Pakt z diabłem

"Pierwiastek z minus jeden" - reż. Agnieszka Mandat - Stary Teatr w Krakowie

Zaintrygował mnie tytuł. Zaintrygował mnie Marian Hemar, którego twórczość jest mi obca. Zaintrygowały mnie zaledwie dwa zdania opisu spektaklu, co teoretycznie zawsze dobrze wróżyło. Rozczarowałam się. Znudziłam do granic możliwości. Zażenowało mnie trochę ujęcie problemu, dość egzystencjalnego jakby nie było – wszak walka dobra ze złem, pakt z diabłem, uczciwość kontra dobro wyższe.

Zrozumiałabym jeszcze gdyby odbyło się to w tonie inteligentnego dowcipu, czarnego humoru, jeśli reżyserka chciała pozostać jak najbliżej oryginału i dosłowności, ale czasem miałam wrażenie, że widzowie zostali potraktowani odrobinę jako niedomyślne istoty, że trzeba kawę na ławę dosłownie i prosto wyłożyć, bo inaczej nikt nie zrozumie przekazu. Ciężka do przełknięcia była też seria tandetnych dowcipów w pierwszej scenie, jak i komentarz od reżyserki do dramatu, będący ostatnią sceną.

Reżyserka Agnieszka Mandat tłumaczyła, że tęskni za dawną szkołą, za teatrem pozbawionym prowokacji i przesady, za teatrem kostiumowym, tym dawnym duchem. Nie chciała również zmieniać tekstu, klimatu, co jest akurat zrozumiałe i zazwyczaj jest dobrym pomysłem. Tutaj nie do końca. Owszem jej zamierzenie zostało spełnione, bo mimo że zaczęłam od negatywów, to abstrahując od moich odczuć, spektakl był poprawnie zrealizowany, bardzo dobrze zagrany, faktycznie sztuka trzymająca się w ramach.

Poprawnie – to jest najlepszy epitet jakim mogłabym określić sztukę. Epitet o zabarwieniu raczej pejoratywnym. Sztuka miała obfitować w humor i przekazywać zawsze aktualną refleksję, tylko trudno mi wyartykułować o jaką refleksję konkretnie chodzi. Może, że dobro zawsze zwycięża, że uczciwość popłaca, że spłodzenie potomka zmywa wszelkie winy... trochę frazesów, niby poważnych prawd podanych w lekkiej formie – jak dla mnie w zbyt lekkiej.

Ciekawą postacią jest diabeł, który przybywa z otchłani piekła, żeby zawrzeć z grzesznikiem pakt. Jedna kwestia z tej sztuki zapadła mi w pamięć. Była faktycznie dobra i wnosząca ciekawy element, mały katalizator „cięższej" refleksji. Otóż w pewnym momencie diabeł, wypijając kolejną butelkę rumu, kpi z współczesnych światłych umysłów, które jeśli o wyobrażenie diabła i piekła chodzi utknęli w głębokim średniowieczu, mając wciąż przed oczami diabła z kopytami i widłami w oparach siarki. Nikt nie wie jak jest w piekle, jak wygląda ten diabeł, czy smoła bardzo gorąca, czy kotły przepełnione, ale może warto zastanowić się tak poważnie i na serio, zostawiając te mityczne bajki o kotle i widłach z tyłu, czym może być owo piekło. Przypuszczam, że dla każdej duszy jest czymś innym, bo każdy boi się czegoś zupełnie innego, a dręczona przecież ma być dusza, bo ciało spoczywa martwe pod ziemią, więc z tych okropności piekielnych możemy wyłączyć ból fizyczny. Ta dywagacja diabła o piekle jest solą tej sztuki, nadaje jej trochę smaku, ratuje choć w minimalnym stopniu od jałowości i niestrawności.

Mało zjadliwa, ale poprawna jest sama fabuła – logiczna, chronologiczna, z punktem kulminacyjnym i szczęśliwym rozwiązaniem, ba! nawet z morałem. Mamy małżeństwo, on –pracownik banku, ona – rezolutna pani domu, która po wielu staraniach dowiaduje się, że jest w ciąży i oczekuje z niecierpliwością na powrót męża, żeby oznajmić mu tę nowinę. W strugach deszczu, podczas trzaskającej piorunami burzy powraca w końcu mąż i od razu wiadomo, że stało się coś strasznego. Mówi, że muszą się rozstać. Pierwsza myśl – zdrada – to by był paradoks! Ale nie, dowiadujemy się, że on – nałogowy hazardzista przegrał wszystkie pieniądze z bankowego depozytu znajomej i grozi mu więzienie. Kiedy dowiaduje się o ciąży żony wypowiada kluczowe zdanie, że oddałby wszystko, gdyby tylko mógł cofnąć czas. I na życzenie w mgnieniu oka zjawia się dziwny jegomość – diabeł, który chętnie przyjmie jego duszę. Obiecuje rozwiązanie jego problemu pod warunkiem podpisania cyrografu. Mąż jest zdecydowany, uczciwa zaś małżonka nie pozwala na podpisanie paktu. Czyżby nie chciała ratować miłości swego życia? Czyżby była za sprawiedliwą karą za oszustwo męża? Trochę kontrowersji tu się nawet wkrada. I można by pociągnąć tę sztukę trochę w tę stronę, wyciągnąć ile się tylko da, cokolwiek żywego, soczystego, ambitniejszego.

Może się czepiam, ale to był po prostu dobrze odtworzony tekst Hemara na scenie, bez większego polotu. Owszem, reżyserka dorzuciła autorski komentarz w postaci ostatniej sceny, ale z całym szacunkiem do Pani Agnieszki Mandat, lepiej, żeby nic tam już nie dokładała, bo było to słabe. Znów oczywiste, dosłowne i nieudane. Dostajemy na tacy obrazek z czasów współczesnych – ofiara idealna do przechwycenia przez diabły, które wciąż grasują na ziemi i grasować będą póki będzie na ziemi zło. Taka konkluzja ostatniej sceny i prawda dość powszechna i oczywista.

Moja konkluzja jest zaś taka, że rozumiejąc pobudki reżyserki, która chciała powrócić do teatru aktorskiego, bez prowokacji, przytłoczenia przez treść, przez chyba zbytnią zachowawczość stworzyła sztukę poprawną, lecz mdłą.

Monika Sobieraj
Dziennik Teatralny Kraków
10 stycznia 2019
Portrety
Agnieszka Mandat

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia