Pani z kokiem

346 Krakowski Salon Poezji - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Gdy w sobotni wieczór Grzegorz Łukawski słowo "słowik" wyrecytował tak przeciągle i mrukliwie, że siedząca obok mnie pani raka spiekła pod kokiem jak huba - przypomniał mi się pewien Ludwig, filozof austriacki, który nauczał: ostatecznym znaczeniem słowa jest sposób jego użycia

Gadanie było dlań siecią niezliczonych gier językowych. Nasz Białoszewski dodawał: w słowie dzieje się dramat, który jest nieustającym migotaniem wszystkich znaczeń, narosłych na nim przez wieki używania. Nawiasem, istnieje potężna dziedzina nauki, Teoria Literatury, która próbuje wyjaśnić sekret: czy w ogóle istnieje jeden niewzruszony sens danego tekstu i właściwie kto o nim decyduje - ten, który pisze, czy ten, który czyta? Ale zostawmy to. Zostawmy próg zbyt wysoki, wróćmy do pani z kokiem jak huba.

Porzekadło ujmuje rzecz w intonacji swojskiej: zależy, na czym co leży. Albo: jeśli wpadłeś między wrony, musisz krakać jak one (oczywiście, nie tylko wron reguła dotyczy). Stąd już blisko do przypadku słynnego żydowskiego urzędnika Leonarda Zeliga, tytułowego bohatera filmu Woody\'ego Allena, Zeliga, który miał tę fatalną (a może właśnie fenomenalną?) przypadłość, że tak mentalnie, jak fizycznie, niczym kameleon upodabniał się do najbliższego otoczenia. Z rudym rudział, z grubym tył, z jazzmanem "dżemował". Czy świntuszył wśród świntuchów? Nawet jeśli nie, to na ostatnim, specjalnym, nocnym, jak głosił tytuł "ornitologiczno-entomologiczno-orgiastycznym" Salonie Poezji z okazji V Krakowskiej Nocy Teatrów, który się odbył na plenerowej Scenie Pod Pompą - z pozoru zupełnie niewinne, w większości dla uszu dziecięcych przeznaczone słowa były takie, jakim niechybnie byłby Zelig w gronie świntuszących.

Iście przedszkolne wierszyki Gałczyńskiego, Tuwima, Brzechwy, Kerna i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, te rymowanki o wróbelkach, słowikach, pająkach, muchach, pchłach, konikach polnych, biedronkach, żukach, żurawiach, czaplach i innych owadach oraz ptakach, niczym w przytoczonym porzekadle - znaczyć zaczęły, co znaczyć zaczęły, gdyż położone zostały na słowie "orgiastyczność". Tyle - plus lekko powłóczysta, lekko mrukliwa recytacja Karoliny Kominek, Ewy Worytkiewicz i Grzegorza Łukawskiego - wystarczyło, by spoza niewinnych znaczeń przedszkolnych strof ciągle wyskakiwały znaczenia inne - nieoczywiste, nieoczekiwane, i sensy nocne, ustronne, jęcząco-mlaskająco-sapiące.

Czym innym, jeśli nie również tym jest teatr jako taki: wydłubywaniem spod zimnej skorupy oczywistych znaczeń tego lub innego tekstu scenicznego - znaczeń właśnie nieoczywistych? Tak. Tyle że zawsze chodzi o to samo - o stopień delikatności gestu, akcentu, intonacji. Gdyby czytający pedał orgiastyczności do dechy przycisnęli, gdyby wszystkie swe intencje, podteksty kawa na ławę wywalili - na Scenie Pod Pompą mielibyśmy kolejne wcielenie ambitnego młodego teatru polskiego, czyli kolejny ciężki niczym ołów seans toporności, tym razem seksualnej. Nie przycisnęli. Tylko dotykali, muskali klasyczne rymowanki. Cała reszta była wyłącznie grą lekko ukłutej wyobraźni słuchających.

Trudno się więc dziwić, że gdy taką pierwszą część Salonu sam dyrektor Krzysztof Orzechowski krasił grą na... no... no nie da się tego inaczej ująć: na ptaszku, glinianym bo glinianym, wodą wypełnionym, lecz jednak ptaszku - twarz mojej sąsiadki jarzyć się zaczęła. Gdy zaś w części drugiej Orzechowski, Anna Burzyńska i Rafał Dziwisz czytali "orgiastki" przez siebie napisane - kok w kształcie huby nie mógł nie zacząć dymić. Więc dymić zaczął.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
22 czerwca 2011

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia