Pamięć, którą trzeba wyleczyć

"Kryjówka" - reż. Paweł Passini - neTTheatre w Lublinie

Paweł Passini znowu postanowił zaskoczyć. Nie tylko przygotował spektakl o kryjówce, ale nas do tej kryjówki schował. W małym, nieco przerażającym i klaustrofobicznym pomieszczeniu pełnym starych mebli i zakurzonych zabawek poznajemy zapomnianą historię z życia legendy polskiego teatru – Ireny Solskiej. Takich skrywanych przez wiele lat opowieści podczas przedstawienia słuchamy o wiele więcej.

Spektakl zaczyna się jeszcze przed wejściem do tytułowej ,,kryjówki". Dwie kobiety (Patrycja Dołowy i Maria Porzyc) ubrane welurowe sukienki, przypominające trochę średniowieczne stroje, opowiadają historię o tym, jak kiedyś ze starych fotografii robiły widoczki i zakopywały je w ziemi. Jest to jednak tylko pretekst do opowieści o ludziach, którzy cudem ocaleli z wojny.

Reżyser spektaklu postanowił zabrać nas do kryjówki w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przeprowadzająca widzów z jednego pomieszczenia do drugiego kobieta mówiła przyciszonym głosem, zachowywała się jakby podejmowała śmiertelne ryzyko. W przeciwieństwie do ludzi z czasów okupacji, każdy cierpliwie czekał na swoją kolej, bez strachu, że dla niego zabraknie miejsca. A przemieszczać się można było jedynie na kolanach, wszelkie inne ruchy uniemożliwiała sznurkowa pajęczyna rozpięta w poprzek całego pokoju i obniżony tekturowy sufit, przez który przebijało wątłe światło. Wszędzie unosił się dym. Byliśmy ukryci, ale nie do końca wiedzieliśmy gdzie: może na strychu, może pod podłogą albo za szafą? Stłoczeni na małej powierzchni mieliśmy szansę nie tylko usłyszeć zebrane przez artystów opowieści o życiu w ukryciu, ale też do pewnego stopnia doświadczyć uczucia ciasnoty, zamknięcia i lęku.

Na krzesłach pośrodku pokoju siedziało kilka kobiet w bieliźnie koloru cielistego, przez to wydawało nam się, że są niemal nagie. Aktorki na początku poruszały się jak zwierzęta, wydawały nieludzkie odgłosy, chodziły na czworakach. Pokazały nam, do czego może doprowadzić przebywanie w ciągłym zamknięciu. Każdy głośniejszy dźwięk mógł oznaczać zdemaskowanie, dlatego po jakimś czasie ukrywanie się wydawało się straszniejsze niż śmierć. I nagle pojawiła się ona. Starsza kobieta z wyrazistymi rysami, grymasem bólu na twarzy i drżącą głową. Irena Solska (Judy Turan) – to w jej mieszkaniu znalazło schronienie wiele Żydówek, w tym ciotka Passiniego, Apolonia Starzec. Po wojnie aktorka nigdy o tym nie wspomniała, stąd wielokrotnie powtarzane w spektaklu pytanie o powody tego milczenia. Tajemnica ta dała początek rozważaniom o stosunkach polsko-żydowskich, w tle cały czas pojawiało się przekonanie, że bycie Żydem w Polsce nadal jest piętnem.

Bohaterki ,,Kryjówki", które jednocześnie zachwycały i przerażały, rozmawiały ze sobą słowami z ,,Wesela" i ,,Sędziów" Wyspiańskiego (w końcu Solska przeszła do historii polskiego teatru jako wybitna odtwórczyni Racheli). Teksty młodopolskich dramatów zostały jednak zupełnie inaczej odczytane, nabrały nowego tragicznego kontekstu. Mieliśmy wrażenie, że wszystkie kwestie wypowiadane przez aktorki nie były replikami z utworów Wyspiańskiego, a opowieściami o zagładzie Żydów. Dzięki temu tragiczne historie ofiar wojny, przytaczane nie wprost, nabierały wielowymiarowości. Szczególnie pozostaje w pamięci scena odnalezienia schowanej w szafie Anieli Anyżko, która w chwili odkrycia przez gestapowca kryjówki, trzęsąc się ze strachu, spazmatycznie wypowiadała słowa chochoła: ,,Kto mnie wołał, czego chciał?".

Spektakl ujęty został w narracyjną klamrę. Po tym jak aktorki zrzuciły kostiumy postaci z ,,Wesela" i w samej bieliźnie zajęły krzesła na środku sali, znowu słuchamy historii o uratowanych od zagłady ludziach. Opowieść o Solskiej i kobietach, które ukrywała w czasie wojny, był właściwie tylko dodatkiem. Liczyły się wspomnienia, które Passini i Dołowy, siedzący wśród publiczności, opowiadają ściszonymi, spokojnymi głosami. Nie było łatwo zdobyć te ,,pamiątki", bo wiele osób wolało o nich zapomnieć, niż wracać pamięcią do czasów wojny. Spektakl nie miał końca. ,,Naprawdę możecie już wyjść" - zwrócił się nawet Passini do widzów, ale anegdot ciągle przybywało. Wszystkie opowiadane historie kończyły się szczęśliwie, a mimo to uczucie smutku cały czas dominowało.

W ,,Kryjówce" osobista historia cioci reżysera przeplatała się z opowieściami innych ocalałych z warszawskiego getta. W ten sposób powstał spektakl-wspomnienie, w którym na moment znów ożywają zdarzenia przez wielu niezrozumiane. Jak się okazuje, historie te są ważne przede wszystkim dla dzieci i wnuków ocalałych, którzy nie potrafią zrozumieć milczenia, którzy tak jak Passini zbierają ślady przeszłości i starają się ułożyć z nich jak z puzzli własną tożsamość. Spektakl ma przede wszystkim wyleczyć ich pamięć, a dopiero potem pamięć ich rodziców i dziadków.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Lublin
15 kwietnia 2015
Portrety
Paweł Passini

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski