Panny wypuszczone z Klatki

"Panny z Wilka" - reż: Tomasz Konina -Teatr Kochanowskiego w Opolu

Ciekawe rozwiązania plastyczne, o których tyle mówiło się przed premierą spektaklu "Panny z Wilka" wg Jarosława Iwaszkiewicza sprowadzały się głównie do ozdobników. Do największych (w dosłownym tego słowa znaczeniu) należał stół wyłaniający się ze scenicznej otchłani.

Trudno powiedzieć, czy to była zaleta czy wada spektaklu. Na pewno nie katastrofa. I zamiast powiedzieć: jaka piękna katastrofa, dużo bardziej na miejscu wydaje się określenie: jaka piękna maszyneria. A właściwie oszklona klatka, która miała być pokojem. Chyba najbardziej przydatna w scenie rozbijania porcelany. Gdyby nie szyba niejeden z widzów mógłby otrzymać cios porcelanową filiżanką. Oszklona przestrzeń pozwoliła wykreować kilka ciekawych scen. Panny a to chlapały się wodą z wrzaskiem, a to znów pucowały szyby, krzesła, podłogi. Można powiedzieć zwykła babska codzienność, ale za to wykonywana z klasą. I tu główne zasługi należy przypisać aktorkom, które grały na bardzo wyrównanym poziomie.

Oszklona ściana posłużyła również do tego, aby jedna z aktorek mogła pisakiem narysować na niej portret, a raczej diabelską karykaturę Wiktora (Andrzej Jakubczyk). Jak się później okazało wspomniany rysunek był widoczny tylko dla części widowni, a więc też nie do końca spełnił swoją funkcję. Stąd taka sugestia dla osób wybierających się na Panny z Wilka do opolskiego Teatru: proszę siadać naprzeciwko sceny, lekko z ukosa, jeśli ktoś chce uzyskać lepszą percepcję i zobaczyć spektakl w całej okazałości. Aczkolwiek jest to trudne, bo trwa dwie godziny bez przerwy. Nie obyło się zatem od komentarzy na widowni w tej kwestii.

W głębi sceny za to pojawiały się kolejne horyzonty odpowiednio podświetlane. Nikogo już chyba nie zaskakuje płachta folii zwijana w kulminacyjnych momentach czy migające światełka. To, co raziło jednak najbardziej to zastosowanie mikroportów oraz jeden, ale szczególnie „natrętny” mikrofon zjeżdżający co jakiś czas z góry, z przedziwnym zresztą rzężeniem. Momentami aktorów w ogóle nie było słychać. Albo za nadto się oddalali hasając w głębi sceny, albo też słyszalność utrudniała wspomniana już oszklona klatka, czy bardziej subtelnie: salon wyjeżdżający z „piwnicy”.

Na uwagę natomiast zasługiwały lekkie, zwiewne i wysmakowane kostiumy Zofii de Ines. Od falban i koronek utrzymanych w ciepłych tonacjach do fantazyjnych wzorów, czyli kwintesencja kobiecości. W jednej z końcowych scen można było mówić nawet o feerii barw, do tego stopnia, że kobiety w tym spektaklu przypominają nie jakieś tam bezosobowe kolorowe ptaki, ale papużki-nierozłączki, które uwolniły się ze szklanej klatki. 

Panny z Wilka to spektakl który wywołuje mieszane uczucia. Kontrowersyjna druga część pozostała niezrozumiała dla większości widowni, o czym najlepiej chyba świadczyły wielokrotnie ponawiane uwagi typu: „przecież to miały być Panny z wilka, po co to jest?”. Można się zastanawiać czy druga część spektaklu była potrzebna. Ale od nieudanego eksperymentu gorsza jest chyba tylko nuda.

Do najciekawszych momentów należy scena równoczesnego nawoływania Wiktora przez kobiety niby to znad brzegu wody. W spektaklu można doszukiwać się podtekstów homoseksualnych, ale wydaje mi się to niepotrzebne. Takie odczytanie ani nie szokuje, ani nawet nie porusza w żaden sposób.

Aleksandra Skiba
Dziennik Teatralny Katowice
27 marca 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia