Panie w "Tangu" i westernie

"Lemoniadowy Joe" - reż: M. Głuchowska, "Tango" - reż: M. Przyłęcki

Na scenach dwie nowe sztuki, w obu kluczowe zadanie należy do kobiet. Poniżej dwie recenzje, w których zdradzamy, gdzie feministyczne chwyty mają sens, a gdzie służą tylko temu, żeby było fajniej niż zwykle.

Kobiecy western

Dzięki takim spektaklom jak "Lemoniadowy Joe" w reżyserii Małgorzaty Głuchowskiej olsztyńska Scena Margines powoli staje się jednym z najważniejszych ośrodków teatralnego eksperymentu. Młoda reżyserka jako materiał na swój debiut wybrała wyprodukowaną w Czechosłowacji parodię westernu (nazywaną knedliczkowym westernem) z 1964 roku. Opowiada o małym, zapijaczonym miasteczku, w którym pojawia się uczciwy rewolwerowiec pijący jedynie lemoniadę Cola Loca. Głuchowska postanowiła opowiedzieć tę prześmiewczą historię z perspektywy kobiet i uczynić z niej rozprawę o absurdzie podziału ról społecznych. Płeć piękna jest pewna siebie, krnąbrna, a naiwna tylko wtedy, gdy chce coś tym osiągnąć. Kowbojscy macho kompromitują się w walkach, które przypominają naparzanie się kogutów.
Scenografka Ewa Machnio stworzyła oryginalną konstrukcję, dzięki której widzowie posadzeni zostają pojedynczo za weneckim lustrem i z ukrycia, jak w peep-show, obserwują salon, w którym pociągająca Tornado Lou (ciekawa rola Agnieszki Pawlak), przygotowuje się do występów.

Nie jest to komedia - nawet farsowe zagrania i gagi stają się obrazem absurdu ludzkiej kondycji. To, co było wyrazem normy i bezdyskusyjnego podziału ról, staje się obrazem upodlenia. Wszystko, co w czeskim westernie było niewinne i śmieszne, w olsztyńskim spektaklu zostaje skompromitowane. Postawienie widza w roli podglądacza sprawia, że on także staje się macho, który płaci za usługę zabawienia go przez jakiś czas. Jedynym mankamentem spektaklu jest nadmierne nagromadzenie pomysłów, które czasami zacierają sens. Sposób prowadzenia aktorów i niezwykła wyobraźnia sprawiają jednak, że na kolejne prace Głuchowskiej warto czekać z zainteresowaniem.

Edek jest kobietą

Zapowiadało się, że kryzys męskości będzie też tematem "Tanga" Sławomira Mrożka w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Młody reżyser, Mateusz Przyłęcki, w roli chama Edka, który terrorem zaprowadza porządek w rodzinie, obsadził kobietę - znakomitą aktorkę, Beatę Zygarlicką. To proste przesunięcie dawało szansę na nową interpretację dramatu. No właśnie dawało. Bo reżyser uznał najwidoczniej, że jeden mocny pomysł to za mało i postanowił okrasić spektakl całym szeregiem chwytów i gagów. A to przez pierwszych piętnaście minut każda kwestia wypowiadana przez aktorów puentowana jest śmiechem z płyty niczym w sitkomach, a to wszyscy chodzą po scenie w jednakowych dresach. Stoi za tym zapewne myśl, że wszyscy stajemy się tacy sami, wchłania nas nijakość popkultury. I z tym zamierza walczyć Artur (Maciej Litkowski), który ma już dość domowego bezładu i anarchii. Ale też żaden pomysł nie jest w tym spektaklu doprowadzony do końca. I dlatego nie dowiemy się, czemu Edek ma wyciętych połowę kwestii i jakie są konsekwencje tego, że jest kobietą. Chyba tylko to, że ma być fajnie i trochę inaczej niż zwykle.

Niestety, "Tango" średnio poddaje się tego typu zabiegom. W farsowej machinie na nikim nie robi już wrażenia śmierć babci Eugenii, nie wiadomo też, czemu Edek przejmuje w domu władzę i wszyscy mu się poddają. W tym spektaklu ani z niego/niej silny drab, ani witalna uwodzicielka.

Paweł Sztarbowski
Metro
16 października 2010

Książka tygodnia

Teatr plastycznej metafory. Scenografie Jadwigi Mydlarskiej-Kowal
Muzeum Śląskie
Redakcja: Sylwia Ryś, Elżbieta Spadzińska-Żak

Trailer tygodnia