Piękny początek drogi

"Dydona i Eneasz" - reż: Natalia Kozłowska - Collegium Nobilium w Warszawie

Rzadko się zdarza, by na dyplom reżyserski studenci szkół teatralnych wybierali operę, a nie sztukę dramatyczną. Natalia Kozłowska, studentka IV roku reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie, do swojego dyplomowego przedstawienia wybrała angielską operę barokową "Dydona i Eneasz" Henry\'ego Purcella i wszystkie partie obsadziła studentami i absolwentami Uniwersytetu im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Powstał świetny spektakl pod względem inscenizacyjnym, co zresztą było do przewidzenia, wszak opiekę artystyczną nad pracą dyplomantki roztoczył wybitny reżyser i pedagog Ryszard Peryt

Także od strony muzycznej przedstawienie jest poprowadzone interesująco. Rozpoczynająca swoją artystyczną drogę Natalia Kozłowska podjęła się niełatwego zadania. Wiadomo, że opera jako gatunek wymaga innego podejścia do realizacji spektaklu. Tutaj reżyser nie ma aż takiej samodzielności jak w dramacie. Rozwiązania inscenizacyjne muszą wypływać z partytury muzycznej. To muzyka jest na pierwszym miejscu. Choć kiedy obserwuje się dziś sceny operowe, gdzie dominują reżyserzy teatralni, na pierwszy plan w większości wysuwa się inscenizacja. To skutkuje tym, że uwaga widowni zamiast na śpiewakach skupia się na rozmaitych "atrakcjach" inscenizacyjnych jak wideo, telebim i migające obrazki puszczane z projektora, co już staje się wymogiem. Praca Natalii Kozłowskiej zaś wspaniale harmonizuje ze stroną muzyczną całości. Artystka nie epatuje pustymi pomysłami, lecz skromnie traktuje tu swoją osobę jako reżysera przedstawienia, wysuwając na pierwszy plan wszystko to, co wiąże się z muzyką. Rozwiązanie inscenizacyjne choć skromne, jest czytelne w swej symbolice i urodziwe w obrazie. Na przykład już w pierwszej scenie, kiedy Dydona (w tej roli Elżbieta Izdebska) pełna niepokoju i smutku oczekuje na Eneasza, nastrój emocjonalny bohaterki, nim jeszcze rozpocznie arię, świetnie odzwierciedlają szarość ścian i niemal pusta scena. Po chwili wejście chóru i usytuowanie go po bokach ma nie tylko walor obrazowy, ale też jest głosem komentującym sytuację zewnętrzną, która integralnie łączy się z zachowaniami głównych bohaterów. Bardzo pięknie plastycznie zrealizowano też finał przedstawienia. Śmierć Dydony oglądamy z oddali, jak gdyby w głębi za otwartymi drzwiami, które sprawiają wrażenie ramy okalającej obraz malarski. W tej scenerii pięknie zabrzmiał sopran Elżbiety Izdebskiej w pełnej tragizmu finałowej arii zwanej lamentem Dydony, uznanej za jeden z najpiękniejszych utworów w historii muzyki, jakie zostały napisane dla kobiecego głosu. 

Materia spektaklu, opera Purcella należąca do barokowych perełek muzycznych w ujęciu Natalii Kozłowskiej otrzymała kształt w pełni adekwatny do warstwy muzycznej i tematu wiodącego. Libretto opery, oparte na jednym z wątków "Eneidy" Wergiliusza, opowiada historię miłosną Dydony i Eneasza zakończoną tragicznie. Po upadku Troi książę trojański, Eneasz trafia do Kartaginy, gdzie wzajemnością zakochuje się w królowej Dydonie. Zakochanej parze nie było jednak dane wieść szczęśliwego życia, bo tuż po ślubie Eneasz na rozkaz Jowisza opuszcza Dydonę, by założyć nowe państwo - Rzym. Zrozpaczona Dydona umiera. Już sam antyczny temat niesie więc dramat postaci. 

Mimo niedużego jeszcze doświadczenia zawodowego wszyscy wykonawcy w pełni profesjonalnie wykonali powierzone im role. Zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Najbardziej urzekła mnie partia Belindy w wykonaniu Natalii Kawałek, sopranistki z dużymi możliwościami wokalnymi, świadomie wykorzystującej technikę w operowaniu głosem. A z męskich partii wspaniale zabrzmiał baryton Eneasza (Łukasz Hajduczenia), niezwykle interesująco zabrzmiały także kontrtenory Michała Sławeckiego i Jakuba Józefa Orlińskiego. Cały zespół zasługuje na uwagę i dobre słowa. Role obsadzone są podwójnie. Piszę o wykonawcach z pierwszej, premierowej obsady. Charaktery postaci, ich emocje, radości, smutki, wszystko to zapisane jest w nutach. Piękna muzyka Purcella mieni się więc paletą barw głosów, co podnosi dramaturgię spektaklu. No i oczywiście wspaniale brzmiący chór, który w operze Purcella pełni bardzo ważną rolę. 

Warto dodać, że kameralna orkiestra pod dyrekcją znakomitej klawesynistki Lilianny Stawarz, która dyryguje od klawesynu, gra na żywo i to na instrumentach stanowiących kopie tych z epoki. A premiera odbyła się w warszawskiej Akademii Teatralnej, która choć nie posiada specjalnego kanału orkiestrowego, z powodzeniem awansowała do roli sceny operowej. 

Natalia Kozłowska już na początku swej zawodowej drogi pokazała, że nie idzie na skróty, nie zastępuje myśli formą, co dzisiaj jest zjawiskiem nagminnym. Bo przecież najłatwiej pokazać jakiegoś obscenicznego łamańca i zamiast treści szokować formą. Tak każdy amator potrafi, bo to nie wymaga żadnej wiedzy, ani intelektualnej, ani warsztatowej. Od takiego antyteatru aż roi się dzisiaj na scenach. Natalia Kozłowska wybrała własną, trudną, ale piękną drogę, nie podpiera się antyestetyką i modnymi nurtami wyniszczającymi teatr. Interesuje ją prawdziwa sztuka, prawdziwy teatr, a w nim głęboka myśl. Oby tylko wytrwała na tej bardzo ciekawej i inspirującej drodze.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
2 lipca 2010

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...