Piekło pod maską konwenansu

"Panna Julie" - reż. Małgorzata Siuda - Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Cieszynie

31 maja na Scenie Polskiej miała miejsce premiera dramatu Augusta Strindberga "Panna Julie", który wyreżyserowała Małgorzata Siuda. W Teatrze Cieszyńskim zagościł więc dramat przynoszący ciężką jak chmury gradowe atmosferę i wiele gwałtownych wybuchów emocji.

Strindberg żyjący na przełomie XIX i XX był bardzo płodnym pisarzem. Wśród wielu jego dramatów, wierszy i opowiadań znajdują się także rozprawy historyczne, filozoficzne czy socjologiczne. O zainteresowaniu pisarza człowiekiem i jego zachowaniami świadczy fakt, że był dziennikarzem, a także próbował na własnej skórze aktorstwa.

"Panna Julie" jest jedną z najczęściej grywanych sztuk Strindberga. Tragiczna historia, na kanwie której pisarz oparł swój dramat, zdarzyła się naprawdę. Strindberg miał ją gdzieś zasłyszeć lub przeczytać o niej w gazecie. Podczas nocnej zabawy w noc świętojańską arystokratka panna Julie oddaje się własnemu lokajowi. Dodatkowo do zbliżenia postaci dochodzi przy śpiącym (lub nie) świadku - kucharce, która jest narzeczoną lokaja. Następstwa tego zajścia kończą się tragicznie.

Cechą charakterystyczną "Panny Julie" jest pogłębiony portret psychologicznych i fizycznych uwarunkowań postaci i chłodne przedstawienie relacji między nimi, bez morałów i sugerowania, której z postaci powinno się współczuć. Dzisiaj w ponad sto lat po powstaniu tego dramatu mezalians już nie bulwersuje tak jak kiedyś. Jednak autor utkał swój utwór z wielu problemów i kwestii, które nie utraciły na aktualności. Walka o poprawienie swojego statusu materialnego jest współcześnie tak samo aktualna, jak kiedyś. Podobnie uniwersalnie wybrzmiewa dziś głoszona przez bohaterkę potrzeba bycia kochaną. Pogłębia się także zepsucie i upadek człowieka - można wręcz uznać, że aktualnie dociera do nas znacznie więcej okropności poprzez formy masowego przekazu, których za życia Strindberga jeszcze nie było.

Lektura tego dramatu dostarcza jednoczesnego poirytowania i współczucia, zrozumienia i zanegowania, zaangażowania i wyparcia. W "Pannie Julie" trudno bowiem wskazać bohatera, są tam raczej antybohaterowie, którzy działają według złożonych motywów przynoszących czytelnikowi raczej zwątpienie niż pokrzepienie.

Na Scenie Polskiej Teatru Cieszyńskiego zagościł więc dramat przynoszący ciężką jak chmury gradowe atmosferę i wiele gwałtownych wybuchów emocji. Niewątpliwie "Panna Julie" jest sprawdzianem pomysłowości reżyserskiej i rzemiosła aktorskiego.

Reżyserka, Małgorzata Siuda decydując się na inscenizację, postawiła na uwypuklenie swoistej gry między trzema postaciami: panną Julie (Joanna Litwin), lokajem Jeanem (Tomasz Kłaptocz) a kucharką Krystyną (Małgorzata Pikus). Każda z postaci gra z narzuconą jej rolą społeczną: arystokratka, zachowując się ordynarnie i prostacko gra z konwenansem, lokaj - posiadłszy kobietę nie ze swoich sfer, zyskuje na jakiś czas nad nią przewagę, choć według konwenansów to on powinien być niżej, kucharka - pod maską niewinnej świątobliwości ukrywa podobną do Jeana nienawiść do państwa hrabiostwa i niepogodzenia się ze swoim statusem społecznym. Bohaterów uwiera pełniona rola społeczna i najchętniej pozbyliby się jej - nawet za wszelką cenę i bez skrupułów. Przypominają w tym więzionego w klatce ptaszka panienki Julie, który w jednej z ostatnich scen zostaje brutalnie zamordowany przez lokaja. Choć bohaterowie przybierają nobliwe i wystudiowane pozy, szarpiące nimi od środka emocje bardziej odpowiadają ekspresyjnemu tańcowi w wykonaniu Marcina Kalety, który otwiera i zamyka przedstawienie.

Za tą grą i cyniczną walką o to kto kogo pierwszy wykiwa, przebłyskuje (podobnie jak w dramacie Strindberga) prawdziwe pragnienie miłości. Można zaryzykować tezę, że każde z tej trójki rozbitków potrzebuje bycia kochanym, ale są tak unurzani w walce o władzę, że nie potrafią dać sobie na to szansy. Do tego stopnia są zafiksowani na nienawiści do siebie i swojego życia, że nie potrafią doprowadzić do jakiejkolwiek zmiany na lepsze. Ostatecznie romantyczna ucieczka arystokratki i lokaja spala na panewce, a odgrażająca się kucharka, wcześniej zapewniająca, że szybko opuści ten zepsuty dom, pokornie udaje się do kościoła. Lokaj mechanicznie biegnie wręczyć panu hrabiemu wypucowane buty, a panna Julie bierze w dłoń brzytwę...

"Panna Julie" Sceny Polskiej trzyma w napięciu mimo wielu statycznych i mówionych scen, a stworzone przez aktorów sceniczne postaci są przekonujące. Problemy wybrzmiewają aktualnie nie tylko za sprawą starań aktorów, ale też przemyślnie skonstruowanej warstwy muzycznej i scenograficznej. Choć aktorzy występują w strojach epokowych, to stanowiące centralną część scenografii blat kuchenny i krzesło (kuchnia jest jedynym miejscem akcji) są zdecydowanie współczesne. Podobnie współczesna jest muzyka płynąca nie tylko w tle akcji, ale także stanowiąca stłumione dźwięki świętojańskiej potańcówki przypominające dudnienie dzisiejszej dyskoteki. Gdzie są więc bohaterowie i w której epoce? To nie jest jednoznaczne. Natomiast wisi nad nimi najpierw ogromny księżyc (w formie wizualizacji multimedialnej) wyzwalający fale nieposkromionych pragnień, a potem rozżarzone słońce siejące spustoszenie. Może podniosą się z tego upadku, a może nie... Tu zakończenie dopowiada sobie sam widz.

Małgorzata Bryl-Sikorska
www.gazetacodzienna.pl
10 czerwca 2015

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...