Piekło Desdemony albo co chcecie

"Otello" - reż. Paweł Szkotak - Teatr Polski w Poznaniu

Sensów w poznańskim "Otellu" trzeba szukać wytrwale i trochę na siłę. Nagroda czeka niewielka

Dokładnie pięć lat temu atmosferę sporów podgrzał nieco "Otello" Agnieszki Olsten z Teatru Narodowego. Choć miał zwolenników, nawet najzagorzalszym fanom dekonstrukcjonizmu nie chciało się bić o tezę, że z tekstu Stradfordczyka opłaca się wyrugować pierwszy akt. Bez niego dramat rozpędza się tylko pozornie. Wówczas Olsten przegrała, jednak dziś, kiedy tasuję w pamięci obrazy z tamtego przedstawienia, dociera do mnie, jak wiele da się uratować, tworząc chociaż frapujące odniesienia dzięki zgraniu kilku elementów: świetnie rozplanowanej przestrzeni dla zdarzeń i doświadczeniu aktorów. To zawsze jakaś ucieczka, oczywiście na kredyt.

Nie bez powodu przywołuję tamtą premierę. Obserwując, jak rozwija się poznański "Otello" Pawła Szkotaka, nabierałem przekonania, że logiczny wywód i tak niechybnie rozpryskuje się w przypadkowe odłamki, gdy tylko zaczyna podlegać zgranym do cna scenicznym schematom. Wtedy pytania zawsze trzeba zadawać oddzielnie, wspólny mianownik praktycznie nie istnieje. Ale przecież nikt nie śmiałby odbierać reżyserowi nęcącej przyjemności z wrzucenia intrygi w tajemniczą wojskową bazę (może to Cypr, a może Irak, w każdym razie genius loci jest nachalnie i naiwnie zaznaczany); to jeszcze grzech nie najcięższy, i giganci ostatnich lat (np. Grzegorz Jarzyna) upierali się, że tak trzeba, że Orient, że zderzenie cywilizacji. Co prawda Shakespeare pisze i o tym, jednak szukam u Szkotaka jakiejś skali, do której tak ustawioną jego inscenizację dałoby się mądrze przyłożyć i otrzymać sensowny kontekst. Nic z tego, od samego początku widać, że to skala przyjęta na pokaz, a ciekawszy dramat rozgrywa się gdzie indziej. Trochę obok nieśmiało toczy się historia kobiet, które w świecie męskim nie mają już czego szukać. Właściwie są tylko towarem wymiennym, dlatego pocieszenie muszą odnaleźć między sobą. Najlepsza sekwencja to ta, w której Desdemona (zupełnie oczywista, nieuczestnicząca Barbara Prokopowicz) i Emilia (przekonująco przynajmniej brzmiąca Barbara Krasińska), stulone w czerwieni zachodzącego słońca deklarują utracone nadzieje dotychczas pokładane w mężach. Skrywa się w tym dialogu homoerotyczny podtekst, jednak Szkotak ustawił relację pomiędzy Jagonem (intrygujący Michał Kaleta, grający zazdrość, lecz także obsesję budowania własnego porządku zdarzeń) a Emilią w ten sposób, że daje się to obronić.

Taka logika intymności stałaby się dla spektaklu mocnym fundamentem, na którym relacje można by budować dalej. Gdyby tak wyrzucić za kulisy koszmarną, marmurowo-szklaną scenografię Agnieszki Zawadowskiej, przysięgam, najgorszą, jaką dotychczas zaprojektowała, nie rozdrabniać sensów na niemiłosiernie wydłużone sceny, w których Szkotak wtłacza nam do głowy brud męskich koszarowych porachunków, wtedy "Otello" stałby się gorzkim oskarżeniem i przekonującym psychologicznym studium.

Nie mam wątpliwości, że i zespołowi Teatru Polskiego wyszłoby to na dobre, bo tym razem niemal wszyscy testu nie zaliczyli. Zbyt wiele tu wytracają energii, gubią się w pretensjonalnej przestrzeni, w której trudno decydować za siebie, a rangę obecności traktować serio. Piotr Borowski w roli tytułowej siłuje się z każdym wypowiadanym słowem, za wszelką cenę szukając klucza do autentyczności. Po trzech godzinach widać, że po prostu się wymęczył. Ale w ostatnich sekundach, siedząc przy ciele Desdemony, zdąży jeszcze wygłosić (robi to też kilka razy wcześniej) tajemnicze zdania w języku arabskim. Kłopot w tym, że przed wejściem na salę Polskiego nie rozdają arabsko-polskich słowniczków.

Przemysław Skrzydelski
Sieci
24 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia