Panie, jesteś?

"Nad" - reż: Waldemar Zawodziński - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

W łódzkim Teatrze imienia Jaracza świetna premiera Bielińskiego.

To wygląda jak jeszcze jeden thriller kryminalno-sądowy: więzienna cela, stół i dwa stołki, człowiek niewinnie oskarżony o morderstwo i skazany na 12 lat, jego dramat, jego ból. Trzeba dobrej chwili, by się zorientować, że ta cela mieści w sobie także świat za murami. Skrawki życiowej przestrzeni kolejnych bohaterów otacza wspólny wąski korytarz, okratowany z obydwu stron jak klaustrofobiczny spacerniak. Ubrania wolnościowe, niby-normalne, dziwnie są podobne do więziennych drelichów. I nikt tu nie podnosi głowy: więzień, jego rodzice, rzeczywisty morderca, bezradna psycholożka, pan naczelnik nieodrywający wzroku od własnoręcznie złożonego modelu żaglowca. 

Jest wina, kara, zemsta, ale nieułożone w żaden ciąg, żaden porządek. Niewinny zabija, miłość rodzi gwałt. Morderca pyszni się krwawym czynem jak atutem, co został mu w ręku, ojciec wydaje syna, bo się go boi. śmiertelnie. Wiekowy więzień mocuje się z obrazem oczu 12-letniej zgwałconej i mamrocze: "Panie, usłysz nas! Panie, wysłuchaj nas". A potem majaczy o Bogu, który zadzwonił i wziął go na spacer po barach i slumsach. Pamiętacie takiego, co to go Bóg odpytywał z wędrowania po ziemi i z którym zakładał się o wiarę Hioba? Tylko że nie ma jak się zakładać. Stary szatan, bezsilny jak inni Ziemianie, może tylko żebrać u Tego "nad", by dał znak, że w ogóle jest. 

Uhonorowana wysoko sztuka Mariusza Bielińskiego jest czymś niezwyczajnym w naszej praktyce dramatycznej. Jest rozpisaną na sceny, działania, osoby afabularną litanią/błaganiem Boga o obecność. Słowa podszyte są tu rozpaczą, bezradnością, zagubieniem w świecie wyzutym z elementarnego porządku. Ryzykowne to. Teatr z dawna już przestał tak przemawiać. Odwykły widz łatwo może wziąć "nieżyciowość" mowy za koturn, a wpisany w retorykę ból - za histerię. 

Tym większe uznanie dla Waldemara Zawodzińskiego, że umiał ustrzec się tych niebezpieczeństw. Dzięki precyzji i prostocie. Dzięki mocnej i jednolitej wizji scenicznej, ascetycznej, wyzbytej ozdóbek (którymi zdarzało mu się ostatnio grzeszyć; vide nadzy starcy w III akcie "Ślubu" Gombrowicza). I dzięki prowadzeniu aktorów jak oratoryjnego chóru, z prawem do stonowanej deklamacji, wybrzmienia skarg, zbiorowego namysłu. Mariusz Jakus z posturą prosto z kina akcji wspaniale znalazł w sobie tony powściąganego męskiego lamentu. Obok Aleksander Bednarz - rozgoryczony stary bies, Ewa i Andrzej Wichrowscy w rolach nieszczęsnych rodziców, młodziutka Agnieszka Więdłocha z twarzą boleśnie napiętą, jakby żarliwie o coś pytała i w tej samej chwili dojrzale-smutno znała odpowiedź. 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio teatr umiał tak odważnie i bezkonfesyjnie zapuścić się na pola zarezerwowane dla rekolekcji, potrafiąc przy tym mocno i pięknie zostać sobą. 

"Nad" otrzymało w tym roku Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, najwyższe (prestiżowo i finansowo) wyróżnienie przyznawane dramatopisarzom.

Jacek Sieradzki
Przekrój
16 października 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...