Piątek na Festiwalu w Koszalinie

3. Koszalińskie Konfrontacje Młodych "m-teatr"

Piątek, 15 czerwca był ostatnim dzień warsztatów teatralnych i spektakli festiwalowych na Festiwalu m-teatr. Minął też termin głosowania publiczności na najlepszy spektakl, aktora i aktorkę festiwalu

Różnica między poziomem artystycznym dwóch ostatnich spektakli festiwalowych była bardzo duża. „Książę Niezłom” Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie pozostał niezrozumiały dla wielu starszych widzów, jednak dla młodzieży był drapieżnym pamfletem na otaczającą ich rzeczywistość. Za to „Zima w czerwieni” Grupy Verte z Warszawy, spektakl zamykający festiwalowe zmagania, przypominał raczej przedstawienie amatorskie niż zawodowe.

„Księcia Niezłoma” w reżyserii Julii Pawłowskiej opartego na sztuce Mateusza Pakuły o tym samym tytule otwiera wywiad telewizyjny ze starszym mężczyzną opowiadającym o latach swojej młodości, które przypadły na wczesny PRL. Monolog (przepisana wypowiedź prawdziwego dziadka Pakuły) o brawurowych, heroicznych próbach oporu kończących się pobytem w więzieniu jest prologiem do historii Przemka, tytułowego „Księcia Niezłoma”. Końcowe słowa dziennikarki: „Mówił Pan o sobie, że czas umierać, a przecież ma Pan dzieci, wnuki…” przenoszą nas do salonu, gdzie (jak w wielu polskich domach) główną rolę odgrywa telewizor. Mąż i żona nie potrafią ze sobą rozmawiać, za to swoje problemy wyładowują za pomocą kija na przechowywanych w piwnicy od wojny Żydach. „Babodziady” są prawdopodobnie jedynym spoiwem łączącym tę parę. Ich syn, gamer Złom (Marcin Kiszluk) żyje w wirtualnym świecie gier jako "Kowal.pl Świetlisty Paladyn", tam też zakochuje się w kolczastej elficy. Tworzy ułomny, ale funkcjonujący związek, po czym przeżywa zerwanie, które dziewczyna kwituje słowem „lol”. Przemka (imponujący Grzegorz Sowa) rzuca przeintelektualizowana dziewczyna, która potrzebuje „artysty życia”, nie informatyka. Aby pocieszyć swojego ulubieńca, rodzice dają mu kij, instruują, co robić z trzyosobową zabawką w piwnicy, po czym wracają do oglądania absurdalnego baletu o świętym życiu błogosławionego Jana Pawła II. Przemek, jednocześnie wyznając, że jest zupełnym tchórzem i boi się wszystkiego, oswobadza więźniów i daje im trzy rowery. „Babodziady” w dzikim pędzie zjeżdżają z górki, śpiewając piosenkę Brzechwy o trzech smuteczkach i chyba już nigdy się nie zatrzymają. Książę Niezłom rozwścieczonym, ale przede wszystkim zaskoczonym rodzicom, ofiarowuje siebie w zamian za Żydów. Jego bratu, dysfunkcyjnemu dresiarzowi Łomowi (świetna rola Grzegorza Gromka) brakuje atencji rodziców i widząc, że urzeczywistnia potrzeby rodziców, wielokrotnie kopie Przemka w brzuch, po czym przywiązuje łańcuchem. Potem wszystko leci jak „babodziady” z górki. Rodzice jadą na pielgrzymkę, Złom po wirtualnym zawodzie miłosnym popełnia samobójstwo, Łom rozsadza dom własnoręcznie spreparowaną bombą, a Przemek w akcie bliskim erotycznemu (porównywanemu do monologu Cieślaka z „Księcia Niezłomnego”) modli się „do najbardziej ludzkiej części Boga”, po czym dusi się i umiera.

Przemek jest godnym następcą dziadka, którego znamy z wywiadu, romantykiem i idealistą. Tacy we współczesnym świecie nie mają prawa bytu, są wyśmiewani, w końcu czyny heroiczne są zupełnie nieekonomiczne. Jednak widzom ciężko jest drwić z Przemka, choć szydzą z romantyków na co dzień, bo widzą, że w świecie tego bohatera, pełnym dewocji, agresji, kiczu i przeintelektualizowania, uwolnienie Żydów nie było tylko obroną uciśnionych, ale też ostatnim sposobem na nadanie życiu jakiegokolwiek sensu. Choć przepełniony pesymizmem, spektakl daje nadzieję, że potrzeba szlachetności i niezłomności przetrwa w ludzkiej cywilizacji, a romantyzm to nieodłączna, choć rzadko ujawniająca się cecha ludzkiego gatunku.

Didaskalia czyta dziecko, co czyni całą sztukę bardzo psychodeliczną. Czy to głos niewinnej podświadomości Przemka? Wszelkie brutalne sceny opisuje z przejęciem, ale bez zrozumienia. Ciekawe jest też podkreślenie imion trójki braci. Łom lubi swoje imię, Złom chce od niego uciec, gra w gry, bo tam można nadać sobie własną nazwę, jedynie Przemek nie jest naznaczony tak dziwnym dziedzictwem, nie musi wypełniać swojego życia żałosną treścią swojego imienia.

Widzowie, wiedząc, że Adam Rapp sztukę „Zima w czerwieni” otrzymał nominację do Nagrody Pulitzera, spodziewali się o wiele więcej po realizacji tego dramatu przez Fundację Rozwoju Teatru - Nowa Fala. Zawiedli zarówno reżyserka Karolina Kirsz, jak i aktorzy. To pełen patosu spektakl o nieodwzajemnionej miłości. Pisarz Matt zakochuje się w prostytutce Christinie, która zakochuje się w jego najlepszym przyjacielu Davisie, ten natomiast jest zaręczony z dawną ukochaną pisarza. Zakończenie historii nie jest szczęśliwe. 

Jeżeli Adam Rapp zawarł coś wartościowego w dialogach, to zginęło to pod drewnianą grą aktorów. U Konrada Bugaja grającego Davisa można było zaobserwować rzadkie zjawisko przesadnej dykcji, która czyniła jego nieszczerą grę jeszcze bardziej nienaturalną. Katarzyna Czapla irytowała jako niespełniona aktorka i zrozpaczona prostytutka. Jedyną osobą, która czyniła spektakl znośnym do oglądania był obdarzony intrygującym głosem Piotr Tołoczko kreujący postać Matta. Umiał poruszyć widzów monologiem wygłoszonym do ukochanej, gdy przepełniony był pewnością, że mówi do niej na próżno i że łudzi się wzajemnością.

Anna Dawid
Dziennik Teatralny Koszalin
19 czerwca 2012

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...