi mód dietetycznych (nie wolno im jeść domowych ciast i karmelków, pochrupują beznamiętnie sucharki), często chorują i są żywym ucieleśnieniem zasady, w myśl której dziecko to zminiaturyzowany dorosły. Prezentują natomiast zdumiewające, jak na ich wiek, kompetencje umysłowe. Odpytywane z łatwością przytaczają setki informacji z rozmaitych dziedzin wiedzy, recytują z pamięci daty wydarzeń historycznych, sprawnie czerpiąc z encyklopedycznych zasobów swoich rozumów. Ten popis mnemotechnicznych sprawności małego hrabiostwa nie budzi jednak uznania w oczach Feliksa i Bogumiły. Natychmiast dystansują się wobec osoby przemądrzałego kuzyna, który – pomimo imponującej wiedzy na temat zachowań dzikich zwierząt i kordelasa u boku – histerycznym płaczem reaguje na obecność hałaśliwego psa w domu.

I właśnie ten obraz spotkania obu rodzin skrywa kilka wątków, których aktualność dla dzisiejszego odbiorcy jawić się może jako co najmniej interesująca. W znaczeniu szerszym symbolizuje ono dychotomię miasto – wieś, która już wkrótce tak silnie określać będzie niemiecki romantyzm. Tęsknotę społeczeństwa w gruncie rzeczy rolniczego, przygniecionego tempem urbanizacji i industrializacji XIX-wiecznej Europy, za powrotem do ozdrowieńczego kontaktu z przyrodą, poddaniem się jej biegowi i wynikającej z tego podporządkowania higienie życia. W węższym znaczeniu zaś owe spotkanie mówi o prymacie racji serdecznych nad hegemonią rozumu, pierwszeństwie całej osobowości człowieka nad poszczególnymi sprawnościami intelektu, mądrości o znaczeniu praktycznym nad opanowaniem informacyjnego kłębowiska. I wreszcie obraz ten zawiera krytykę oświeceniowej edukacji i pedagogiki, w których pokłady wiedzy, choćby szerokie, nie przekładają się na wartość życia tego, kto nimi dysponuje. Nieco chaotyczna i wybrakowana edukacja domowa Feliksa i Bogumiły przeciwstawiona zostaje sformalizowanemu trybowi kształcenia Hermana i Adelgundzi, którzy choć niewrzuceni jeszcze w tryby kształcenia szkół publicznych, podlegają już surowej ocenie prywatnych nauczycieli i guwernantek.

Właśnie demoniczny bakałarz – magister Inkaust – okaże się źródłem największych kłopotów w ich życiu. W planie fantastycznym jest on potwornym księciem gnomów, odwiecznym wrogiem tajemniczego dziecka i jego matki, nieprzyjacielem dzieci; w planie realnym to czarny jegomość, sprawiający rodzeństwu ból ukrytą w dłoni szpilką i brudzący wszystko kleksami tłustego atramentu. Nieustająco odpytuje dzieci, nie kształci, a tresuje. Nie edukuje, jest zainteresowany mechaniczną sprawnością udzielania jednej, bezbłędnej odpowiedzi.

Karykaturalna postać preceptora Inkausta (świetnie uchwycona przez ilustratorkę Aleksandrę Kucharską-Cybuch, która ukazuje jego ponure jestestwo w postaci tłustej, włochatej muchy) ujawnia więc zespół problemów, z którymi borykają się współczesne społeczeństwa, chcące określić, na czym właściwie miałoby polegać kształcenie najmłodszych. Czy można się dziwić, że to właśnie w figurze nauczyciela-wychowawcy, przedstawiciela ogółu i egzekutora obiektywnych kryteriów rozwoju jednostki, zadał Hoffmann pytania o osobotwórczą rolę wiedzy i miejsca, w którym jest ona przekazywana – czyli szkoły?

W potocznym języku polskim słowa edukacja i kształcenie bywają dość swobodnie zastępowane, ale nie jest to, jak sądzę, zabieg do końca przypadkowy. Ta nieścisłość skrywa raczej troskliwą intuicję, że edukacja jest ciągle niezbywalnym elementem szerzej pojętego kształcenia, że doskonali nie tylko umysł, ale i cały charakter człowieka, że ma znamienity wpływ na ujawnienie się i utrwalenie wielu zalet: pracowitości, skrupulatności, rzetelności, uczciwości, skłonności do dzielenia się owocami własnej pracy z innymi, by wymienić nasuwające się automatycznie pozytywne cechy i zachowania. I mimo upływu czasu nie podlega to kulturowemu przeterminowaniu.

W takim sensie liczące prawie dwieście lat „Tajemnicze dziecko" zawiera pewną uniwersalną wizję kształcenia, wobec której nie sposób przejść obojętnie. Polską szkołę trapią liczne bolączki dnia codziennego. Brakuje jej jasnej, spójnej wizji, na czym w gruncie rzeczy miałoby polegać kształcenie współczesnych dzieci. Masowość nie sprzyja rozsądnemu wyważaniu pomiędzy potrzebą jednostek a koniecznością uprawiania zbiurokratyzowanej edukacji. W ramach jednego przedmiotu zalewa się dzieci informacjami niepołączonymi w logiczne ciągi przyczynowo-skutkowe. Nie wspominam już o ich syntetyzowaniu w obrębie przedmiotów „sąsiednich". Zarzuca się je podręcznikową wiedzą nieprzekładalną na praktykę. Do tego można dodać erozję autorytetu nauczycieli i ich systemową eksploatację, w takich warunkach kształcący nasze dzieci zamiast po prostu uczyć, muszą mierzyć się z problemami, które „nie ich są". Nie dziwi więc eksplozja alternatywnych form nauczania – od homeschoolingu po placówki z konkretną, wyraźną metodą nauczania i kształcenia. W poszukiwaniu inspiracji na remedium na większe i mniejsze choroby szkoły warto czasem sięgnąć do zdroworozsądkowych źródeł, choćby z tak odległych czasów.

Paulina Korpal-Jakubec
Kultura Liberalna
1 lipca 2020
Książki
Tajemnicze dziecko

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia