Paradoksalnie genialny Krystian Lupa

"Wycinka" - reż. Krystian Lupa - Teatr Polski we Wrocławiu

Siódmą edycję Festiwalu Wybrzeże Sztuki otworzył "Broniewski" w reż. Adama Orzechowskiego. Wysoki poziom utrzymywał się aż do ostatniego dnia, kiedy to mieliśmy ogromną przyjemność obejrzeć "Wycinkę" Krystiana Lupy. Wysoki poziom festiwalu pozwala z optymizmem patrzeć na polską scenę teatralną.

Lepszego zakończenia Festiwalu Wybrzeże Sztuki trójmiejska publiczność nie mogła sobie wymarzyć. Krystian Lupa, Thomas Bernhard i Piotr Skiba wystarczyliby już, by określić "Wycinkę" spektaklem genialnym. A przecież to nie wszystkie atuty wrocławskiej inscenizacji.

Przede wszystkim zachwyca Lupa-scenograf. Scena ubrana jest w dwie ramy: zewnętrzną tworzy linia czerwonego światła, oddzielająca przestrzeń świata scenicznego od pozascenicznego. Druga, wewnętrzna rama to metalowa klatka, sześcian stanowiący scenę samą w sobie, oddzieloną od sceny Teatru Wybrzeże. Widzimy mieszczański salon, przytulny, ciemny za szybą. Nad szybą nisko zawieszony ekran potęgujący klaustrofobiczną atmosferę pomieszczenia. Bohaterowie tego swoistego seansu spirytystycznego są jak eksponaty albo zwierzęta w zoo - zupełnie oderwani od realnego świata.

Ten ponad czterogodzinny spektakl w większości rozgrywa się w salonie. W połowie pierwszej części następuje jednak zmiana - scenografii i dynamiki. Metalowy sześcian-klatka obraca się - widzimy przesuwające się, wyłaniające z ciemności, kolejne elementy wyposażenia mieszkania. Mamy panoramę codzienności mieszczańskiej, możemy wniknąć w nią na chwilę, podejrzeć to życie, spojrzeć na nie w miniaturze. To prosty i doskonały zarazem pomysł scenograficzny - Lupa udowadnia, że potrafi wywoływać emocje używając nieskomplikowanych, ale bardzo przemyślanych środków. Nawet za pomocą scenografii. W teatrze przecież ciągle zaglądamy do czyjegoś życia, do czyjegoś domu. Inscenizatorzy robią wszystko, byśmy o tym zapomnieli. Krystian Lupa z premedytacją nam o tym przypomina.

W scenie w salonie widzimy całą małość tych pretendujących do wielkości ludzi. Samobójcza śmierć ich "przyjaciółki" jest jedynie kolejnym pretekstem do pokazania, wyrażenia siebie. Ciągle tylko: "ja, ja, ja". Dialogi są śmieszne, sztuczne, pojawiają się w nich wracające natrętnie jak echo frazesy. Smalltalk artystycznej elity. Bohaterowie "kolacji artystycznej" w kółko powtarzają te same zdania. Dla pisarki ("lokalna Virginia Wolf") zmarła powinna była pisać, wg. malarki powinna była malować. Wszyscy patrzą na nią przez pryzmat swojej osoby. Poza salonem siedzi na fotelu Thomas Bernhard (ponownie u Lupy austriackiego pisarza gra stworzony do tej roli Piotr Skiba) - przygląda się z dystansem i kpi z zebranych.

W spektaklu pada dużo gorzkich słów pod adresem samego teatru, można dopatrywać się kąśliwości skierowanych bezpośrednio pod adresem Jana Klaty, jego dyrektury w Teatrze Starym i skandalu na "Do Damaszku". Gerhard Auersberger (Wojciech Ziemański) krzyczy: "Nienawidzę teatru, zwłaszcza Teatru Narodowego. Teatr Narodowy to chlew!". Scena w salonie jest jednak sceną bardzo komiczną, widownia wręcz zanosi się od śmiechu. Wśród dyskutujących artystów pojawia się sama Joana - przysłuchuje się gadaninie na swój temat. Przekracza czerwoną linię - wtedy światło w całym teatrze zapala się, "teatr" znika. Joana wychodzi niemal na widownię, opiera się o fotele. W ślad za nią granicę przekracza także Thomas. Lupa tworzy kolejne niezwykle spójne teatralnie arcydzieło - i jednocześnie rozbija jego teatralność, tak jakby teatr nie mógł mu już przynieść żadnej prawdy. W "Wycince" to prawda życia odnosi zwycięstwo nad sztucznością sztuki.

Lupa przygląda się w spektaklu fizyczności człowieka. Zmęczeni artyści po pogrzebie myślą tylko o tym, by coś zjeść. Awanturują się nad niedobrym gulaszem, pobrzękują niekulturalnie sztućcami i mlaszczą. Po zmianie scenografii znowu pojawia się Joana - być może jej duch, czy też wspomnienie w głowie Bernharda. Widzimy nie artystkę, ale alkoholiczkę w momencie jej największego upadku. Mały pokoik: już nie salon literacki, ale melina, nieporządek tak nieprzystający do wyobrażeń elity artystycznej. Lupa zderza dwie prawdy: wyobrażoną i faktyczną, udowadniając boleśnie, jak bardzo lubimy samych siebie okłamywać i wybielać.

Inscenizacja urozmaicona jest apokryfami, improwizowanymi rozmowami młodych aktorów w łazience. Siedząc na wannie, poprawiając rolkę papieru toaletowego, debatują o tożsamości aktora, o roli, o tym jak pokierować karierą. Rozmowę widzimy tylko na ekranie nad sceną. Przed spektaklem widzimy na nim także "wywiad" z Joaną, która opowiada o swoim absurdalnym kursie chodzenia dla aktorów.

W drugiej części spektaklu przenosimy się do jadalni - pojawia się długo oczekiwany gość-aktor, zagrany niemożliwie dobrze przez Jana Frycza. Z egzaltacją i nadęciem opowiada o swojej pracy aktorskiej, o tym jak to zaszył się w górskiej chacie by próbować Ekdala z "Dzikiej kaczki". Dyskusja pomiędzy nim a Jeannie (świetna w tej roli Ewa Skibińska) na temat wyższości Ekdala nad Edgarem z "Tańca śmierci" Strindberga to antyteza rzeczowej dyskusji, przywodząca na myśl "Dzień świra" i "moją prawdę lepszą, bo bardziej mojszą".

Lupa zgłębia także relację na linii artysta - władza. Czy aktor, pisarz, malarz jest w czymkolwiek lepszy od polityka? Lub od kogokolwiek, jeśli już zadajemy takie pytania. Uczestnicy kolacji artystycznej to ludzie którzy, według słów Bernharda, kiedyś spotykali się, by tworzyć. Teraz spotykają się, by niszczyć. Podczas ostatnich chwil spektaklu nie mogłam przestać myśleć o tym, dlaczego oni jeszcze tam siedzą. Ewidentnie nie jest im dobrze w swoim towarzystwie. Im bliżej końca, tym są bardziej śpiący, pijani, agresywni. Pokładają się na fotelach, widać, że mają dość. A jednak trwają w tej sytuacji aż do końca.

W ostatniej scenie słyszymy dwa razy Bolero - ulubiony utwór Joany. Raz w wersji tradycyjnej, potem w bardziej współczesnej aranżacji. Ten piękny ale dziwny, hipnotyczny utwór, który jest pewnego rodzaju pętlą, loopem, potęguje jeszcze bardziej wrażenie gonienia za własnym ogonem. Wszyscy bohaterowie sztuki (poza stojącym z boku Thomasem) to ludzie przegrani, odcinający kupony, żyjący w czasie przeszłym - w marzeniu o swojej sławie, wielkości, która miała nadejść, ale nie nadejdzie. Powtarzają się, a nie ma nic gorszego dla artysty niż się powtarzać.

Jest bardzo gorzko. "Teatr upadł. Dyrektor i Geniusz? To absurd!" - tak mówią słowami swoich bohaterów Thomas Bernhard i Krystian Lupa. Co przez nich przemawia? Ambicja? Tęsknota za wielkością? Strach?

Mamy jednak w "Wycince" do czynienia z paradoksem: poruszająca temat upadku sztuki teatralnej, kpiąca z niej inscenizacja to arcydzieło. Lupa i jego zespół udowadnia, że polski teatr nie upadł - wręcz przeciwnie. Mamy w Polsce wspaniałych reżyserów i twórców, wciąż poszukujących, wciąż z uwagą przyglądających się sobie bez popadania w zachwyt.

Siódma edycja Festiwalu Wybrzeże Sztuki była zdecydowanie na wyższym poziomie niż zeszłoroczna. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że ta tendencja będzie kontynuowana.

Katarzyna Gajewska
Gaja Pisze
18 listopada 2014

Książka tygodnia

Czas zdrajców
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marek Krajewski

Trailer tygodnia