Pan w chłopięcej marynarce

"Tragedia Makbeta"- reż. Redbad Klijnstr - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

"Tragedia Makbeta" w reż. Redbada Klijnstry w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie

Od początku jest dziwny. Niewielki, pod szarym krawatem, w grzecznej marynarce od szkolnego mundurka, wciąż chowający po kątach swe przepraszające spojrzenia zlanego deszczem psa. Cichy jak żebracza pokora.

Łysy, o obliczu, którego sedna nie umiem uchwycić. Twarz mężczyzny, w którym wciąż tańcuje chłopiec? Buzia nastoletnia, co ją od spodu przyszłe gorycze zżerać zaczęły przedwcześnie? I jeszcze jedna dziwność. On, jeden z dwóch synów króla Duncana, od zarżnięcia którego Makbet rozpocznie mordowanie świata, oto on, Malcolm, niby pochodzi z plemienia władzy, niby od urodzenia żyje na szczycie, oddycha powietrzem wybranych i uczy swoje nogi zawiłości wysokich ścieżek, słowem - wszystko zdaje się być, jak Pan Bóg przykazał. Niby tak. Owszem - lecz dlaczego nie do końca tak?

Dlaczego od prologu wyreżyserowanej przez Redbada Klijnstrę "Tragedii Makbeta", kiedy to zgromadzeni przy monstrualnym stole o blacie jak przekrój jaja członkowie plemienia władzy mówią coś, czekając na wieści z pola bitwy, co ma zadecydować o wszystkim - Malcolm jest na scenie tak, jakby marginesem był, obcym ciałem, cichą niewygodą, drzazgą pokorną, kłopotem, którego jeszcze nikt nie dostrzega, a który już dzierga w łysej głowie trujący scenariusz? Zważywszy całość - inaczej zapytam. Dlaczego Klijnstra dzieli swój czterogodzinny seans na Grzegorza Mielczarka w roli Malcolma, w roli lodowatej samotności Malcolma, i na całą resztę?

To jest pytanie o sens całości. Rzecz jasna, podział taki sugerując - przesadzam. Z drugiej strony - jak nie przesadzać, skoro pierwszy, dwugodzinny akt, to w istocie jest wielkie kruszenie ciemności "Makbeta" za pomocą wiadomych technik. Wiedźmy zmienione w głupawe pielęgniarki, ongiś zwane w szkołach "pigułami". Banquo (Marcin Sianko) paradujący z plastikowym wozem strażackim pod pachą. Duncan (Tomasz Międzik), który po swej śmierci pieje w bocznej loży angielskie songi. Kamery, projekcje, mikrofony, puzon, elektryczne klawisze, bęben, cymbałki, barek z aluminium, jeszcze papierosek, jeszcze znana pieśń Marleny Dietrich, jeszcze to, śmo i owo. No i para główna, Makbet (Radosław Krzyżowski) i Lady Makbet (Dominika Bednarczyk), diabli wiedzą, wedle jakich reguł, niczym króliki kicające z nastroju w nastrój - raz wściekli, raz katatoniczni, tu wrzeszczący, tam klepiący tekst prawie na biało. Wystarczy.

Tak oto defraudują się szekspirowskie przerażenia. Gorycze nabierają zabawnej słodyczy. Ciemności obracają się w garść miodowych pastylek do ssania na chore gardło. I co? Pomagają! Jan Błoński rzekł: "Biesy" Dostojewskiego strach czytać, co dopiero oglądać w teatrze. To samo z "Makbetem". Tyle że "Makbeta" Klijnstry ogląda się przyjemnie. Przyjemnie, bo bezpiecznie. (Ciemność w śliniaku - co złego może zrobić?). Aż do początku aktu drugiego.

Tu scena rozmowy Malcolma z Macduffem (Tomasz Wysocki). Scena fenomenalna. Słowo po słowie, gest po geście - słodycz opuszcza szekspirowską gorycz, miodowe pastylki na powrót zlepiają się w czerń trudną do udźwignięcia. Tak gra Mielczarek - jakby tytuł brzmiał "Malcolm". Czy pokazując papierowość bajecznego "Makbeta" Klijnstra na śmierć mnie zanudza po to, by oznajmić, że ciemności tych, którzy przyjdą po śmierci Makbeta, już nie będą potrzebowały wiedźm, by zatańczyć na żyłach świata rytualnie bezradnego? I że ciemnościom wystarczy chłód spokojnej kalkulacji tego mózgu, w którym siedzą, pokornie czekając na pretekst?

Być może mam rację, być może nie. Ambitny bałagan w czterogodzinnym seansie Klijnstry jest jak dla mnie zbyt zawadiacki, bym się przy swoim miał upierać oślo. A poza tym - nawet jeśli się mylę, powyższymi pytaniami sugerując taki, a nie inny sens całości, z "Makbeta" Klijnstry i tak zostaje mi w pamięci grzeczna samotność pana o twarzy bez wieku, który na boku buczącego świata układa w gładkiej głowie trujący dla świata scenariusz swego losu. Tylko to. I jeszcze zawrotne minuty prologu drugiego aktu, kiedy wiedźmy są już zbędne, a filigranowy pan pod szarym krawatem i w marynarce od szkolnego mundurka, słowo po słowie, gest po geście staje się lodowatym cynizmem uśmiechniętej władzy. Mielczarek gra tak, że strach to oglądać, a co dopiero przypominać sobie później.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
28 września 2010

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia