Pan Pankracego i Pan Fasola

rozmowa z Arturem Barcisiem i Krzysztofem Tyńcem

"Wywodzę się chyba ze starej już dziś aktorskiej szkoły, w której nie do pomyślenia jest, żeby aktor nie przyszedł na przedstawienie, bo np. jest chory. Dla mojego pokolenia jeśli aktor nie przychodzi na spektakl, oznacza, że umarł" - Krzysztof Tyniec i Artur Barciś o sobie, pracy w teatrze i spektaklu "Kasta la vista"

Artur Barciś

"Okienko Pankracego": dwa lata świetnej zabawy. W pewnym momencie jednak zauważyłem, że ludzie zaczynają utożsamiać mnie z panem Pankracego, a to stało się niebezpieczne z punktu widzenia aktora. Wiem, że przez Pankracego nie zagrałem kilku ról. Lubiłem jednak kontakt z dziećmi, nie bez znaczenia była też popularność. Nigdy nie chciałem być aktorem anonimowym - jeżeli aktor mówi, że nie zależy mu na sławie, to łże. Chociaż nie do końca o taką popularność mi chodziło. Dziś spotykam widzów, którzy kiedyś oglądali "Okienko", a teraz ich dzieci śmieją się przy "Miodowych latach".

Internet: mam własną stronę Barciś.pl, to moja pasja, sposób na poznawanie ludzi. Dzięki niej wiele dowiedziałem się o sobie, na przykład, że jestem próżny. Nauczyłem się też przyjmować krytykę - bo tam też wytykają mi błędy. I dobrze. Najbardziej aktywnym miejscem jest forum, gdzie internauci zadają mi pytania. Na ich prośbę przez jakiś czas pisałem nawet coś w rodzaju błoga. Kiedy ruszyły zdjęcia do "Doręczyciela" - serialu, w którym grałem główną rolę - codziennie opisywałem, co zdarzyło się na planie. Są tam moje felietony, ale jest też dział, w którym czasem piszę to, co przychodzi mi do głowy. Dla przykładu ostatnio było o tym, że kobiety nie rozumieją piłki nożnej. Bo kiedy poprosiłem, żeby żona nagrała mi mecz Real - Barcelona, to zapytała: "A z kim grają?".

"Taniec z Gwiazdami": odnalazłem się w tej konwencji co najwyżej średnio (śmiech). Zawsze lubiłem tańczyć i to był jeden z powodów, dla których zgodziłem się na udział w programie. Wydawało mi się, że będzie zabawa, nieco poprawię kondycję, przeżyję ciekawą przygodę. Szybko jednak okazało się, że to jest morderczo ciężka praca. Postawienie nogi o 2 cm za daleko może spowodować szyderstwa jurorów na oczach milionów ludzi. Dla mnie szybko przestało być zabawnie, ale nie poddawałem się. Niestety złamałem kość w stopie i nie mogłem dalej tańczyć. Dziś traktuję udział w programie jako lekcję pokory.

Mistrzowie: pochodzę spod Częstochowy. W szkole czasem jeździliśmy na wycieczki do Warszawy - stałym punktem była wizyta w teatrze. Któregoś razu byliśmy w Narodowym na "Rewizorze" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza - w roli głównej zobaczyłem wtedy pierwszy raz Wojciecha Pszoniaka. Wyszedłem jak zahipnotyzowany. A kiedy w 3 klasie liceum wiedziałem już, że chcę zostać aktorem, wiedziałem też, że chcę umieć grać tak jak on. Potem w łódzkiej PWSFTviT spotkałem panie prof. Jadwigę Chojnacką i Ewę Mirowską - nauczyły mnie sposobu myślenia o tym zawodzie. Bo aktorstwa nie można się nauczyć. To dar, z którym człowiek się rodzi. Znam wielu dobrych aktorów - są lekarzami, inżynierami - ale nie poszli w tę stronę, mimo, że mają dar. Znam też ludzi, którzy tego daru nie mają, a mimo to próbują uprawiać ten zawód. W Narodowym godzinami stałem za kulisami, przyglądając się grze Zofii Kucówny, Henryka Machalicy czy Tadeusza Janczara. Spotykałem i dalej spotykam ludzi, od których się uczę - Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Jan Kociniak, Jerzy Stuhr, Jerzy Kamas, Janusz Gajos, Ewa Wiśniewska i wielu innych - ale to nie znaczy, że któregokolwiek z nich próbuję naśladować.

Teatr: miejsce, gdzie ciągle się sprawdzam. Wyhamowuje głupie pomysły, pilnując, żeby mi, broń Boże, nie przyszło do głowy, że już wszystko umiem. Codziennie na widowni jest ktoś inny, codziennie gramy trochę inny spektakl. Teatr to warsztat. Kiedy jestem na scenie i koncentruję się na roli, którą gram, to automatycznie wyłączam swoją fizjologię. Przestaję być chory, przestaje boleć gardło.

"Kasta la vista": w komedii Sebastiana Thiery\'ego, w której gram pracownika banku, wraz z reżyserką Eweliną Pietrowiak i resztą aktorów, próbowaliśmy znaleźć nie tylko śmiech, ale też gorycz i ironię. Autor sztuki, który oglądał nasze przedstawienie, powiedział, że w Paryżu jego sztuka jest po prostu komedią, a my zrobiliśmy z niej niemal dramat. Bardzo mu się to podobało, bo nie zdawał sobie sprawy, że w jego tekście drzemią pokłady problemów, które naświetliliśmy.

Krzysztof Tyniec


"Tik-Tak": piękny okres, w którym byłem Fasolą. Do dziś przyjaźnię się z Panem Tik-Takiem Krzysztofem Marcem, Profesorem Ciekawskim Andrzejem Grabowskim i Ciotką Klotką Ewą Chotomską. "Tik-Tak" był programem muzyczno-edukacyjnym, bo jak dziecko nie chciało myć zębów, to mieliśmy na to piosenkową radę: "Szczotko, szczotko hej szczoteczko, hop, hop, hop", a kiedy się bało mydła, śpiewaliśmy: "Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję...". Realizowaliśmy pierwsze teledyski dla dzieci, dziś już nikt nie pisze takich mądrych i jednocześnie zabawnie błyskotliwych tekstów. Bardzo ważne, że dzieciaki, które występowały w tym programie, były doceniane i szanowane. Czuły się przez to potrzebne.

Były wczesne lata 80., kiedy padła propozycja udziału w cyklicznym programie dla dzieci, nie było w czym wybierać, zgodziłem się. Z czegoś trzeba było żyć, a jeśli do tego dochodziły dobry efekt artystyczny i praca z dzieciakami, którą bardzo lubiłem - to czego sobie życzyć więcej? Jeśli się wybrzydza, mówiąc, że dla dzieci nie zagram, w komedii nie zagram, bo mnie zaszufladkują, to można całe życie przeczekać. Kilka lat temu znów zaproponowano mi bycie Panem Fasolą, ale dla mnie ta rzeka już popłynęła. Dziś spotykam fasolki, które ze mną występowały, za chwilę zostaną fasolowymi babciami. Bardzo miłe spotkania.

Internet: nie mam swojej strony, nie prowadzę bloga. I nigdy nie będę tego robił, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Staram się nie wypełniać dzbana próżności po brzegi.

"Taniec z Gwiazdami": to był dla mnie rodzaj zadania do wykonania. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że praca tancerza jest taka ciężka. Dlatego już nie dziwi mnie, że tancerze przechodzą na wcześniejszą emeryturę. Co tydzień musiałem przygotować dwa tańce. Rzetelnie trenowałem i dawałem z siebie wszystko. Któregoś dnia zaczepił mnie pan w moim wieku, który oglądał moje wygibasy na parkiecie, i krzyczy: "Krzysiek, piątka! Staruch, ale dał młodym popalić!". Cóż, życie zaczyna się po "50", prawda?

Mistrzowie: Tadeusz Łomnicki - znakomity pedagog, z jego rad korzystam do dziś. Nauczył mnie pokory do zawodu, dyscypliny i tego, że tylko pracą nad sobą można coś w aktorstwie osiągnąć. Łomnicki nigdy nie powiedział, że już wszystko umie. Chociaż my studenci, byliśmy o tym przekonani. Po raz pierwszy zobaczyłem go wtedy, kiedy większość Polaków - w "Potopie" jako pana Wołodyjowskiego. Wraz z profesorem Janem Swiderskim był opiekunem mojego roku. Pod kierunkiem Łomnickiego powstał mój dyplom składający się z kilku etiud opartych na pantomimie "Gabinet figur woskowych madame Tussaud". Zjeździliśmy z nim nie tylko całą Polskę, ale też połowę Europy. To była wówczas bardzo nowatorska propozycja, nasze pomysły powielali później inni reżyserzy.

Teatr: jest dla mnie drugim domem i miejscem, w którym najważniejszy jest widz. Wywodzę się chyba ze starej już dziś aktorskiej szkoły, w której nie do pomyślenia jest, żeby aktor nie przyszedł na przedstawienie, bo np. jest chory. Dla mojego pokolenia jeśli aktor nie przychodzi na spektakl, oznacza, że umarł. Nie jestem jednak chory na aktorstwo - stawiam gruby mur między życiem prywatnym a tym, co robię zawodowo. Wychodząc z teatru, zdejmuję z siebie postać i jestem Krzyśkiem Tyńcem.

"Kasta la vista": w spektkalu Teatru Ateneum gram bogatego agenta nieruchomości, który pewnego dnia przychodzi do banku i staje się ofiarą absurdalnego splotu wydarzeń. To lekka, inteligentna komedia ze świetnie napisanymi dialogami. Nie należy doszukiwać się w niej analogii do "Procesu" Kafki albo wypowiedzi na temat egzystencjalnych problemów. Jest zabawnie refleksyjna i tak staramy się ją realizować. Byłem ostatnio na poczcie. Dwie kobiety przede mną - jedna 10 minut wybierała kolor zniczy, a druga kupowała album o papieżu. A kiedy zainteresowany sytuacją zacząłem patrzeć w stronę okienek, zobaczyłem, że na ścianach wiszą też sweterki i bluzki. I to jest poczta. Tekst Thiery\'ego opowiada właśnie o takich absurdach dnia codziennego.

Agnieszka Michalak
Gazeta Prawna
24 maja 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia