Passini zapukał do złych bram...

"Bramy raju" - reż. Paweł Passini - Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego

Reżyser prawdopodobnie nie uświadomił odtwórcom poszczególnych ról, w jakim celu pojawiają się na scenie. Można było odnieść wrażenie, że występują tylko dla niego, bo nawet nie dla siebie, nie wspominając już o publiczności. Aktorzy, przynajmniej niektórzy, udowodnili Passiniemu, że nie wykorzystał potencjału, jakim dysponują, talentu, po który wielokrotnie sięgali reżyserzy, współpracujący z nimi podczas realizacji innych przedstawień.

Jerzy Andrzejewski, snując w "Bramach raju" opowieść o krucjacie dziecięcej podjętej w 1212 roku, dążył zapewne do ukazania namiętności łączących uczestników wyprawy, na czele której stał Jakub z Cloyes. Udało się pisarzowi udowodnić, że duchowe posłannictwo, idea służby bożej, a więc uczynki nadające ludzkości wyższy wymiar, przysłaniane są przez tęsknotę erotyczną, przez to, co ziemskie i naturalne. Sama krucjata tworzyła zaś rodzaj zasłony, za którą krył się rozrachunek ze stalinizmem. Powieść Andrzejewskiego silnie oddziałuje na wyobraźnię nie tylko ze względu na swoją "kostiumowość", na mroczny klimat, ale również na język, jakim została napisana.

Adaptacja sceniczna "Bram raju" Andrzejewskiego, pisarza współcześnie nieobecnego, jest dla adaptatora ogromnym wyzwaniem. Trzeba mieć na nią naprawdę dobry pomysł. Trzeba chcieć znaleźć w fabule powieści ponadczasowe tematy, ażeby następnie odnieść je do współczesnej rzeczywistości. Trudno napisać scenariusz spektaklu, kiedy ma się do dyspozycji dwa zdania, z czego drugie obejmuje tylko cztery słowa: "I szli całą noc". Trudno napisać scenariusz dla samego jego powstania, po to tylko, żeby udowodnić sobie i światu, że jest się lepszym (często gorszym) od innych. Trudno napisać scenariusz, kiedy nie pojmuje się pierwotnego przesłania utworu, a to konieczne zanim podda się go osobistej interpretacji. Przed jeszcze trudniejszym zadaniem staje reżyser, który musi nadać tekstowi blasku, odpowiednio go oprawić, by swoim widowiskiem zachwycić widzów. Nie dziwi więc, że niewielu twórców sięga po powieść z drugiej połowy dwudziestego wieku. Brak odwagi wynika z braku wizji, a bez niej nie uda się przygotować dobrego przedstawienia. Ignorancja nie jest sprzymierzeńcem artysty.

Przekonał się o tym Paweł Passini, który postanowił zmierzyć się z dziełem Andrzejewskiego i wystawić je na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Wziął na siebie dużą odpowiedzialność. Próbował uporać się z napisaniem scenariusza i reżyserią. Pierwsze zadanie nie mogło się udać, ponieważ Passini nie wyłuskał z prozy Andrzejewskiego głównego motywu, na którym chciałby oprzeć swoją opowieść. Drugie nie powiodło się, gdyż jako reżyser prawdopodobnie nie uświadomił odtwórcom poszczególnych ról, w jakim celu pojawiają się na scenie. Można było odnieść wrażenie, że występują tylko dla niego, bo nawet nie dla siebie, nie wspominając już o publiczności. Aktorzy, przynajmniej niektórzy, udowodnili Passiniemu, że nie wykorzystał potencjału, jakim dysponują, talentu, po który wielokrotnie sięgali reżyserzy, współpracujący z nimi podczas realizacji innych przedstawień. Wystarczy przywołać Elżbietę Golińską, która w spektaklu Passiniego nie miała możliwości wykazać się zawodowym kunsztem, osobowością i talentem. Rola w "Bramach raju" to bezpowrotnie utracona szansa na kolejny aktorski sukces, jakich już wiele w dorobku tej cenionej aktorki. Nie sposób pominąć Bogusława Kierca, aktora charyzmatycznego, pozostawionego w tym przypadku na uboczu, samemu sobie. Paweł Passini, podobnie jak Jakub z Cloyes, ciągnął za sobą tłumy, nie wiedząc, dokąd tak naprawdę zmierza. Zlekceważył nie tylko Andrzejewskiego, ale również aktorów słynących z naprawdę dobrych teatralnych kreacji. Zlekceważył publiczność, którą, mamiąc pierwiastkiem nowoczesności, skazał na dziewięćdziesięciominutową rozłąkę z rozumem.

Passini, wyprawia, pod wodzą Jakuba (Krzysztof Kuliński), pięciu młodych pasterzy w stronę Jerozolimy. Idą również dzieci. Z każdym dniem jest ich coraz więcej. W końcu, zamiast do raju, mają trafić do domów publicznych całego Bliskiego Wschodu albo wcześniej umrą z wycieńczenia. Kres wędrówki- przerażający, tylko dlaczego nie wzbudził należytego współczucia? W marszu uczestniczy również stary spowiednik (Bogusław Kierc). To przed nim bohaterowie obnażają się ze swoich słabości. Pierwsza spowiada się Maud, która jest przybraną siostrą Jakuba (zwanego również Znalezionym lub Pięknym). Zdradza, że wzięła udział w wyprawie nie ze względów religijnych. Chciała być bliżej Jakuba, którego darzy nieodwzajemnioną miłością. Robert (Jerzy Senator), syn młynarza, wyznaje, że i on bierze udział w krucjacie z pobudek osobistych- kocha Maud, bez wzajemności, chce się nią opiekować. Blanka (Elżbieta Golińska) wyjawia, że i ona jest zakochana w Jakubie. Ten nie zwraca na nią uwagi, więc oddaje się z Aleksemu (Piotr Bondyra). Ludwik z Vendôme (Włodzimierz Dyła), hrabia, jest homoseksualistą. Nawiązał romans z Aleksym, którego porwał osiem lat wcześniej. Nie kochał go, a jedynie pożądał. Żywił uczucie do Jakuba. Popełnił samobójstwo po nocy spędzonej w jego namiocie. Wtedy Aleksy zakochuje się w Jakubie...Wszyscy, poza tym drugim, otrzymują rozgrzeszenie. Zakonnik nie odpuścił przywódcy krucjaty między innymi za dopuszczenie się kłamstwa...Można przypuszczać, że w pewnym momencie widzom było już obojętne czy uczestnicy marszu dotrą w końcu do wymarzonych bram...

Prawdę mówiąc, nie o fabułę w tym miejscu idzie, a o to, że prawie każda scena pozbawiona była sensu, dramatyzmu, napięcia, emocji, przesłania. Żadna nie zapisała się w pamięci na tyle, by ją przeżywać czy swobodnie relacjonować. Jaki więc cel postawił sobie Passini? Pokazanie, że świat staje się Sodomą i Gomorą lub że zawsze taki był? Udowodnienie, że człowiekiem rządzi popęd i seks? Ale przecież reżyser nie przyspieszył bicia serca pseudoseksualnymi scenami?! Jak to zatem rozumieć? Jedno jest pewne: Passini zapukał do złych bram. Chaos, do którego przyzwyczajona jest scena w Teatrze Polskim (tam spektakl mógłby spotkać się z aprobatą), nie przyjął się przy Rzeźniczej. U Wiercińskiego, o ważnych, bieżących sprawach, zwykło się mówić i patetycznie, i symbolicznie, i zabawnie, i z goryczą, ale przede wszystkim-z sensem, z przesłaniem. Tak było dotychczas. Wrocławski Teatr Współczesny jest sumieniem i wykrzyknikiem Polaków. I niech tak zostanie!

 

Grzegorz Ćwiertniewicz
Dziennik Teatralny Wrocław
3 kwietnia 2014

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia