Piękny, chory umysł

"Jakob Lenz" - reż. Natalia Korczakowska - Opera Narodowa w Warszawie

Schizofrenia to temat operowy rzadki. Przy okazji zeszłorocznej wrocławskiej premiery swojej opery "Matka czarnoskrzydlych snów" Hanna Kulenty zwracała uwagę na ciekawą symetrię: wybór tematu schizofrenii wynikał z podobieństwa objawów do mojej koncepcji muzycznej i scenicznej. Doszłam do wniosku, że ten temat najlepiej pasowałby do wielości w jedności

Choć dużo starsza i u swych źródeł "neoantyczna", opera mogłaby być gatunkiem sztuki zrodzonym przez surrealizm. Rozgrywająca się w czasie i przestrzeni muzyka daje ciekawe możliwości: polifonia podkreśla wielowątkowość narracji, pozwala nakładać na siebie warstwy znaczeniowe; uzasadnia rozszczepienie opowieści na luźno zazębiające się epizody. Muzyka niesie ze sobą porządek, który wywraca arysto-telesowską jedność miejsca, czasu i akcji.

Czy to wystarczająco tłumaczy "atrakcyjność" tematu schizofrenii, który "pasuje" do charakteru muzyki? Czy po prostu obłęd jest jednym z najważniejszych toposów naszej kultury? Kompozytorzy chętnie sięgają po biografie sławnych schizofreników, melancholików, artystów obłąkanych. Bohaterką Matki czarnoskrzydlych snów jest dziewczyna, która przepracowuje swoje nieudane dzieciństwo. Przestrzenią psychomachii urojeń jest codzienność, do której wkradają się banalne popkulturowe demony. Bardziej romantyczny, heroiczny rys obłędu znajdziemy w operach poświęconych szalonym poetom i artystom. Tragiczne życiorysy i wyrosła z nich twórczość są podstawą dwóch oper Petera Ruzicki: "Celan" (2001) i "Hólderlin" (2006). Postaci poetów i malarzy, którzy zostali pokonani przez samych siebie i otoczenie, mamy też w operach Georga Friedricha Haasa. Ostatnia z nich - "Melancholia" (2008) - poświęcona jest Larsowi Hertervigowi, norweskiemu malarzowi doby romantyzmu, który oszalał po utracie ukochanej. Wcześniej - w operach Adolf "Wofli"(1981) oraz "Nacht" (1995-1996) do tekstów Hólderlina - austriacki kompozytor zajmował się postaciami innych legendarnych obłąkanych.

We wszystkich tych dziełach mowa jest o dramacie jednostki odrzuconej, psychicznie zdesperowanej. Szaleństwo jest poddawane estetyzacji i sakralizacji jako stan wyjątkowej predyspozycji umysłowej. Schizofrenicy są predestynowani do czegoś wyższego, są nadwrażliwi i twórczy, widzą i czują więcej, mają dostęp do tajemnicy bytu. Ich cierpienie jest rodzajem uświęcającej ofiary.

Romantyczny mit "pięknego umysłu" schizofrenika obecny jest też w operze Wolfganga Rihma Jakob Lenz. Grane kilkaset razy na scenach całego świata dzieło miało w maju na deskach Teatru Wielkiego-Opery Narodowej swoją polską premierę. Powstała ponad trzydzieści lat temu młodzieńcza opera jednego z największych współczesnych kompozytorów niemieckich była wyznacznikiem zmiany paradygmatu w sztuce. Po dekadach hegemonii awangardy darmstadzkiej do głosu znów miały dojść emocje, psychologia, intuicja. Jak podkreśla Wolfgang Rihm, jego muzyka jest efektem tyleż racjonalnej roboty kompozytorskiej, ile spontanicznego procesu twórczego, kontrolowanego w bardzo ograniczonym stopniu. Napięcie między tym, co racjonalne i irracjonalne w muzyce, koresponduje w pewnym sensie z librettem. Dialektyka racjonalności i fantazji wyznacza symboliczną granicę między rozumem i obłędem, która jest przedmiotem studiów życia nie tylko Jakoba Lenza. To nie przypadek, że właśnie klasycyzm - epoka tryumfu racjonalności - rodził największe demony (Foucault).

Jakob Lenz dwudziestopięcioletniego kompozytora to dzieło bez wątpienia dojrzałe. Napisane na kameralną obsadę instrumentalną wyzyskuje z niej maksimum kolorów, idiomów, współbrzmień. Mimo eklektycznego charakteru - w partyturze obecne są cytaty i parafrazy dawnych stylów, nawiązania do pasji itp. - muzyka zachowuje spójność. To samotkająca się materia dźwiękowa, pełna intrygujących wzorów, zmiennych faktur, kontrastujących ze sobą nastrojów. Kwintesencja niemieckiego myślenia muzycznym procesem, połączona z dużą wyobraźnią, błyskotliwością i inteligencją.

Już dla samej muzyki warto było wybrać się do Opery Narodowej, gdzie Jakob Lenz zabrzmiał w wykonaniu Orkiestry TW-ON pod batutą Wojciecha Michniewskiego. Tę niełatwą, gęstą i pisaną solistycznie partyturę muzycy wykonali precyzyjnie, z wyczuciem barw i nastrojów. Swoje partie pewnie wykonali też odtwórcy głównych ról: Holger Falk (Lenz), Jacek Janiszewski (Oberlin), Daniel Kirch (Kaufmann). Pełna podziwu jestem dla chórku chłopięcego, który miał do zaśpiewania krótkie, ale karkołomne intonacyjnie i rytmicznie wstawki. Dzieci świetnie poradziły sobie też z zadaniami aktorskimi. Brawo!

Operę inscenizowała Natalia Korczakowska, dla której scenografię i kostiumy zaprojektowała Anna Met. W pięknej, otwartej przestrzeni sceny, wystylizowanej na realizm niemiecki, reżyserka ukazała w sposób klarowny i czysty dramat tytułowego bohatera. Wzmocniła wokalne i aktorskie partie, zderzając sielankowe obrazy (siano, wóz drabiniasty, tło w postaci ogromnej wzorzystej tapety) z elementami niepokojącymi, abstrakcyjnymi, obcymi wiejskiej scenerii. Przez przestrzeń sceny przetaczają się wielkie czarne, nieforemne bryły, symbolizujące obłęd Lenza.

W przeciwieństwie do "Matki czarnoskrzydłych snów" narracja Jakoba Lenza jest linearna. Libretto oparte na noweli Georga Buchnera ukazuje krótki epizod z życia poety w domu pastora Oberlina. Natalia Korczakowska nie poprzestała jednak na warstwie realistycznej i wplotła historię Lenza w bardziej symboliczny kontekst kulturowy. Wykorzystała w tym celu towarzyszące soliście głosy, które zgodnie z didaskaliami reprezentują rozszczepioną jaźń chorego. Przyporządkowała im określone postaci (Kaliban, Czerwony Kapturek, Chrystus, Gagarin, Napoleon i Goethe), które - jej zdaniem - odnoszą się do charakterystycznej dla człowieka woli panowania nad światem.

Czy postawiona w ten sposób teza o schizofreniczności kultury była wyrazista i zrozumiała? Nie jestem do końca przekonana. W pomyśle tym kryje się bez wątpienia pewien potencjał. Na myśl przychodzi choćby galeria postaci w operze Shadowtime Briana Ferneyhougha, gdzie również słaby psychicznie filozof Walter Benjamin odwiedzany jest przez Golema, Hitlera czy Einsteina. Inspiracją dla Natalii Korczakowskiej były "Dziełka moralne" Giacoma Leopardiego, będące dialogami wybitnych osobowości kultury europejskiej, które w rzeczywistości nigdy się nie spotkały. Na scenie Opery Narodowej i w kontekście libretta Jakoba Lenza tych sześć postaci nawiedzających poetę sprawiało jednak wrażenie groteskowych przebierańców.

Warszawska realizacja "Jakoba Lenza" Wolfganga Rihma ma wiele momentów magicznych. Działa zarówno wielkimi obrazami, kompozycją przestrzenną i kolorystyczną, jak i detalem. Sugestywne są "kąpiele" Lenza w płytkiej kałuży, a także rozbłyskujące niespodziewanie ostre światło jarzeniowe, jakby moment nieznośnego otrzeźwienia, przebudzenia z gorączki urojeń. Moment kulminacji - scena, którą zapamiętam na długo - przychodzi w spektaklu wraz z dziewczyną uosabiającą jednocześnie martwe dziecko, ukochaną Fryderykę i cały świat duchowy Lenza. Na scenie pojawia się w obłąkanym tańcu cudowna Anita Wach; powoli przemierza pustą przestrzeń, wykonując gesty jednocześnie piękne i przerażające, jakby konwulsje. W tych pijanych podskokach trafia w ramiona Lenza, W muzyce tymczasem odzywa się kowadło - przenikliwe, bolesne, jak przeszycie sztyletu. Dziewczyna nie żyje, Lenz rozpacza, a widz niemal fizycznie odczuwa jego ból.

"Jakob Lenz" Wolfganga Rihma to młodzieńcza opera twórcy, który uchodzi za jednego z najpłodniejszych i najbardziej nieprzewidywalnych żyjących kompozytorów. Znany też z szerokich horyzontów i wielkiej erudycji Wolfgang Rihm bierze udział w licznych dyskusjach i debatach, nie tylko o muzyce. Rok temu np. został zaproszony przez Petera Sloterdijka do prowadzonego przez niego programu telewizyjnego Das Philosophische Quartett (ZDF). Szkoda, że nie znalazł czasu, by przyjechać do Warszawy, bo spotkanie z nim byłoby wydarzeniem samym w sobie. W wywiadzie z Krzysztofem Kwiatkowskim Wolfgang Rihm niewiele miał do powiedzenia na temat Jakoba Lenza, tłumacząc się odległą perspektywą czasową i samoistną sceniczną karierą swego dzieła (granego podobno już około trzystu razy). Reakcja powinna być więc szybsza - jak w przypadku opery Matsukaze japońskiego kompozytora Toshia Hosokawy, która po niecałym miesiącu od prapremiery światowej na deskach brukselskiego Theatre Royal de la Monnaie pokazana została w Warszawie. Wcześniej niż w Berlinie! O tej premierze napiszę jednak następnym razem.

Monika Pasiecznik
Odra
19 lipca 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...