Pies suka

"Święta kluska" - reż. Agnieszka Smoczyńska - Komuna//Warszawa

"Święta Kluska" na dobre zaczyna się w momencie, w którym Kluska - pies typu suka - gryzie mikrofon. Czyli tam, gdzie ciało łączy się z dźwiękiem. Ta zasada organizuje właściwie cały spektakl Agnieszki Smoczyńskiej otwierający kuratorowany przez Tomasza Platę cykl musicali w Komunie//Warszawa.

Gesty i ruch aktorów będą bardzo mocno sprzężone tu z warstwą dźwiękową - na tyle, na ile pozgrywają się timingi, co przy działaniu na żywo (z czynnikiem tzw. ludzkim) wymaga praktyki i wcale nie jest proste. Do tej pory Smoczyńska wyreżyserowała dwa świetne filmy pełnometrażowe - "Fugę" (2018) i "Córki dancingu" (2015). Część ekipy tego ostatniego można zresztą zobaczyć i usłyszeć w "Klusce". Robert Bolesto napisał bardzo dobry, dowcipny tekst; Zuzanna Wrońska - tym razem z Marcinem Macukiem - skomponowali ścieżkę dźwiękową i serię lirycznych songów, pełniących funkcję wewnętrznych monologów postaci. Kaya Kołodziejczyk (we współpracy z Katarzyną Sikorą) wypracowała z kolei bardzo mocną formę ruchową, wykorzystującą strategię slapsticku, operującą stopklatką i akcentem. W ogóle dużo w "Klusce" slapsticku, kreskówki, zabawy kinem gatunkowym. I tylko szkoda, że to, co do pewnego stopnia (i momentu) sprawdza się na poziomie ruchu, nie sprawdza się już na poziomie aktorstwa. Szkoda, że grana na żywo muzyka - będąca bądź co bądź jednym z najważniejszych elementów - funkcjonuje niejako obok głównego nurtu działań. I szkoda też, że analogowe narzędzia medium filmowego nie do końca się tym razem sprawdziły. Działają przez pierwsze pół godziny, później ten format drastycznie się wyczerpuje. Bliski kontakt z widownią sporo jednak demaskuje, nawet jeśli aple barwnego światła zdecydowanie odrealniają obraz i pomagają w osiągnięciu wrażenia "spłaszczenia" działań scenicznych do dwuwymiarowej formy.

Otwierający spektakl monolog Piotra Trojana w roli tytułowej Kluski sporo obiecuje. Już samo to, że Kluskę gra mężczyzna, staje się zabiegiem dość znaczącym - zwłaszcza kiedy Kluska odsłania swoje wyzwolone seksualnie oblicze i "śliską psiapsię" ta niezborność płciowa zręcznie blokuje interpretacyjne uproszczenia. Ubrana w czarne szelki na gołą klatę (kostiumy Mileny Liebe) - może przeznaczone do smyczy, może do erotycznych eksploracji - Kluska Trojana jest zniuansowana performatywnie, a napięcie produkuje, kontrując ostry tekst przyhamowaną z wyczuciem ekspresją. Tkwi w niej nawet jakiś rubaszny potencjał emancypacyjny. Tylko że po tym monologu następuje rysowany grubą kreską ciąg dalszy, do którego przez tę grubą kreskę ciężko się dobrać. Kluska Trojana jest świetna jak była, gorzej wypadają jej Stara i Stary - Małgorzata Gorol i Andrzej Konopka. I niestety w dużej mierze jest to chyba kwestia obranej konwencji. Bardzo formalne aktorstwo, do pewnego stopnia zamierzona pewnie jednowymiarowość postaci i komiksowy obrys ruchu powodują, że Stara uwięziona jest w niemal wiecznym wkurwieniu, a Stary charakteryzuje się tym, że jest chodzącą krainą łagodności. Pies suka - prezent Starej dla Starego - plasuje się gdzieś pomiędzy i najlepiej na tym wychodzi. Dlatego świetna jest scena z piłeczką, kiedy Kluska obnaża cienie i blaski życia Starych, odmawiając litanię intymnych i krępujących sytuacji, których była świadkiem. Przez ten krótki moment Stara i Stary mienią się kilkoma innymi niż dotąd barwami i nagle wydają się znacznie ciekawsi.

Co ciekawe, w "Świętej Klusce" złagodniała bardzo surowa przestrzeń Komuny, obłożona pudrowo-różowym materiałem (scenografia Rafała Dominika), który czyści ją ze zbędnych informacji, zmiękcza i pozwala równo zabarwić światłem. Główny element tej przestrzeni stanowi konstrukcja z niebieskich i czerwonych świetlówek (Aleksandr Prowaliński) - trochę drabinki, trochę architektura przyjazna bdsm, a potem nawet i blok startowy dla rakiety, mającej wystrzelić Kluskę w kosmos. W każdym razie na pewno jest to obiekt umożliwiający jakiś rodzaj transcendencji - niezależnie od przydanego mu sensu. To tu w masce psa ukazuje się Klusce Psiamać - Bogopsa (w tej roli również Małgorzata Gorol), która odmienia życie Kluski, otwiera jej oczy na wegetarianizm ("nie wpierdalaj parówek, bo są zrobione z naszych bezpańskich braci"), przekazuje pierwszą tajemnicę psiomaciową i obiecuje zbawienie. Oprócz tego, pośrodku przestrzeni z sufitu zwisają łańcuchy, na których podwieszana będzie Kluseczka w ramach metod wychowawczych pod tytułem mądra przemoc. Jest też świecący od środka kamień - upostaciowienie psiego guru - Papiesa. Trzeba przyznać, że jest to wizja na wskroś posthumanistyczna i demokratyczna.

Wspaniale, że libretto spektaklu zostało oparte na biografii Kluski - bullterierki Zuzanny Wrońskiej. Podoba mi się ten rodzaj hommage. Psie żywoty świętych literatura i film mnożą od dawna. Jak byłam mała, czytałam "Psa, który jeździł koleją" Romana Pisarskiego i "Lassie wróć" Erica Knighta. Chciałam mieszkać z Puszkiem Okruszkiem, z którym mieszkała zapewne Natalia Kukulska, regularnie oglądałam "Piątek z Pankracym", a potem ekscytowałam się Łajką. Pewnie nie tylko ja. Tak jak nie tylko ja - a założę się, że twórcy "Kluski" na pewno - oglądałam "Białego Boga" Kornéla Mundruczó i "Wyspę psów" Wesa Andersona. "Święta kluska" zgrabnie wpisuje mi się w ten obszar literacko-filmowych wspomnień. I jakimś sposobem w całym spektaklu najbardziej podążam za tekstem i za Kluską właśnie, a najmniej przekonały mnie analogowe środki filmowe z ekranu przeniesione na scenę. Nawet jeśli założenia tego transgatunkowego eksperymentu wydają się bardzo ciekawe.

Anka Herbut
Dwutygodnik
20 listopada 2018

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...