Pegaz podnosi skrzydła

"Hymn narodowy" - reż. Przemysław Wojcieszek - Teatr im. H. Modrzejewskiej w Legnicy

Kilkanaście lat temu legnicki teatr stał się kardiostymulatorem polskich scen. Chodziłem jak we mgle na spektakle takie jak „Made in Poland", „Szaweł", „Deszcze". Listy św. Pawła, trąby z teatralnej sztolni Kopki, nadpsuta sala na Piekarach, krzyk Profesorowej Markiewicz. Od tego się nie ucieknie. Podobnie jak od wieczorów w Caffe Modjeska. Oddychałem czymś, co odwracało moje myślenie o dramacie, aktorstwie i mieście. W pamięci zostały: „Hamlet. książę Danii", „Ballada o Zakaczawiu", „III Furie", „Orkiestra". Spacer po Legnicy stawał się drogą poprzez aurę opowieści snutych przez Jacka Głomba i jego współpracowników.

Po kilku latach wracam do „Modrzejewskiej" na „Hymn narodowy". Wracam po to, by przypomnieć sobie miasto, atmosferę i zrozumieć. „Hymn narodowy" nie wejdzie do kanonu ekstraklasy teatralnej, którą współtworzy legnicki ośrodek. Jest to jednak wypowiedź odosobniona w zbiorowym strachu, jaki roztoczył się w świecie sztuki. Strach ma postać milczącego Pegaza. Naszym zadaniem będzie więc teraz mówienie, pisanie, utrwalanie.

Przemysław Wojcieszek kontynuuje swoją autorską ścieżkę razem z Teatrem Modrzejewskiej. Po „Made in Poland" i „Osobistym Jezusie" sięgnął po jeden z najciekawszych tekstów, jaki napisało życie. Polskie życie. Tekst nosi tytuł Polska 2015. Podtytuły możemy dodawać sami. Strach. Panika. Niemoc. Dyktat. Słowa wpadające w przesadnię, ale próbujące wyrazić hiperbolę zmian, jakie zaszły w kraju na przełomie kilku miesięcy. Główny bohater, Zbyszek, bohater strajków z lat 70. i 80. spotyka się w opuszczonym magazynie z Alicją młodszą o 30 lat. Próbując uciec przed nacierającą współczesnością, ukrywa się w kasetonach ze styropianu. Wszystko trzeszczy, rwą się włókna białego, nadprutego kraju. Nadciąga nowa Polska. Polska, która domaga się od Zbyszka opowiedzenia się po właściwej stronie. Przychodzą przedstawiciele nowej władzy, ale i opozycjoniści. Jedni i drudzy błądzą w poszukiwaniu pomysłu na „zaadoptowanie" Zbyszka. A przecież Zbyszek to ta Polska zapomniana. Ta, która nie wybrała po 1989 roku drogi do parlamentu. Została w magazynach, gdzie przez styropianową dziurkę oglądała szarże kapitalizmu i przecieki czerwonej breji. Zbyszek, ten „drugi po Wałęsie", chce ułożyć sobie życie z młodszą dziewczyną. Ale nie może. Przychodzą, dopominają się. Mówią o ekonomicznych skutkach „500 plus", odwecie za minione krzywdy, nawołują do legalizacji nowego patriotyzmu. Spod mułu, z kraterów, z piwnic wyłażą zmory nowego porządku. Nowego-starego, schowanego, przyczajonego. Wychodzą Antoni M., Jarosław K., Krystyna P., Andrzej D. Wychodzi „podziemna Polska, która wiecznie schodzi do podziemi" (jak u Klaty w „Nietotach"). Na tym tle Zbyszek staje się bezwiednym instrumentem. Kończy się iluzoryczne, obyczajowe trwanie a zaczyna gra narodowa. O wszystko. Do ostatniej krwi. I ostatniego zamachu.

Wszystko w spektaklu Wojcieszka skądś wraca. Reżyser pokazuje, że nic, co wpływa obecnie na nas nie jest nowe. Stąd te podziemia, szczeliny, niepewne korytarze, gdzie czają się obłędne postaci „Hymnu". Mimo potrzeby dwuznaczności widz i w tym publicystycznym kotle znajduje swoje przestrzenie i pytania. I jest mu wstyd. Zespół Modrzejewskiej nie szczędzi tu nikomu. Dostaje się po łapach leniwej opozycji. Obrywa się i widzom, którzy muszą przytulić Jarosława K. (przecież to też człowiek). Śmiech wynikły z kabaretowej momentami zgrywy też ma swoje granice. Przeradza się w strach. Przecież zaraz wszyscy wyjdziemy z teatru, a problem nie zniknie. Wypełznie na każdej ulicy tego kraju. „Jesteście w ciemnej dupie" – to jedna z ostatnich konkluzji.

Rewelacyjny Paweł Palcat, energetyczny jeszcze bardziej niż w „Roxxy2Hot". Pasja przechodząca w ponurość i zgorzknienie. Wszystkie barwy na twarzy jednego aktora. Zrozumieć Polskę to znaczy walczyć w obrębie siebie. Bez pauzy na oddech, w masce narodowego onanizmu. Taki jest Palcat, który posługując się kodem zatęchłej modlitwy, uruchamia swój antagonistyczny teatr („Bóg ojciec, Bóg / Matka Boska, Bóg"). Barwny jak zawsze Wolak, z wieńcem w ręku tłumaczący, na czym polega „dobra zmiana" i Ewa Galusińska, w kombinezonie-masce, magnetyczna i magnetyzująca, jak zawsze -nieuchwytna. Rafał Cieluch, narkotyczny niezmiennie, aktor w którego spojrzeniu czai się otchłań, niczym u Gary'ego Oldmana. Razi miejscami postać odtwarzana przez Małgorzatę Urbańską, której monologi stają się wręcz monotonne, jakby napisane jednym niekończącym się wykrzyknieniem. Zawodzi Emilia Piech, współtwórczyni tekstu. Nieumiejętnie przeszkadza interesującemu, prawdziwemu Bogdanowi Grzeszczakowi. Wątek główny się rozpada, nie jest podbudowany wiążącą sekwencją zdarzeń. Mocne wątki drugoplanowe burzą układ centralny. Ma to i swoje uzasadnienie. Z podziemi wychodzą prawdziwi aktorzy nowego porządku. To oni będą przecież pociągać za sznurki, zakręcać kurki, czytać nocne maile, filtrować poranne wiadomości. Nie muszą się już czaić w piwnicznych tłumach, związkowych gwarach. Teraz będą wyrokować, mają swój prime time, który dopiero się rozpędza. Muzyka Filipa Zawady, pulsuje pod spodem, jakby wyłaniała się z krypty, nie drażni przesadną decybelizacją i tak już przegrzanego, polskiego mechanizmu A.D. 2015.

Wychodzę z Modrzejewskiej jak ze snu, który się nie kończy. Przywiodła mnie tu sytuacja nowego kraju, który chce mnie wrzucić do podziemia. Pozostaje myśl, że ta psychoza urodzi, podobnie jak to miało miejsce w pamiętnej przeszłości, nowy, artystyczny porządek. Mówienie przez skrzypiące szafy, dziurki od klucza, kratki wentylacyjne. Być może to mówienie, które przychodziło dotychczas tak łatwo, będzie mówieniem oczekiwanym, szukanym, odgrzebywanym wciąż na nowo. A teatr stanie się miejscem stymulacji, kuracją tlenową. Narodzi się nowy Pegaz (nie mylić z tym reanimowanym) na miarę nowego czasu. Teraz wiem, że pora tu wracać: na Scenę Gadzińskiego, na Nowy Świat. A myślami na Piekary, których już nie ma, a odżywają jakby na nowo (a myślę, że wrócą realnie). Pegaz podnosi skrzydła, ciężkie od rozoranej ziemi. Przetacza się nisko nad Legnicą. Tak nisko, by przeżyć.

Janusz Łastowiecki
Dziennik Teatralny Legnica
7 maja 2016

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia