Pedagogika pogardy

Na początku roku 1939 Gregor Ziemer, obywatel USA, dyrektor Szkoły Amerykańskiej w Berlinie, wstrząśnięty próbą linczu na swoim uczniu żydowskiego pochodzenia, postanawia przyjrzeć się od wewnątrz machinie hitlerowskiej edukacji.

Czuje, że jest to winien temu chłopcu i milionom jego rówieśników na całym świecie. Od kilku lat z rosnącym niepokojem wnikliwie obserwuje, jak skutecznie działa i jak szybko się rozrasta wszechogarniający system kształtowania nazistowskiego człowieka. Bezwzględnego, odrzucającego wszelkie wątpliwości, bezgranicznie wiernego wpajanym od dziecka brunatnym ideałom, człowieka, w którego systemie wartości jest miejsce na dwa tylko uczucia – ślepą miłość dla wodza, roztaczającego wizję Niemiec rządzących światem oraz na kompulsywną nienawiść dla wszystkich, którzy ośmielają się jej sprzeciwić, lub choćby być obojętnym. Kto nie jest z nami... Tertium non datur, tu w wynaturzonej, złowróżbnej postaci.

Amerykanin w Berlinie ma świadomość nadciagającej burzy, zdaje sobie doskonale sprawę, że los daje mu wyjątkową szansę, ale i nakłada nań olbrzymią odpowiedzialność, aby dać świadectwo światu. Postanawia zagrać va banque korumpując wysokiego rangą urzędnika – radcę i wizytatora z ministerstwa nauki, edukacji i kultury narodowej, za pomocą kilku paczek prawdziwej kawy, rarytasu niedostępnego w Niemczech niemal dla wszystkich, jeśli nie liczyć wąskiego grona najwyższych partyjnych notabli. Wkrada się w łaski reichsrata udając fascynację niemieckim procesem wychowawczym. Ziemer prosi o możliwość wizytacji w rozlicznych placówkach podlegających ministerstwu, aby mógł naocznie podziwiać jego skuteczność. Amator kawy i pochwał pod adresem nazistowskiego szkolnictwa załatwia mu wizytę u samego Bernharda Rusta – szefa resortu edukacji. Brzmi niewiarygodnie, ale zadziałało. Jak to było możliwe, aby wpuszczono do skrzętnie odseparowanych od świata zewnętrznego instytucji obywatela państwa tak wrogiego ideologicznie, rządzonego w powszechnym w Niemczech mniemaniu przez Żydów, dławionego przez najbardziej zdegenerowany ustrój w dziejach ludzkości – demokrację? Jak pozwolono na to, aby przedstawiciel słabej, zmieszanej rasowo nacji, mógł bez przeszkód obserwować proces wykuwania człowieka, który miał w przyszłości zmieść z powierzchni ziemi wszystko co niezgodne o linią partii, zwyrodniałe, nieczyste, z Ameryką na czele? Fanatycy, a do takich niewątpliwie należy zaliczyć Rusta, rządzącego aż do samobójczej śmierci 8 maja 1945 roku hitlerowską oświatą, okazują jednak nierzadko słabą stronę. Przecież płonie w nich wieczny ogień krzewienia ideałów, którym tak bezwzględnie i bezrefleksyjnie służą, zatem chętnie się nimi dzielą w poczuciu własnej wyższości, wspartej nieskrywanym lekceważeniem i pogardą dla tych, którzy owej iluminacji nie doznali. To nieustanne natręctwo prozelityzmu. Trzeba ich tylko umiejętnie zmotywować, zręcznie wkraść się w łaski, suflując życzliwe zainteresowanie, co się Ziemerowi całkowicie udało. Wyszedł z gabinetu hitlerowskiego notabla z pismem, dającym mu wstęp i prawo zadawania pytań w każdej praktycznie instytucji znajdującej się pod zwierzchnictwem reichsministra.

W ciągu kilku miesięcy Amerykanin intensywnie podróżuje po Trzeciej Rzeszy, z iście pruską pedanterią spisując wszystko co widział, słyszał i czego doznał, a były to doznania mrożące krew w żyłach człowieka ukształtowanego w kulturze demokracji i wolności. Nie zapomina o podstawowej reporterskiej zasadzie - przede wszystkim słuchać, a pytać wstrzemięźliwie. Słowo jest bronią daleko groźniejszą, niż się to wydaje piewcom kultu działania, w końcu zawsze ktoś spisze czyny i rozmowy, a to gotowy akt oskarżenia systemu i ludzi mu służących. To paradoks, jak gorliwie hunwejbini wszystkich krajów i epok go tworzą, używając do tego cudzego pióra. W tym przypadku było co spisywać, bowiem nazistowskie Niemcy wykreowały nieprawdopodobnie rozbudowaną, wieloszczeblową strukturę wychowawczą, swoistą linię produkcyjną sfanatyzowanej jednostki, zaprogramowaną od kołyski aż po grób, nikogo i niczego nie pozostawiającą przypadkowi.

Od kiedy Rzesza zajmuje się niemieckim dzieckiem, zapytał Ziemer jednego z urzędników. Odpowiedź padła natychmiast – zanim zostanie poczęte, okraszona wykładem o łączeniu zdrowych jednostek, dbaniu o rozwój wyższej rasy i czystości krwi, pochwałą eugeniki. Minister Rust z kolei podkreślał w podręczniku dla nauczycieli, którego egzemplarz wręczył osobiście Amerykaninowi, iż „Celem szkół jest edukowanie istot ludzkich tak, by zrozumiały, że Państwo jest ważniejsze niż jednostka, że jednostki muszą być chętne i gotowe do poświecenia się dla Narodu i Fuehrera." Jednostka - zerem, jednostka - bzdurą... Nie sądzę, aby Rust czytał Majakowskiego, więc tym bardziej przerażająca jest konstatacja, jak łatwo takie słowa rodzą się w głowach fundamentalistów, i jak ochoczo przekształca się je w szkolne programy, realizowane z żelazną konsekwencją.

Cały ówczesny niemiecki system edukacyjny był nastawiony na militaryzm z jasno sprecyzowanymi rolami - chłopcy mieli zostać żołnierzami, dziewczynki – reproduktorkami, dostarczycielkami kanonenfutter. Proporcje istotności płci w Niemczech lat trzydziestych niewolniczo odzwierciedlały zalecenia zawarte w „Mein Kampf", gdzie Hitler poświęca edukacji chłopców 30 stron, a dziewczynek 7 wierszy. Struktura była sztywna - osobne szkoły dla chłopców i dziewczynek, osobne organizacje, koedukacja z definicji była postrzegana jako poważne zagrożenie dla procesu wychowawczego, gdzie każda jednostka ma być trybikiem z jasno zaplanowaną drogą życiową, kompletnie podporządkowaną użyteczności dla państwa. Najistotniejsza jest tężyzna fizyczna, kosztem rozwoju umysłowego, a ten ostatni pozostaje pod ścisłą, cenzuralną kontrolą. Konsekwentnie zadbano o jednolity, klarowny ideologicznie przekaz, tak aby liberalne miazmaty nie zatruwały nazistowskiej duszy. System wartości młodych Niemek i Niemców miał być jasny, prosty i nie pozostawiać miejsca na wątpliwości. Jego uformowaniem zajmowali się wykwalifikowani propagandyści, dla niepoznaki zwani nauczycielami, wspomagani przez podręczniki, poradniki i kwestionariusze, gdzie na setkach stron pedantycznie spisano przydatne w procesie wynaturzania dziecięcej i młodzieżowej osobowości techniki manipulacji, sączenia jadu, morderczej pogardy dla myślących inaczej, edukacji dla śmierci, bo taki jest przecież tytuł oryginału: "Education for Death", świetnie oddający kondensację grozy jakiej autor doświadczał, gdy reporterskim szkiełkiem i okiem na owo studium dydaktycznego wynaturzenia spoglądał. Polskie tłumaczenie tytułu nie do końca tę trwogę oddaje, rozwadniając uniwersalizm przesłania.

Nazistowskie państwo indoktrynowało dzieci i młodzież praktycznie przez całą dobę, z wyłączeniem ledwie kilku godzin na sen. W ramach organizacji dziecięcych i młodzieżowych nawet czas wolny i wieczory były zajęte, a wszelkie zajęcia zideologizowane. Oto kilka przykładów skrzętnie zapisanych przez Ziemera. Podsumowanie wycieczki przyrodniczej przez nauczyciela biologii: „I wszędzie, gdzie spojrzeliście, widzieliście, jak natura stosuje Fuehrerprinzip, zasadę przywództwa. Jednej rzeczy za to nie widzieliście, to jest zasady demokracji." Po słowach nauczyciela klasa ryknęła śmiechem, jak na komendę. Demokracja jest zresztą zawsze i wszędzie wrogiem kardynalnym. Kolejny belfer, wyraźnie podekscytowany obecnością obywatela USA, wygłosił przeciw temu krajowi istną diatrybę, odsądzając jego instytucje od czci i wiary. Na koniec zadał uczniom pytanie: „Czym jest demokracja?" Odpowiedzi z pewnością dały propagandyście satysfakcję z modelowo dokonanej ideologicznej manipulacji. „Demokracja to forma rządów, w której ludzie marnują dużo czasu". „Demokracja to rządy bogatych Żydów". Była jeszcze nauczycielka prowadząca krótki, ale jakże skuteczny kurs dehumanizacji, stygmatyzacji i nienawiści w żeńskiej szkole. „Polacy! Polacy! Czesi! Francuzi! Die Englaender! Wszyscy są równie wstrętni. (...) Należy ich wszystkich zmieść z powierzchni ziemi. Bestie. Tym dokładnie są. Zwierzętami!"

Nie zapominano o kulcie jednostki. Ziemer opisuje fanatyzm uczniów na zakończenie pieszej wycieczki, gdy wykorzystując melodię Fredericus Rex, pruskiego marsza bojowego z czasów Fryderyka Wielkiego, śpiewali: „ Adolf Hitler jest naszym zbawcą, naszym bohaterem. Jest najszlachetniejszą istotą na całym świecie. Dla Hitlera żyjemy, Dla Hitlera umieramy. Nasz Hitler jest naszym panem, który rządzi nowym wspaniałym światem. Jestem gotów umrzeć za Hitlera, zbawcę, Fuehrera!" Hitler był obiektem autentycznego, boskiego kultu odnowiciela i jednoczyciela narodu. Autor przytacza obraz dziewczynki, która na kolanach modliła się do wodza jak "do człowieka, którego uważa za zbawcę Niemiec". Jej opiekunka kpiąco skonstatowała niedające się tym razem ukryć zdziwienie, jeśli nie zaszokowanie Ziemera - "Chyba pan nie myślał, że modli się do starotestamentowego Boga?". Tak właśnie edukowano dla śmierci, w Pimpf (chłopcy od 6 do 10 roku życia), Jungvolku (chłopcy od 10 do 14 roku życia), Hitlerjugend (chłopcy powyżej 14 roku życia), w Jungmaedel (dziewczynki poniżej 14 roku życia), w Bund Deutscher Maedel (dziewczynki powyżej 14 roku życia), w Nationalsozialisticher Deutscher Studentenbund (studenci) i w innych organizacjach. Nazistowskie idee płynęły z żelazną konsekwencją do każdego młodego, chłonnego umysłu, na każdym etapie intelektualnego rozwoju.

Stereotypowość, dychotomiczna, manichejska wręcz wizja świata oraz nieznosząca krytyki i sprzeciwu pewność o wyższości własnych racji towarzyszyły niemieckiej młodzieży przez cały proces edukacyjny, niezmiennie aż do ukończenia studiów, które od 1934 roku były karykaturą uniwersyteckich ideałów, pozostającą w rażącej sprzeczności z wieloletnimi, humanistycznymi tradycjami uczelni w Heidelbergu, Berlinie i innych, równie niegdyś znakomitych ośrodkach. Obowiązki organizacyjne i partyjne usprawiedliwiały nieobecności na zajęciach, zapewniały specjalne traktowanie, tłumacząc nieuctwo karykaturalnie pojętym duchem czasu. Trudno było w bardziej jaskrawy sposób podkreślać prymat ideologii nad wiedzą, bo przecież trzeba wykształcić miernych, ale wiernych. Biernych wtedy, gdy partia każe, czynnych, gdy da rozkaz. Na studiach doceniano tylko praktyczny aspekt edukacji, przez co humanistyka, a szczególnie filozofia, były marginalizowane i stygmatyzowane jako niegodne młodzieży nowych Niemiec. Zacytujmy reichsjugendfuehrera Baldura von Schiracha przemawiającego do studentów. "Nie marnujcie czasu na abstrakcyjne tematy jak filozofia i metafizyka. Nowe Niemcy to kraj działania. Inne państwa wciąż śpią." Jako przykład takiego działania Ziemer przytacza opis rytualnego palenia książek w grupie studentów, na górskiej wycieczce. Ceremonię inicjuje mantra - "Aby dowieść jak pogardzamy wszelkimi kultami świata z wyjątkiem ideologii Hitlera, zamkniemy ten semestr rytuałem, który uświadomi nam wszystkim, że ogień i zniszczenie będą końcem wszystkich, którzy nie myślą tak jak my". Szturmowiec wrzuca do ogniska kolejno: Talmud, Koran, dzieła Szekspira, kopię traktatu wersalskiego, biografię Stalina, a na końcu Biblię. Hitlerowski salut i uroczyste odśpiewanie Horst Wessel Lied konkludują wieczór. Ten obraz wystarczył autorowi, aby zamknąć notatki o edukacji dla śmierci. Zyskał kompletny obraz degeneracji niemieckiego szkolnictwa końca lat 30.

W trakcie lektury najbardziej wstrząsnął mną opis sfanatyzowanego dziecka, walczącego z zapaleniem płuc, nabytym w trakcie kilkudniowego marszu w deszczu ze swoim oddziałem HJ, bredzącego w malignie – „Muszę umrzeć za Hitlera!" Doktor leczący chłopca, patrząc z przerażeniem na Amerykanina szepnął - "Co to za dziwna ideologia, że może wypaczyć nawet instynkty"... „Śmierć jest zasadniczą cechą narodu niemieckiego (...) {który} zakochał się w swojej śmierci. (...) Jest to jedyna sytuacja, w której Niemcy czują się w pełni Niemcami: podziwiają śmierć i bezinteresownie jej pożądają, wraz z oczekiwaniem pełnego poświęcenia się. (...) Francuzi czy Anglicy dążą do zwycięstwa, Niemcy natomiast zawsze dążą jedynie do śmierci." To nie jest kolejny cytat z Ziemera, to gorzka, ale jakże prawdziwa konstatacja Hermana Keyserlinga, berlińskiego dziennikarza i pacyfisty z międzywojnia, uwypuklająca co w ciągu ledwie 6 lat nazistowska edukacja zrobiła z niemiecką młodzieżą, gotową na bezgraniczne i bezrefleksyjne poświęcenie swojego życie Hitlerowi i jego wizjom. "Dajcie mi cztery lata, a nie poznacie Niemiec" - tak obiecywał przyszły kanclerz w trakcie kampanii wyborczej 1933 r. Trzeba mu oddać, że dotrzymał słowa... Niemiecka młodzież w 1939 roku, jak podkreśla autor, jest totalitarna w czynach i w myślach. Jest arogancka, fanatyczna i nie toleruje sprzeciwu. Kwestionuje każdą słabość. Jest jednak żarliwa w swoim uwielbieniu zła, budowie swojego ducha. Autor, z pewną obawą konstatuje, że trzeba im przeciwstawić równie silną żarliwość w obronie dobra i ducha demokracji. To jest zasadnicza myśl książki, jej główne przesłanie. Nigdy nie lekceważmy fanatyków, nie bójmy się własnego zaangażowania, entuzjazmu, ideałów w słusznej sprawie. Trzeba dawać świadectwo, bo wszelkie emigracje wewnętrze, lenistwo ducha prowadzą do takich skutków, które Ziemer opisuje. Przecież, jak podkreśla: „Nasza demokracja, nasze dziedzictwo wolności warte są odrobiny entuzjazmu. Nie musimy się wstydzić, kiedy prosimy młodzież, by oddała najwyższą cześć amerykańskim ideałom i amerykańskiej wolności. (...) Czasami obawiam się, że nasza młodzież nigdy nie pozna prawdziwego dreszczu emocji na widok amerykańskiej flagi, dopóki nie zazna życia w dyktaturze." Nic dodać, nic ująć, trzeba tylko "amerykańskie" zamienić na inny przymiotnik, w zależności od współczesnego kontekstu.

Po tej wstrząsającej lekturze człowiek zadaje sobie pytanie, jak to możliwe, aby zło w tak modelowej postaci zyskało łatwy dostęp do młodych ludzkich serc, bo przecież jeśli historia czegoś uczy na pewno, to przede wszystkim tego, iż lubi się powtarzać, niestety niekoniecznie w postaci farsy. Jak to możliwe, aby szkoły stały się kolebkami pogardy, prezentowały jednostronną, prostacką wizję świata, w którym wszystko jest skatalogowane w ponurej dychotomii, a na trudne pytania udzielono łatwych odpowiedzi. Obawiam się, że przyczyna jest ponadczasowa i nienapawająca optymizmem. Jakże atrakcyjne jest bowiem zamykanie złożonej rzeczywistości w gorset stereotypów i resentymentów, ubranych w kostium prawdy objawionej, jakże miło jest odkryć, że tak wielu myśli tak samo jak my, poczuć moc tłumnej duszy, a że taka mrocznieje proporcjonalnie do liczby wyznawców? Cóż, to widzi się dopiero post factum, zdając sobie poniewczasie sprawę z ukąszenia dialektycznego, aby po raz wtóry nawiązać do Noblisty. To jest zresztą dane nielicznym. Wierzę, więc myślę? Oto jest pytanie... Bardzo nie lubimy mieć wątpliwości, kultura masowa postrzega je jako słabość, a któż chce być postrzegany jako słaby? Wolność wymaga pokory, a ta cecha gatunkowa pozostaje u homo sapiens w chronicznym deficycie, z kolei fanatyzm karmi się pogardą, a tej jakoś nie chce zabraknąć.

To nie szkoła ma formować człowieka, to młody człowiek powinien formować siebie w szkole, mając wsparcie w empatycznych, obiektywnych, rozumnych i oświeconych nauczycielach, których zadaniem ma być wpojenie młodzieży paradygmatu wolnościowego, rozumianego w najbardziej uczciwy sposób, poprzez naukę fundamentalnej zasady - Twoja wolność kończy się tam, gdzie ogranicza wolność innego człowieka. Takich mentorów i mistrzów tam trzeba. Szkoła ma uczyć harmonizowania relacji jednostki i wspólnoty, zasad tolerancji, zamiast pragmatyki prymitywnej ideologizacji i prozelityzmu. To odwieczne memento, zawsze bowiem znajdzie się ktoś chętny do brutalnego meblowania młodych dusz, wykańczania ich pod klucz, znajdujący się oczywiście w kieszeni fanatyków. Zawsze ktoś zgłosi akces na nadzorcę wdrażania do jedynie słusznych idei, ugruntowania młodzieży do cnót niewieścich, męskich, czy też opatrzonych innymi przymiotnikami. Bohaterowie wstrząsającego reportażu Ziemera często śpiewali die Fahne Hoch, chorągiew wznieś, refren z Horst-Wessel-Lied, pieśni nazistowskich szturmowców. Nie ma niczego złego w tym, żeby nad szkołami powiewały sztandary. Ważne, aby nie były to symbole ideologii, wszystkie w takim samym kolorze, i bez znaczenia, czy jest to kolor czerwony, brunatny, czarny, czy też flaga jest wielobarwna. Jeśli tak się stanie, te fundamentalne dla społeczeństwa instytucje zaczną, początkowo może i nie do końca świadomie, uprawiać pedagogikę pogardy, a potem, w konsekwencji klęski idei, której tak gorliwie służyły oraz w ramach potrzeby wyparcia tyleż oczywistych co niewygodnych prawd, pedagogikę bezwstydu.

Gregor Ziemer, człowiek o wybitnej przenikliwości umysłu, pozostawił nam spisaną z benedyktyńską starannością, przerażającą relację całkowitej atrofii humanistycznych ideałów w szkolnictwie, degenerującym się do roli pasa transmisyjnego partyjnych zaleceń. Był naocznym świadkiem dojrzewającej zbrodni przeciw ludzkości. Ta książka to lektura obowiązkowa każdego humanisty, demokraty, każdego człowieka, który chce brzmieć dumnie. Niełatwo po niej zaprzeczyć historiozoficznemu pesymizmowi. Ten reportaż to dzieło życia, napisane w jego obronie, krzycząca przestroga przed tym, do czego może doprowadzić ideologizacja edukacji, wstęp lub konsekwencja zniewolenia narodów. Na początku procesu sprawy wyglądają zwodniczo niewinnie, niestety walec historii potrafi się rozpędzać niewiarygodnie szybko.

Śpieszmy się zatem, gdy widzimy jak fanatyczny dżinn uwalnia się z butelki, choćby lejdejskiej, inaczej, o wiele prędzej, niż nasza niedoskonała wyobraźnia nam podpowiada, staniemy w obliczu słynnego dylematu Martina Niemoellera:
„Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować..."
Gregor Ziemer, Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji, Kraków 2021, Wyd. Znak Litera Nova

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
13 listopada 2021

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia