Piękna i cudna wojna pod wodzą Daniela

"Pieśń o Rolandzie" - Daniel Arbaczewski - Teatr im. Andersena w Lublinie

Dziesięć wieków temu, kiedy anonimowy francuski poeta napisał "Pieśń o Rolandzie", sławiącą podboje Karola Wielkiego, zachwyty w rodzaju "to była cudna, piękna wojna" nikogo nie gorszyły. Im więcej trupów, tym piękniej. A tych w najstarszym eposie Francji można liczyć na setki tysięcy. Cóż więc ten utwór robi na dziecięcej scenie Teatru Andersena? Najkrócej mówiąc - zachwyca.

Daniel Arbaczewski, reżyser i jedyny wykonawca przedstawienia, popisał się w tej wojnie piekielnie inteligentną strategią. 

"Pieśnią o Rolandzie" Teatr Andersena po wielu latach przerwy reaktywował scenę dla dorosłych. Spektakl zrealizował jeden z najmłodszych aktorów w zespole, Daniel Arbaczewski, który objawił się jako artysta wszechstronnie utalentowany: reżyser, adaptator tekstu oraz odtwórca kilku, a nawet kilkuset ról: czterech rycerzy, dwóch królów, arcybiskupa, posłów i całych armii, francuskiej oraz saraceńskiej. Nie wspominając o epizodach z udziałem archaniołów Michała i Gabriela. Taki tłum ludzi mógł się pomieścić na scenie tylko "za pozwoleniem" lalek. Zaprojektował je i własnoręcznie wykonał Łukasz Głowacki, znany lubelski performer, debiutujący w roli scenografa teatralnego. A debiut ten świadczy, że Głowacki powinien zostać w teatrze, bo ma do scenicznej roboty talent czystej wody. 

Rolanda, jego towarzyszy i wrogów, jak przystało na średniowiecznych rycerzy, Głowacki od stóp do głów zakuł w zbroje. Skonstruował je ze wszystkiego, co wytworzył przemysł metalurgiczny, głównie na potrzeby gospodarstw domowych. Każda postać to inna kombinacja lejków, sitek, durszlaków, kagańców dla psów, kluczy, kranów, puszek, łyżek, widelców, menażek, wężów do prysznica, kierownicy od roweru, foremek do ciasta. Jednakże te kuchenno-łazienkowe akcesoria wcale nie ujmują godności bohaterom francuskiego eposu. Przeciwnie, jak Arbaczewski weźmie w dłonie takiego żelaznego osobnika, jak nim zatrzęsie, zgiełk się podnosi jak na polu bitwy. Słychać uderzenia tysiąca mieczy, chrzęst pancerzy i łamanych kości, metaliczne odgłosy tarcz i włóczni zwartych w morderczym pojedynku. 

Głowacki miał dobry pomysł nie tylko na głównych bohaterów sztuki. Udało mu się coś jeszcze trudniejszego - wprowadził na scenę dwie olbrzymie armie, Karola Wielkiego, który najechał Hiszpanię i Saracenów, broniących swej ziemi. Zrobił to czytelnie, inteligentnie, dowcipnie. A jak konkretnie - zobaczcie sami. 

Kto myśli, że "Pieśń o Rolandzie" to szacowna nuda, bardzo się myli. Anonimowy autor dość poważnie rozminął się z rzeczywistością, ale wojnę ludzkich charakterów pokazał wiarygodnie. A autor polskiego przekładu, Tadeusz Boy-Żeleński zrobił wszystko, by epos nie trącił myszką. Historia opowiedziana w "Pieśni o Rolandzie" jest przejmująca, a nawet zaskakująca. Zwykle herosi są bez wad, tymczasem hrabia Roland miał przerażająco destrukcyjną cechę: pychę. To właśnie pycha, niechciana córka męstwa i odwagi, jest motorem akcji. 

Daniel Arbaczewski, po 55 minutach spektaklu, wyglądał jak żołnierz po ciężkich walkach. I miał do tego prawo, bo dźwigał na własnych ramionach tysiące ciężkozbrojnych rycerzy, tańcząc z nimi, boksując, skacząc po piętrowej konstrukcji sceny. Przy takiej intensywności ruchu młody aktor potrafił bez zarzutu podać publiczności tekst. Wielkie brawa. 

Jest jeszcze trzeci współtwórca - bębniarka Agnieszka Kołczewska, która na żywo robiła muzyczną asystę. Jednak potraktowała swe zadanie zbyt dosłownie, po żołniersku, dokładając do przedstawienia sporo zbytecznych decybeli. 

"Pieśń o Rolandzie" to jedno z najciekawszych lubelskich przedstawień ostatnich lat. I dowód na to, jak wiele może zdziałać dobra scenografia.

Teresa Dras
Polska Kurier Lubelski
7 kwietnia 2009

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia