Parada przebojów

"Hrabina Marica" - reż: Henryk Konwiński - Gliwicki Teatr Muzyczny

19 lat temu, a właściwie prawie 20, jako że tamta premiera odbyła się w styczniu 1990 roku, a obecna w listopadzie 2009 Henryk Konwiński już raz zrealizował "Hrabinę Maricę" Emmericha Kalmana. Ba, w tym samym teatrze. I dostał za nią wówczas Złotą Maskę.

Skoro wielce zasłużony twórca zdobył za tamten spektakl najwyższe trofeum, jakim w naszym regionie może zostać uhonorowany człowiek teatru, po co przystąpił ponownie do pracy nad tym samym dziełem? Zmienić coś? Poprawić? Niezależnie od atrakcyjności dzisiejszego, ale przecież nie rewolucyjnie nowego, gliwickiego spojrzenia na "Maricę", mało prawdopodobne, by jurorzy przyznali Konwińskiemu za nią drugą Maskę. 

Ale vis a vis głównego wejścia do gliwickiego teatru jest jeszcze wolne miejsce na... pomnik. Tam, gdzie przed zmianą ustrojową oczekiwały na rozkochaną w operetkach, robotniczą publiczność, autokary zakładowe. Widocznie nie tylko Henryk Konwiński, ale i sam Gliwicki Teatr Muzyczny zatęsknili do młodości, gdy placówka ta nazywała się Operetką Śląską. 

Spinając klamrą jakże znamienne (w tym przypadku określenie "rewolucyjne" będzie bardziej adekwatne) dwudziestolecie pomiędzy obiema premierami, dodajmy, że ówczesna odtwórczyni postaci tytułowej Anna Wilczyńska dziś gra już nie tak dużą, ale bardzo istotną ze względu na wspaniałą arię, rolę Cyganki Miny. A ponieważ arię tę musi wykonać praktycznie na samym początku utworu, przeto ma wszelkie możliwości "rzutować" sympatycznie, bądź zniechęcająco, na dalszy ciąg spektaklu. Wilczyńska zaśpiewała swoją arię naprawdę pięknie. A wyglądała tak. jakby niewątpliwy fakt, że w międzyczasie upłynęło 20 lat Jej akurat zupełnie nie dotyczył. 

Z tamtej premiery ostali się także, i to w tych samych rolach - księżnej Cudenstein i księcia Populescu - Danuta Orzechowska i Jerzy Gościński. No ale te postacie z powodzeniem mogą wykonywać zarówno trzydziesto, jak i siedemdziesięciolatkowie, z tym, że jako starsi, są w nich bardziej wiarygodni. 

Nie pamiętam już zbyt dobrze tamtej premiery, ale jej twórca dostał wtedy Maskę "za reżyserię i choreografię". Podobnie i obecnie choreografia stanowi jeden z najważniejszych atutów spektaklu. Tak, jak w XVIII-wiecznej Francji królowała forma zwana opero-baletem, Konwiński stworzył w "Maricy" coś w rodzaju balcto-operetki. Scena w której dziewczęta zdejmują wierzchnie, jak się okazuje, kostiumy "kankanowe" i tańczą charlestona w połyskujących złotem wąziutkich tuniczkach z początku XX wieku, stanowi dominantę gliwickiej inscenizacji. A wszystko to odbywa się w oparach "musicalowych" dymów. 

Najbardziej znane - a "Hrabina Marica", to parada przebojów - arie i duety wzbogaca Konwiński baletem w tle, bądź z boku. I trochę w tej sytuacji dziwne, że całość nie kończy fajerwerkiem, nawet wymyślonym przez siebie, lecz, zgodnie z librettem, "ubogim" duetem dwojga głównych bohaterów. 

Muzycznie, przygotowany przez Rubena Silvę spektakl jest "bez pudła". Premierowy kwartet głównych wykonawców okazał się rzeczywiście rewelacyjny. Zacznę od "drugiej" pary: Wioletty Białk w roli Lizy i Michała Musioła, jako barona Żupana, "rozdartego wewnętrznie" adoratora najpierw Maricy, a potem Lizy. Trudno mi dziś sobie wyobrazić lepszą Maricę, niż ta którą stworzyła Małgorzata Długosz, artystka posiadająca wszelkie atuty di-wy operetkowej: głos, urodę i giętkość ruchów. 

Na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o stronę wokalną, wymieniłbym jednak Janusza Ratajczaka w roli hrabiego Tassila, tego który śpiewa słynną arię "Graj Cyganie". Swoją drogą w oryginale "Przyjdź Cyganie" - "Komm Zigan". Prawdę mówiąc nie widzę wielkich różnic pomiędzy Ratajczakiem, a sławnym tenorem, na dodatek wagnerowskim, Renem Kolio, który wziął udział w nagraniu "Maricy" przez firmę "Philips". Ten zachwyt dotyczy jednak wyłącznie strony wokalnej. 

Ponieważ Janusz Ratajczak nic dysponuje urodą amanta, przydałaby się mu pomoc autorki kostiumów. Tej jednak nie otrzymał. Zdumiewające, skoro Małgorzata Słoniowska pokazała nam. niczym na rewii mody, całą feerię olśniewających strojów, zwłaszcza kobiecych, zarówno XIX-wiecznych, jak i z początku XX wieku - prapremiera "Maricy" odbyła się już po upadku Austro-Węgier, w 1924 roku. a jej muzyka obok tęsknoty za monarchią Habsburgów odbija także nowe prądy, stąd shimmy i charleston. Z bajeczną wystawnością, której nie powstydziłaby się Wielka Barbara Ptak, kontrastuje szary garnitur Tassila, wyglądającego niczym działacz partyjny AD 1950 lub 2009 (na jedno wychodzi). A przecież Tassilo dla podratowania budżetu pełni incognito rolę rządcy majątku rolnego i można by spróbować ubrać go "na ludowo". 

I jeszcze jeden minus, charakterystyczny chyba dla wszystkich przedstawień operetkowych, nie tylko zresztą w Gliwicach. W dialogach śpiewacy nie mówią tekstu, ale go deklamują, niemiłosiernie "szeleszcząc" papierem. Nie pomaga nawet nowe tłumaczenie tych fragmentów. 

Z grona "deklamatorów" wyłamuje się pozytywnie jedynie trzyosobowa grupa księżnej Cudenstein, ucharakteryzowana na ekstrawaganckich i tajemniczych automobilistów (pomysł ten powtórzył reżyser z poprzedniej premiery), nie mająca jednak tak istotnego znacznie muzycznego, jak pozostali wykonawcy. 

Może dlatego wolę operetki, podobnie jak opery, w języku oryginału. Wtedy wartość artystyczna owych testów, wątpliwa zresztą, jak i ich dogłębne zrozumienie, nie mają aż tak istotnego znaczenia. Swoją drogą dwa czołowe "węgierskie" dzieła Węgra Kalmana, "Księżniczka czardasza" i "Hrabina Marica", zostały napisane do librett niemieckich, albowiem ich premiery odbyły się w ważniejszej stolicy, podwójnej do 1918 roku, monarchii - samym Wiedniu.

Marek Brzeźniak
Śląsk
24 grudnia 2009

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia