Piekło według Draculi

"Dracula" - reż: A. Tyszkiewicz - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Przytłaczające granity, stoły, przypominające sarkofagi rozlokowane w bibliotece śmierci, dojmujący chłód i ON: hrabia Dracula. Najsłynniejszy wampir w dziejach świata, "syn" nocy i Brama Stokera, przemierzył wiele kilometrów, by opowiedzieć o piekle. O tym piekle, w którym żyjemy.

„Dziennik szaleństwa”, czyli opowieści poszczególnych osób o swoich przeżyciach związanych z wampirem otwiera Jonathan Harker (Krzysztof Piątkowski) – zwykły pracownik biura nieruchomości, który wysłany zostaje w delegację, by w dalekiej Transylwanii ubić interes z niejakim Draculą (w tej roli Krzysztof Bauman), właścicielem ogromnego i, jak się okazuje, tajemniczego zamku. Długa podróż, zmęczenie, zagadkowa postać hrabiego i dziwna aura, wypełniająca posiadłość wytrącają go ze zwykłego rytmu życia – rozpoczyna się dla niego nocne życie, niby nietoperza, którego przypadkowo znalazł w bibliotece. Hrabia wymógł na nim spędzenie miesiąca w zamku; czas ten zaważył na życiu jego i innych osób.

 Kolejne narracje opisują przybycie Draculi i wydarzenia, które za jego sprawą zaczynają zakłócać spokój angielskiej ziemi. Sama chwila dotarcia statku hrabiego opisywana jest niczym nadejście królestwa ciemności. Od tej chwili nie ma już odwrotu – zło będzie się szerzyć… Jego ofiarą pada Lucy (Karolina Kominek) – młoda trzpiotka, która po długim namyśle wybrała wreszcie narzeczonego spośród trzech kochających ją mężczyzn. Wprowadzona mocami Draculi – według doktora Vana Helsinga (Feliks Szajnert), który przybywa jej na ratunek – w stan hipnozy, regularnie pozbawiana krwi przez odwiedzającego ją pod osłoną wampira. Staje się cieniem dotąd beztroskiej Lucy, w jej żyłach zaczyna brakować życiodajnej substancji, pomimo przeprowadzenia transfuzji krwi. Jak żartuje potem ów Van Helsing, czterej mężczyźni (on i tych trzech, którzy ją ubóstwiali: doktor zakładu psychiatrycznego John Seward, Quincey Morris i narzeczony – Arthur Holmwood) walczący o jej życie, oddając jej swą krew stali się jej oblubieńcami (co ciekawe, krew niekiedy pojmowana jest jako ekwiwalent spermy). Nie udaje się jednak powstrzymać okropnej przemiany: niewinna dziewczyna zmienia się w wampirzycę, a gazety rozpisują się o zaginięciach dzieci. Odnajdywane były pod wpływem szoku i nie potrafiły wyjaśnić, co się z nimi działo, ani dlaczego zauważa się u nich skutki niedokrwistości i małe ranki na szyi. Mężczyźni organizują wyprawę do grobowca zmarłej Lucy. Dotychczas nie wierzący w zapewnienia Van Helsinga co do prawdziwej tożsamości hrabiego Draculi, na własne oczy przekonali się o nowym „życiu”, jakie prowadził trup dziewczyny, przecinając czerń nocy swą białą postacią w całunie. Chcąc je przerwać, Arthur, za radą profesora wbija kołek w serce ukochanej. Ciało z przeraźliwym krzykiem podrywa się w śmiertelnej (tym razem na pewno) konwulsji, po której następuje przerwa. Od tej chwili wydarzenia dzieją się przy niemal pustej scenie, a wykorzystywane są zapadnie. 

Ostateczne zwycięstwo ma zostać osiągnięte dzięki postaci Miny (Anna Cieślak), przyjaciółki Lucy. Ale tym razem dobro przegrywa: poślubiona Jonathanowi dziewczyna zostaje zmieniona w wampira, mało tego, kąsa swego męża i… wsiada z nim do pociągu. Dlaczego? Stoker odpowiada: „Bo umarli szybko jadą”…

Adaptacja przesycona jest pesymizmem: miłość nie potrafi zwyciężyć zła, którego szerzenia się nic nie potrafi powstrzymać. Anna Cieślak „odjeżdża” w stroju, przypominającym nieco kreację Kate Beckinsale w filmie o pogromcy wampirów, „Van Helsingu”. Pesymizm jest uzasadniony – zło triumfuje przecież tak często…

Pisarz Stephen King mówi, że Stoker uczynił Draculę uosobieniem perwersji seksualnych, zła w ogóle, które czai się w głębi człowieka, tamowane z różnym skutkiem. Wampir jest więc maską, kostiumem dla sadyzmu i sadomasochizmu. Spektaklu nie da się odczytać w ten sposób – wampiryzm jest, co prawda, złem samym w sobie. Zgodnie ze słowami hrabiego, jest efektem odwrócenia się od Boga, buntu przeciwko niemu, na jaki porwali się aniołowie z Lucyferem na czele. To symbolika przytaczana jest mimochodem, bo wynika sama z siebie: krew przedłużająca życie, element odradzający ciało; natomiast zamiana kobiety w wampira to uwolnienie zagłuszonego w niej zwierzęcego pierwiastka: nieugaszonego wyuzdania, rozbudzenia seksualnego, również pierwotnego zmysłu łowcy. To femme fatale w skrajnej postaci… Zupełne przeciwieństwo stereotypu kobiety, jako tej słabej płci. Lucy - lunatyczka, wprowadzona w stan hipnozy staje się łatwym obiektem dla wampira. Ta hipnoza to znamienna scena baletowa – kuszenie tańcem przez odzianego w pseudo-koronki mężczyznę, który w powieści jest przedstawiony jako wilk. W spektaklu zaś zachowuje się jak niesforny, demoniczny cień Draculi, będący jego narzędziem. 

Chce być nim również Renfield – poprzednik Jonathana, który po powrocie z Transylwanii ląduje w zakładzie psychiatrycznym. Jego kurację prowadzi doktor Seward, który obserwuje u niego dziwną manię krwi i zjadania małych stworzonek. Jego stan nasila się, punkt kulminacyjny następuje w momencie przybycia hrabiego do Anglii. Nazywa go swoim panem, szykuje się na spotkanie z nim; oczekując na go wśród nadciągającej mgły. Śpiewa song tęsknoty za wampirem, próbuje się upodobnić do własnego obsesyjnego wyobrażenia wyglądu Draculi: zakłada ciemną pelerynę z wysokim kołnierzem, nawet włosy stylizuje „a’la Dracula”. Wygląda jak rasowy wampir – ale ten z naszych wyobrażeń, bo hrabia w spektaklu ubrany jest nader dystyngowanie i jedynie niezwykły chłód w obejściu i bladość twarzy rzucają na niego pewne podejrzenia. Pożąda owej życiodajnej cieczy, pożąda nieśmiertelności, a potem kobiety – Heleny. Nieśmiertelnej, bo potępionej… Renfield w swym występie ośmiesza konwencję, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Tylko przestrzeń sceny, monumentalna, opustoszała, w połączeniu z oświetleniem pozostawia nastrój grozy, potęgowany przez muzykę. To elementy, których oczekujemy idąc, żeby „się pobać”. Niestety, Dracula to wampir tendencyjny, przed tym nie da się uciec. Nawet, jeżeli powieść niesie wiele możliwości interpretacji, pozwala na przesuwanie punktu ciężkości. W historii opowiedzianej przez Artura Tyszkiewicza widzimy rosnącą średnicę jądra ciemności; dosadne uzasadnienie szerzącego się wśród nas zła – wampiryzm to metafora, nie tylko symbol. Ogarniającej śmierci i dążenia do nieśmiertelności.

Na grobowcu słynnej styryjskiej hrabiny, Erzsébet Batory, która by żyć wiecznie kąpała się w ludzkiej krwi i spożywała ją, widnieje napis: „zmarły podróżuje szybko”; parafraza tego zdania została przez Stokera umieszczona w powieści. Skoro piekło jest TU… niedługo my też wsiądziemy do tego pociągu.

Maria Piękoś
Dziennik Teatralny
7 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia