PandemiJa w ATB

"Pandemija" - reż. Agata Biziuk - Akademia Teatralna w Białymstoku

Wczorajsza premiera on-line spektaklu "PandemiJa", dyplomu studentów IV roku kierunku aktorskiego (specjalność lalkarska) białostockiej Akademii Teatralnej, przyniosła sporo satysfakcji. Na mojej prywatnej liście, wśród prezentacji internetowych ostatnich miesięcy, plasuje się dość wysoko. Z pewnością to rezultat sympatii do realizatorów i wykonawców tego zdarzenia, których miałem okazję obserwować przez kilka lat, ale – obiektywizując moje wrażenia – studencki dyplom wypadł naprawdę ciekawie.

Powody są dwa. Po pierwsze, twórcy PandemiJi odnieśli się do bardzo aktualnego tematu, który wciąż nam towarzyszy i to w skali światowej. Rozpamiętujemy nieustannie jego społeczne i indywidualne skutki, własne doświadczenia z okresu lockdownu, perspektywy dalszego funkcjonowania w dobie epidemii. Taki głos najmłodszego pokolenia trudno przemilczeć i wypada tylko pogratulować Agacie Biziuk, reżyserce i autorce scenariusza, że podjęła ten temat, zainspirowała młodych twórców i z powodzeniem przeprowadziła cały proces budowania przedstawienia, w warunkach doprawdy skomplikowanych, gdy tylko niewiele czasu można było poświęcić na wspólne spotkania, całościowe próby i zgrywanie się zespołu.

Ale też pomysł na ten spektakl urodził się właśnie w izolacji i od początku zakładał w zasadzie niemal indywidualną pracę z kamerą. I to drugi powód satysfakcji z uzyskanego efektu. Wybrano oraz świadomie, chwilami nawet wielce efektownie, wykorzystano środki techniczne, telewizyjne i filmowe, które odpowiadały przyjętym założeniom i pomysłom. Klan Czołpińskich (zdjęcia Tobiasz, montaż Jonasz), wspierany bardzo piękną reżyserią światła Macieja Iwańczyka i zwłaszcza fachowym przygotowaniem reżyserki, zaproponował spektakl przedniej jakości technicznej. To zdarzenie nie mogłoby się zdarzyć na żywo. Pewnie mogłoby być realizowane na żywo, co podniosłoby jego atrakcyjność, ale tej poprzeczki zapewne w warunkach szkolnych nie dało się przeskoczyć.

Obejrzeliśmy zapis telewizyjno-filmowo-teatralnego przedsięwzięcia na bardzo aktualny temat. Każdy z młodych artystów miał okazję do indywidualnych monologów, chwilami dość osobistych, udziału w kilku scenach zbiorowych, można było ocenić aktorski warsztat poszczególnych studentów, którzy bez wątpienia wzbogacą swoje portfolia o cenny materiał demonstrujący ich umiejętności i talenty. Smakowitą oprawę kostiumowo-przestrzenną zaproponowała Marika Wojciechowska, z jednej strony – w aktorskich kostiumach – nawiązując do sanitarnych kombinezonów (znacznie lepiej prezentujących się na scenie niż w rzeczywistości pandemicznej), z drugiej – atrakcyjnie wykorzystując przestrzeń różnych sal w budynku białostockiej Akademii Teatralnej: a to umieszczając scenę (kraina mądrej Matki-natury) w wypełnionej wodą wannie otoczonej paprotkami, a to wykorzystując długaśną przestrzeń wąskiego szkolnego korytarza do zajmującej i ładnie filmowanej rozmowy z psem, a to przekształcając labirynt szkolnej biblioteki z półkami pełnymi książek w magiczną krainę górskich bezdroży, czy wreszcie adaptując salę baletową – w przestrzeń efemerycznych i zakochanych w sobie artystów-marzycieli i lekkoduchów. Tych przestrzeni jest rzecz jasna więcej, korespondują one z wygłaszanymi tekstami, dźwięczą młodzieńczym buntem, protestem, desperacją, a czasem nawet depresją, bądź samozachwytem. Patrzy się, słucha i choć wygłaszane zdania nie odstają od naszych powszechnych refleksji budowanych w czasie zarazy, nie przenoszą nas na wyższe piętra, niczego nie uogólniają, bo to nie są (w zasadzie) teksty literackie, raczej potoczne, codzienne, całość brzmi jednak naturalnie i szczerze: to głos tego pokolenia, dzisiejszych dwudziestokilkulatków.

Dzielę się tymi refleksjami (bo nie jest i nie miała to być recenzja) mimo wszystko z pewnym smutkiem. Po emisji spektaklu organizatorzy przeprowadzili debatę on-line z udziałem kilkorga zaproszonych gości, także reżyserki i jednej z aktorek. Był nawet krytyk teatralny (dziś wprawdzie nie zajmujący się recenzowaniem przedstawień, choć tylko w tej roli sens miała jego obecność) i socjolożka zajmująca się analizą pandemijnych zachowań. I była to ciekawa rozmowa. Tyle, że niewiele mówiono o PandemiJi. Rozmowę zdominował temat pandemii, żywy przecież i zasadniczy w przedstawieniu, ale refleksji dotyczących wspólnie obejrzanego spektaklu teatralnego nie usłyszeliśmy. To nie był polskojęzyczny odcinek programu ResiliArt, gdzie twórcy z szerokiego teatralnego świata dzielą się swymi doświadczeniami z przeżytych ostatnich miesięcy. Pewnie młodzi wykonawcy z wypiekami na twarzach czekali chociaż na słowo o swoich rolach, efekcie wspólnej pracy. Na próżno! Nikt nie miał nic do powiedzenia o teatrze, dla którego spotkaliśmy się przed ekranami. Tak zresztą wygląda większość dyskusji o teatrze.

Rozmawiamy o problemach, nie o sztuce teatru. Szkoda!

Mój smutek (i w konsekwencji brak oceny przedstawienia) wynika też z pragmatycznych powodów. Zajmuję się i czasem piszę o lalkach. Teatr jest mi bliski, oglądam dużo i często, ale wypowiadam się niemal wyłącznie o lalkach. Nie jestem zaskoczony, że najnowszy dyplom studentów lalkarstwa należy do innej dziedziny. Nie po raz pierwszy, nie tylko w białostockiej szkole lalkarskiej. Takiej szkoły w zasadzie nawet nie ma. Jest w Białymstoku kierunek aktorski ze specjalnością aktorstwa teatru lalek, a to zupełnie co innego niż szkołą lalkarska. Zatem z lalkarskiego punktu widzenia nic się nie stało i nie bardzo jest o czym rozmawiać. Zdecydowana większość kolegów-„lalkarzy" myśli inaczej i w tym też nic złego. Wybierają po prostu (poprzez „lalki") dostępną im drogę do świata teatru w ogóle. I realizują swoje marzenia. Czasem, jak w PandemiJi, doprawdy interesująco. I może to dobrze. Przykro tylko, że ta specjalność aktorstwa lalkowego w dyplomie najnowszym nie zaistniała nawet przez chwilę. Właściwie zaistniała – przez ułamek sekundy w spektaklu pojawia się stara szkolna marionetka. To żałosny widok, który nie powinien się zdarzyć (w aktorskich spektaklach kolegów ze specjalności aktorstwo i wokalistyka trudno sobie wyobrazić wyeliminowanie piosenek). Jakiś element sztuki lalkarskiej powinien zatem w spektaklu zaistnieć. Reżyserka też jest przecież absolwentką białostocką. Choć z drugiej strony świat lalek zarezerwowany jest dla jego sympatyków. Ci się odnajdują nawet w Polsce i z reguły poza szkołami lalkarskimi, nawet poza repertuarowymi teatrami lalek.

Szkoda tylko, że coraz częściej przestajemy się rozumieć.

Marek Waszkiel
Blog Marka Waszkiela
16 lipca 2020
Portrety
Agata Biziuk

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia