Peleton donikąd

"Dżuma" - reż. Paweł Świątek - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Pomysł kupuję, choć mnie nie powala. Jakiś taki trochę gimnazjalny jest, ale niech będzie. Mateusz Pakuła, autor scenariusza i dramaturg, przeniósł "Dżumę" Alberta Camusa z Oranu do Pjongjangu

Odizolowanej od świata stolicy Korei Północnej, z której wydostać się nie może choćby skrawek informacji. Chyba, że ściśle kontrolowany. Dobra, to też łykam. Współczesną dżumą są informacje (niesprawdzone, zniekształcone, mające dostarczać dużo emocji), ogniskami chorobowymi - media, a szczurami dziennikarze. Okej, nadal jestem na tak. Powiedzmy, że można z tego zrobić interesujący spektakl. Pawłowi Świątkowi to się jednak nie udaje.

Na scenie mamy efektowną scenografię Marcina Chlandy - kubikowa przestrzeń, klatko-basen, jaskrawe zielono-niebieskie światło. Z otworu na środku wypływa zielonkawa, w mojej wyobraźni także cuchnąca, ciecz. Rozlewa się powoli pokrywając coraz większą powierzchnię. W końcu dopływa do sześciu stacjonarnych rowerów treningowych, na których siedzą i pedałują aktorzy. Pedałują zawzięcie, od pierwszej sekundy, nie zatrzymują się nawet na chwilę. Czasami tylko zwalniają, siorbną trochę wody z butelki i dalej - jazda!

Ubrani są w jednakowe uniformy, szare marynarki, jak w korpoświecie. Bo dziennikarze to dzisiaj po prostu pracownicy medialnych korporacji, których głównym zadaniem jest zarabianie kasy, a nie rzetelne informowanie i tłumaczenie - widzom, czytelnikom czy słuchaczom - świata. Trudno ich też rozróżnić, wyglądają tak samo i mówią to samo. Mają też kalosze. Po co? Żeby przypadkiem nie wdepnąć we wspomnianą zieloną kałużę, nie zamoczyć schludnych kubraczków, które pewnie tanie nie były. Patrząc na nich, przypomniałem sobie dziennikarza CNN Andersona Coopera, który relacjonował z Nowego Orleanu przebieg huraganu Katrina w garniturze Prady.

Aleksanda Cwen, Grażyna Rogowska, Judyta Paradzińska, Arleta Los-Pławszewska, Maciej Namysło i Mirosław Bednarek też zdają nam relację. Opowiadają o szczurach na ulicach, próbach ich wybicia, początku zarazy, szalejącej epidemii i w końcu zamknięciu miasta. Nie robi to jednak na nikim wielkiego wrażenia, bo takie beznamiętne relacje docierają do nas z mediów nieustannie. Tu wojna, tam trzęsienie ziemi, tu jakaś epidemia. Proza życia. Ale oto jest! Jest historia znakomita! Kochamy takie historie! Dzienikarze się nagle ożywiają, zaczynają pedałować szybciej (trwa walka o njusa, kto pierwszy ten lepszy), nakładają słuchawki, jak sportowi komentatorzy na stadionie piłkarskim, i zaczynają pełną emocji relację na żywo. O czym nam donoszą? O umierającym dziecku. Takie historie lubimy najbardziej. Lubimy usiąść wygodnie przez telewizorem i pooglądać, jak biedne dzieci umierają gdzieś daleko na jakąś straszną chorobę. Wtedy plazmy we wszystkich polskich domach zalane są łzami. Relacja jest jednak krótka, dziecko szybko umiera. Human story się skończyła. Można zdjąć słuchawki, pedałować wolniej i czekać na kolejny kąsek.

Wszystko, o czym napisałem, brzmi jednak lepiej, kiedy się o tym czyta. Bo sam spektakl, mimo, że trwa niepełną godzinę, jest nużący i średnio interesujący. Aktorzy grają na pół gwizdka, a na scenie, w gruncie rzeczy, dzieje się niewiele. Poza, oczywiście, nieustannym pedałowieniem, ale to jest jednak za mało.

Mike Urbaniak
www.panodkultury.wordpress.com
24 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia