Pięćdziesiąt przykazań

"Bachantki" - reż. Maja Kleczewska - Teatr Powszechny w Warszawie

Teatr Powszechny powinien się zarejestrować jako związek wyznaniowy - jako Kościół Powszechny! Bo nie robi przedstawień, tylko nabożeństwa, i nie ma widzów, tylko ma wyznawców.

W Teatrze Powszechnym nie da się być zwykłym widzem; czy chcesz, czy bardzo chcesz, będziesz followersem - lub będziesz niewiernym. Albo jesteś z nimi, albo co tu robisz? (Reguła się stosuje też do reżyserów i z tego powodu reżyser Jan Klata nie dostąpił zaszczytu pracowania z tym zespołem. Miał proponowane, ale aktorzy kręcili nosami i propo cofnięto). W Teatrze Powszechnym sami nie są (słusznie) pewni, czy się jeszcze mieszczą w kategorii "teatr". W logo mają to słowo w poprzek przekreślone. Mogą zrobić jak kolega z bogatszej dzielnicy, bo skoro Studio jest teraz "teatrgalerią", Powszechny mógłby się przyznać do bycia "teatrkaplicą" lub "teatrświetlicą".

Z tym "Kościołem" to by było nie od rzeczy, szczere by to było i samokrytyczne. Powszechny osiąga za Łysaka taki lewel słuszności oraz misyjności, że aura kościoła, żeby nie rzec: kościółkowość, sama się wytrąca jak osad w elektrolizie. Jadą ex cathedra dosłownie, fizycznie, por. pulpity w spektaklu "Bachantki". Po Kościele katolickim, to znaczy powszechnym, praski teatr dziedziczy ważną cechę charakteru: wielką hipokryzję. Też robią innym kazania, których sami aktywnie nie wcielają w życie. Tak walczą z seksizmem, jak Kościół z chciwością: ooo, jak walczą! W ramach równouprawniania kobiet z facetami wypraszają facetów pod koniec spektaklu. To ważny moment, warto się pochylić.

Oczywiście jest możliwe, że seksizm wobec facetów to nie żaden seksizm, tylko sprawiedliwość. Wielu tak myśli, w tym wielu facetów. Inna możliwość, że wypad z teatru jest tylko ironią, metawypadem, chociaż wyjść musisz naprawdę. Na zasadzie "posmakuj swego lekarstwa". Tylko co, jeżeli działa tu zasada "gwałt niech się gwałtem odciska"? Jeśli tak, to działa również inne powiedzenie: "kto mieczem wojuje". Może przeceniam całe wydarzenie i chodziło tylko, by podgrzać widownię. Część przedstawienia, której nie zobaczysz, na pewno jest dobra.

Gdyby wypraszali gejów, musiałby pójść sobie duży procent recenzentek teatralnych. Gdyby wypraszali panie, ooo, wolę nie myśleć. Jedno pytanie zostaje bez odpowiedzi, więc zadam je Państwu i twórcom spektaklu: czym hipsterski metaseksizm różni się od swojej zwykłej, pastewnej odmiany?

To jak z tą dyskryminacją - afirmujemy czy nie, bo już nie wiem? Kleczewska tępi seksizm, krzewi seksizm? Widz ma sam se odpowiedzieć? Jeśli sam, jestem na tak. Spektakl "Bachantki" dyskryminuje widzów ze względu na płeć, a robi to w słusznej sprawie. Chyba że źle zrozumiałem i tylko im wolno.

Najgorzej, gdy próbują grać Eurypidesa. Interpretacja tekstu, jako sztuka reakcyjna, jest tu dawno odpuszczona, więc stosują bejzik: weź to wyszeptaj albo weź to wykrzycz, wszystko na jednej intencji. Mikroporty, mikrofony, a przestrzeń malutka. Gdy grają Eurypidesa, jest płasko i nudno, wtedy wolę węże i być wypraszanym. Sprawę ratuje poniżanie kobiet, to znaczy postaci kobiet, które jest chyba metaponiżaniem, czyli jakby nie poniża, tylko ukazuje, jak są poniżane. Adresuję tę uwagę do Jacka Wakara, bo mogło mu umknąć, gdy zasypiał od połowy.

Teatr Powszechny imienia Hübnera bardzo się stara zasłużyć na swą opinię, ma w swych celach statutowych być królem osiedla. Nie może nie mówić o dyżurnych sprawach, o tych samych, co na Fejsie. Zawsze na żylecie spraw. Trochę obciągu, trochę aborcji, trochę tabletek służących aborcji, i nie tak po prostu, lecz wjeżdżają na robocie - taka pomysłoza.

Gwoździem programu, programu spektaklu, jest pięćdziesiąt punktów Joanny Krakowskiej. Skrótowo wyjaśnione, co robić, jak żyć. To, na co Perec zmarnował tysiąc stron, pięćset kartek w "Życiu: instrukcji obsługi", Krakowska załatwia stroniczką. Tylko Bóg się bardziej streścił, bo wystarczyło mu dziesięć, a nie, jak Krakowskiej, pięćdziesiąt przykazań.

Maja Kleczewska, erudytka-gąbka, lubi się zainspirować i zrobić na scenie, jak zrobił kto inny. Bo węże skąd wzięła? Wymyśliła sama, ale oprócz tego od Castellucciego, od którego często bierze różne inne rzeczy, por. "Parsifal" z La Monnaie. Nawet kolor się zgadza. A struny głosowe widziane przez wziernik? Por. Romeo Castellucci, "Juliusz Cezar". Zatem się nie bójcie: jeśliby się Wam nudziło, żywe węże Was obudzą.

Maciej Stroiński
Przekrój online
20 grudnia 2018
Portrety
Maja Kleczewska

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia