Pippin to nie bryk z historii

"Pippin" - reż. Jerzy Jan Połoński - Teatr Muzyczny w Poznaniu

Chociaż na scenie pojawiają się król Karol Wielki, jego matka, żona, pasierb i syn Pippin, to nie radzę traktować musicalu "Pippin" jako ściągi z historii średniowiecza. Autorzy musicalu - Roger O. Hirson (libretto) i Stephen Schwartz (muzyka i teksty piosenek) - rozmijają się z faktami niemal cały czas, a piosenki napisane przez Przemysława Kieliszewskiego (udany debiut dyrektora Teatru Muzycznego w Poznaniu w tej roli) sprawiają, że widowisko rymuje się ze współczesnością, a nie odległym średniowieczem.

"Pippin", na pierwszy rzut oka historia następcy frankijskiego tronu, jest w rzeczywistości swego rodzaju opowieścią o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi. Tytułowy książę szuka go na uniwersytecie, polu bitwy, w meandrach dworskich intryg i zwyczajnym codziennym życiu. Na scenie oglądamy próbę trupy artystów, która przygotowuje widowisko. Łączy ono musical, wodewil, burleskę, cyrk, teatr lalkowy i co tylko sobie reżyser wymyśli. Jerzy Jan Połoński w Poznaniu też sobie poszalał, bawiąc się konwencjami teatralnymi do woli. Zabawę tę ułatwił mu scenograf Mariusz Napierała, który zagęścił kameralną przestrzeń sceny Teatru Muzycznego, tworząc iluzję głębi i wielkości.

Połoński przy udziale choreografki Pauliny Andrzejewskiej-Damięckiej i autorki kostiumów Agaty Uchman nie traktuje tej historii serio. Każde działanie jest pastiszem, co czyni tę opowieść bardzo zabawną, momentami nawet humorystycznie dosadną, ale na granicy dobrego smaku. Nie ma tu miejsca na powagę, a zastosowanie brechtowskiego efektu obcości (Mistrz Ceremonii, w tej roli Dagmara Rybak, czuwa nad przebiegiem akcji i kiedy zauważa, że idzie ona nie po jego myśli, przerywa) i "zburzenie" czwartej ściany sprawiają, że widz nieoczekiwanie znajduje się w środku akcji.

W warstwie muzycznej słychać również bogactwo stylów. W partyturze Schwartza znalazło się miejsce na rock, R&B, folk, pop, calypso czy zwyczajną balladę. Po latach (prapremiera odbyła się na Broadwayu w 1972 roku) muzyka brzmi bardzo nowocześnie, w czym duża zasługa orkiestry kameralnej grającej pod czujnym okiem Radosława Matei. Ta muzyczna różnorodność połączona z mnogością użytych konwencji teatralnych wymaga doskonałego zespołu wykonawczego. W drugiej premierze "Pippina", którą oglądałem, sprawdzili się wszyscy. Jednak na dłużej zapamiętam Wojciecha Daniela w roli tytułowej. Śpiewał swobodnie, czysto i co najważniejsze - stworzył postać scenicznie prawdziwą: nie udawał. Jego Pippin miał wiele twarzy, raz był liryczny, innym razem zabawny, niepewny, a nawet poważny... zawsze w kontrze do pyszałkowatego brata przyrodniego (Maciej Zaruski) i koturnowego Karola Wielkiego (Jarosław Patycki). Na wyróżnienie zasłużyły też Agnieszka Wawrzyniak i Agnieszka Różańska. Pierwsza stworzyła groteskową postać Fastrady, żony Karola Wielkiego. Druga wcieliła się w postać Berthy, babci Pippina, i połączyła babcię w starym stylu - troskliwą i nadopiekuńcza - z nowoczesną, wyzwoloną, ekscentryczną. A przy tym zaśpiewała wybornie.

"Pippin" w Teatrze Muzycznym bawi i śmieszy, a zarazem otula magią i utrzymuje widza w napięciu. A kiedy gasną światła, pojawiają się pytania natury egzystencjalnej, na które musi odpowiedzieć sobie sam.

Stefan Drajewski
Ruch Muzyczny
22 października 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...